“Odrzut z eksportu”

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

Już miesiąc minął, jak wypadły z zawiasów drzwi kabiny prysznica a ich smutno-szare, plastykowe okruchy rozsypały się po czarnych kafelkach łazienki Lokatorki.

Lokatorka niezwłocznie zgłosiła sprawę do swojego Ubezpieczyciela, bo to była kabina mieszkania, które wynajmowała – więc nie jej rzecz – ubezpieczenie powinno pokryć koszty usunięcia szkody.

Tymczasem ono nie było takie chętne i zwróciło się do spółdzielni mieszkaniowej. Potem pogrążyło się w nieprzeniknionej mgle oczekiwania na odpowiedź, bo i spółdzielnia nie była taka znów rozrzutna – chociaż sprawa niby jasna, ale może jakieś inne rozwiązanie się trafi…

Czas mijał ale jakoś nic się nie trafiało.

Na szczęście w spółdzielni był Cieć – rozważny jak to na ciecia z długoletnią praktyką przystało:

poradził, by sprawę przeciągnąć w czasie, ale ponieważ Ubezpieczyciel naciskał, zaproponował zmienić taktykę i sprytnie podsunął pomysł przekonania Lokatorki:

– najlepiej będzie, jeśli ona sama zgłosi się do nas z prośbą o naprawę – twierdził i sugerował – wtedy my już podsuniemy tej kobiecie pomysł pokrycia kosztów z jej własnej kieszeni.

Jednak nie przewidział jednego, a mianowicie tego, że kobieta potrafi myśleć, a ta, po zakończonej rozmowie z Cieciem, zrobiła małe podsumowanie aktualnego stanu rzeczy – ona, zawierając w swoim czasie umowę ze spółdzielnią mieszkaniową, zobowiązała się regularnie opłacać komorne a w zamian za to spółdzielnia zobowiązała się dostarczyć jej odpowiednio wyposażone, funkcjonalne mieszkanie. Ponieważ uszkodzenie kabiny nastąpiło już po raz drugi i w tym samym miejscu, oznaczać może to jakieś błędne rozwiązanie konstrukcyjne urządzenia. A jeżeli tak jest, to troska o rozwikłanie problemu leży tym bardziej w kompetencjach spółdzielni, która przyzwoliła na instalację tego „odrzutu z eksportu”, tym samym nie wywiązując się z umowy, bo nie zapewniając najemcy swojego mieszkania prawidłowej funkcjonalności tegoż.

Na rozwiązywanie problemów, z którymi boryka się spółdzielnia Lokatorka nie miała specjalnej ochoty.

Żałosne, podsumowała jedynie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Chmury

  • Twój barszczyk jest mało ostry.

Oświadczyła, po czym ogłosiła wszem i wobec, tonem nie uznającym jakiegokolwiek sprzeciwu, że poszuka w internecie przepisu na ostry barszczyk.

  • W Internecie? I co, zaraz też zobaczysz na ekranie smak tego barszczyku? – zauważył złośliwie Mac.

A jednak.

Widziałam, że w ma wielką ochotę uśmiechnąć się, ale nie zrobi tego, by nie rozzłościć siostry, bo ta jego uwaga miała jedynie za zadanie wprowadzenie do przedświątecznej atmosfery niewielkiego elementu mającego ją rozładować. No bo po jakie licho to sztuczne napięcie, obowiązek pogoni za prezentami i te dyskusje o tym, co na stole musi być? Koniecznie! Nie musi. Każda pani domu jest jedyną i niepowtarzalną, jej dom i jej stół jest także jedynym i niepowtarzalnym. Wobec tego faktu nie powinna ona ulegać tym jakimś nieskoordynowanym próbom wpłynięcia na jej osobistą opinię, przeprowadzanym przez obciążonych nadproducyjnością własnych firm przedsiębiorców, którzy, nie za bardzo wiedząc, gdzie z własnym towarem, wykorzystują każdą okazję jego zbytu. Takie rodzinne uroczystości są wspaniałym rynkiem dla nich.

Ale nie nasz stół.

Nie mój stół.

Na wiele spraw poglądy Maca były inne niż jego siostry a i on sam był inny.

Sprawiała to czteroletnia różnica wieku?

Niewielka, ale pozwalająca rodzeństwu, w jego pierwszych latach życia, na indywidualny rozwój.

Bardzo byli za sobą. Mimo, że pokończyli różne szkoły, mimo że nie mieli wspólnych znajomych, także ich życie zawodowe wyglądało zupełnie inaczej – Mac, kierujący prawniczą kancelarią, co prawda jeszcze nie jej szef (ale z widokiem na to stanowisko) i Malvina – krytycznie podchodząca do wszystkiego, co ją otacza i otwarcie komentująca wszystko, to, co ją drażniło.

Ona już była szefową biura, tyle, że transportowego.

Obydwoje pewni swojego zdania, lubiący przeforsowywać je i budzący zaufanie otoczenia.

  • Podobno został opracowany taki specjalny program, umożliwiający odbieranie zapachów przez internet – powiedziała na jej obronę Katarzyna, narzeczona Maca.

A moja córka w podzięce ugryzła ją w rękę:

  • Poważnie? Bo większej bzdury nie słyszałam.
  • A tak, poważnie, i to nie jest jakiś tani kawał aprilisowy – zapewnił Mac, stając po stronie swojej przyszłej i obecnej.

Po czym zaczął objaśniać, że w programie chodzi o konfrontację zmysłów wzroku ze zmysłami smaku, których to źródło znajduje się w odpowiednich obszarach mózgu.

Spojrzałam spod oka na Katarzynę.

Ta wielka, ta ruska nie pomagała i nie tłumaczyła nikogo. Nie oczekiwała też z żadnej strony wsparcia czy obrony swojego zdania – ona brała sobie to, na co akurat miała ochotę, nie zważając na spustoszenie, które za sobą pozostawiała.

Katarzyna Wielka.

Moja synowa była inna – przyjemna, ugodowo nastawiona do całego świata, ze zrozumieniem wszystkich jego problemów.

Dobrali się z Macem wspaniale.

Także i tym razem, przewidując nadciągające chmury, próbowała je zawczasu rozproszyć.

Przyszłam jej na pomoc, bo i ja zauważyłam szarość na horyzoncie:

  • Barszczyk nie musi być i nie będzie.
  • Nie?!

Trochę zdziwiłam się, obserwując ich reakcję.

Ale tak prawdę mówiąc, to niby skąd mieliby wiedzieć, że najlepszą potrawą uświetniającą przyjęcie rodzinne jest zupa grzybowa?

Ja sama nie przykładałam do tej pory wagi do rozmów właśnie na ten temat, bo w moim domu rodzinnym był on sprawą tabu. Bo za zasłonką w salonie ukrywała się minora. Bo ci, co jawnie obnosili się ze swoją tożsamością byli degradowani w społeczeństwie. Nieuznawani przez system.

A to, co przychodziło z zewnątrz mogło być nieścisłe (tak delikatnie sprawę przedstawiając), a mniej delikatnie – po prostu zanieczyszczone, nie koszerne.

Bo, co prawda zakłada się, że źródło jest jedno, ale te tysiące przekazów, różniących się między sobą nie tylko szczegółami ale i sensem tekstu.

A sens tej całej historii był taki, by w swoim czasie wprowadzić rozłam w starym porządku, bo znudził się, bo człowiek potrzebuje zmian.

Owszem, lubi to, co znane, ale od czasu do czasu pozwala sobie na coś nowego, by odmienić punkt spojrzenia na sprawy, z którymi nie daje sobie rady.

Nadeszła pora na zupę grzybową, z lanymi kluskami, ze smażonym sandaczem i sałatką z czerwonej kapusty. Oczywiście kompociku z suszu nie będzie mogło zabraknąć.

I hałki.

No i dreidel.

Koniecznie!

Hanukkah bez dreidla, to nie Hanukkah.

©Ursula Vortag

Kaprys

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Kurz

Niedzielne wczesne przedpołudnie, słonko jeszcze za koronami rosnących przed domem, bladoróżowo kwitnących magnolii. Jakiś ptak trelami zaprasza partnerkę do romansu.  Na taras wpada podmuch przyjemnego, wiosennego wiaterku. Otwieram laptopa, by dowiedzieć się, czy moje obrazy, znalazły już nabywcę. Cisza i spokój przedmieścia… “Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – rytmiczne słowa rapera rozdarły ją w pewnym momencie dosłownie na dwoje. Jakiegoś tam rapera, jednego z tych, co chcieliby bardzo, by zwano ich muzykami, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co napłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziano by wcześniej. Zalali Europę, bo nieszczęście u nich.
Poplecznicy Talibanu i inni Afrykańczycy, którym obecne rozdanie kart nie przypada do gustu, skorzystali z okazji i zabrali się z nimi.  Na auto-stop.
No i zafundowali nam rozgrywki wyprawy krzyżowej.
Takie na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
Ale czego szukają w Europie Afrykańczycy?
Z pewnością nie kierują nimi względy religijne, bo Afrykańczycy, to tak jak i Europejczycy – w większości Chrześcijanie. No więc czego tu szukają? Przygody? Rozróby? Nowego terenu do podboju? Całą Amerykę mają dla siebie.
Ale chyba ciasno im tam, więc doszli do wniosku, że pora gdzie indziej szukać szczęścia.
Pewnie tak.
Bo z tymi wyznawcami Islamu sprawa jest jasna – dla „jedynej, prawdziwej” wiary poświęcą nawet swoje życie.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały Volkswagen, z którego radia, przez otwarte okna auta, wydobywają się te dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Siedzący za kierownicą Arab, żywiąc głęboką nadzieję na to, że wyprowadzi go ona z nudnego, peryferyjnego osiedla do bardziej rozrywkowego centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Z natarczywym zdecydowaniem młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje. Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz. Jedynie to pozostawił po sobie.
I zniknął w oddali.

Symbol czarodziejskiej różdżki nagle nabrał nowego znaczenia…

Wina innych

black, Grażyna Hajewski, Germany 2017, drawing ink, pen, paper A4, no 113717

Przykrość i zaskoczenie,
a w żałości złość…
jakieś nieśmiałe przypuszczenie –
tak wiotkie, a jednak:

pewnie to słów niezrozumienie…
treść przesłania wyjaśnić mus –
niczym koszmaru tchnienie
z jakiegoś dawnego snu.

W niwecz poszły chwile pomnień dni bolesnych,
czarnym dymem goryczy wypełnionych dni?
Nie pozwól uczniom mistrza rzezi i pożogi
W wodach Wisły spłukać winę ojców swych!

Ursula Vortag, Germany 2018

Ten inny

“Obca myśl, obce słowo –

tak nieznane, że aż boli,

pod drzwiami jakieś kamasze,

kłuje wzrokiem – nie ulegaj tamtej woli.

Wyciąga ręce po nasze! 

 Odważny –

żądać tego, co moje.

Sam tworzyć – nie jest w stanie,

ten inny,

nie godny pięknych pokoi.

Ty, pustyni karakalu – 

obsesji całunem okryty –

 na swą szansę czekasz –

w wysiłku daremnym.” 

Ursula Vortag, Germany 2018

 

Chwila

Niczym żar nad Negew piachem,
co rozpala zmysły –
twórca mostu nad otchłanią,
uczuć poryw wzniosły.

O, iskry błysku tajemny! –
mgnieniu zielonego oka.
O, kosmosie niepojęty! –
lecz to magia, nie opoka…

Planet szlaki niezmierzone,
gwiazd mgławice, słońc poświaty,
chęć poznania niespełniona…
nie te czasy, nie te czasy.

Gdy misterium wchłonie pamięć –
głębia mrocznej nocy,
w braku słów, w braku uczuć,
ulegnie przemocy.

Złotej kuli treść
nie zniknie w tumanie –
na Jumanji! – nieś nam wieść!
Graj Cyganie, graj Cyganie!

Witam na moim blogu!

“…Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie, jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową wiosny ranny dzwonek,

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał strasząc wróble, jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnymi wiszący błękity,

trzepie skrzydłem skrzydłem, jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca…”

Adam Mickiewicz

 

 

Taka myśl

dance, Grażyna Hajewski Germany 2017, drawing ink, pen, paper, no 113817

Poloneza czas rozpocząć,
choć zawieja wyje,
pójdziem w tany moi państwo –
już, dopóki żyjem.

Nie straszna nam zamieć,
nieprzychylny losu wiew,
gorąc serc, umysłów chłód…
na Kajfasza! Wołaj gniew!

Weźniem sanie głębokie –
gnać będziem kuligiem.
Wilczym futrem je wymościm,
bo bezdroża, dusz elegien.

I zawezwiem półk ułanów,
do zabawy skorych,
ci oczyszczą nam drożyny
i przeczeszą bory.

Ułani, ułani –
ojczyzny ostrowie,
chronić czynu wielki sens
przyszło im po nowie.

Marzeń moc wskrzesić czas,
ten dzień jest nam dany,
poloneza nutą
pójdziem w tany, pójdziem w tany.

@Ursula Vortag, Germany 2017

Translator’s work

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

This is the trust I have in a client who ask me to translate a text

closely related to his or her privet life.

Ursula Vortag

 

 

 

Ropucha

– Już czas, Calineczko wstań, dziecko, czas do szkoły, dzisiaj twój pierwszy dzień!

– To już?! – spytała dziewczynka.

Ostrożnie otworzyła oczy, chroniąc je przed rażącymi promieniami słońca, przeciskającymi się przez szczeliny kolorowych, dziecinnych żaluzji – początkowo z trudem, bo powieki sklejone porannym snem zazwyczaj niechętnie unoszą się, ale przypomnienie oczekującego ją wielkiego wydarzenia pomogło – momentalnie przebiegły przez jej pamięć dni przygotowań: pożegnanie z przedszkolem, uroczyste i nieco zabawne, bo przecież przedszkole jest i zawsze będzie i pani powiedziała, że ona, Calineczka, zawsze może przyjść tam z wizytą i bawić się z innymi dziećmi, tylko że ona już jest duża i nie ma ochoty na te głupie przedszkolne zabawy – ona ma teraz poważniejsze sprawy do załatwienia, dla przykładu takie kupno tornistra, albo przymiarkę sukienki, którą dostała od Paci w prezencie na otwarcie nowego rozdziału w jej życiu. To są ważne sprawy. A tornister jest wspaniały – wyposażony w kompletny zestaw pierwszoklasisty: piórnik z mazakami i kredkami w dwudziestu czterech kolorach (Calineczka policzyła je wszystkie, bo potrafi już liczyć) i ołówek jest w nim i pióro na naboje. Tym piórem to będzie pisać, kiedy nauczy już się pisania wszystkich literek ołówkiem; wie o tym od innych dzieci, co do szkoły już chodzą. Poza tym w plecaku znalazł miejsce worek na długim sznurku. Ten jest na rzeczy do sportu i są w nim elastyczne adidasy, takie specjalnie do ćwiczeń w sali gimnastycznej i koszulka do sportu i spodenki gimnastyczne. Razem z mamą to wszystko wybierała. Spodenki są czerwone a koszulka biała – takie same kolory mają trykoty polskich sportowców. Paci też była na pożegnaniu z przedszkolem, a sukienka od niej wisi w szafie i czeka tylko na swój wielki dzień. Ona też się cieszy. Razem z Calineczką. Ta sukienka jest bardzo ładna – w prawdziwie szkolnym, granatowym kolorze, z cienkiej bawełny a na ramionach ma falbanki. Paci powiedziała, że to angielski haft. Ładna. Założę się, że nikt takiej samej nie ma. Ale najpierw poranna toaleta – Calineczka energicznie odrzuciła lekką, letnią kołdrę na bok, po czym wyskoczyła ze swojego łóżka. Jej nóżki zlekceważyły stojące na wąskim dywaniku domowe bamboszki i skierowały się prosto do łazienki. Po drodze dziewczynka zarejestrowała, że wszyscy są już na nogach – mama, tata i jej dwuletni braciszek Pawełek.

– Śniadanie – woła mama.

Jak można tracić czas na śniadanie? – w taki ważny dzień! Ci dorośli nie mają pojęcia o tym co ważne.

– No dobrze – zgodziła się, bo jednak jej brzuszek domagał się jedzenia.

Całą noc przecież nic nie jadła a i wczoraj wieczorem nie miała specjalnie dużego apetytu. To z przejęcia, powiedział tata, no i po tym, jak to powiedział Calineczka już w ogóle nic nie mogła przełknąć. Tylko jeszcze ząbki umyła, bo tak jest zdrowo i poszła spać.

Ach ten brzuszek! Dobrze że dzisiaj jest manna na mleku, o i jeszcze jajko na miękko i wystarczy, nic więcej nie przełknie. W taki ważny dzień przed człowiekiem sześcioletnim, no prawie, ale za miesiąc już ukończy szósty rok i wejdzie w siódmy. Mama mówiła, że dopiero jak miała siedem lat, to poszła do szkoły.

Wreszcie – wszyscy zjedli, Pawełek też – jemu to wolno nie jeść, jak nie chce – wystarczy jedynie, że zamacha rączkami, zamknie buzię, pokręci główką tak mocno, że te jego złote loczki aż rozwiewają się po bokach i mama akceptuje to jego „nie”, a ona, Calineczka, musi wszystko jeść. No, ona nie ma loczków, ale za to ma „fale” – wczoraj, kiedy jej włosy były jeszcze lekko wilgotne po kąpieli, mama splotła je w cztery warkoczyki. Teraz można już je rozpleść. Jeszcze ząbki i tubka pasty dla dzieci w wieku od zera do sześciu lat. Już niedługo będzie używać pasty dla starszych dzieci. Tak, dużo się zmieni.

Dobrze. Teraz sukienka. Ale na łóżku w jej pokoju leży jakaś inna. W różowe kwiatki. Do szkoły w różowe kwiatki? A gdzie jest rożek od Paci? Razem go zrobiły.

– No, ubieraj się , już czas! – do pokoju wszedł tata.

– Gdzie jest mama? Chcę mamy! Gdzie jest moja sukienka? – Calineczka buntuje się, chociaż wie, że musi się pospieszyć.

– Załóż tę! Mama ubiera się.

Tak, jako dziecko nie ma się specjalnie dużo wyboru.

Dzwonek do drzwi – Paci!

– Calineczka nie w sukience ode mnie? – zauważa zdziwiona.

– Założy ją na inną okazję – usiłuje załagodzić Mama, stając w drzwiach łazienki.

– Nie za dużo tych kwiatków? – spytała jedynie Paci.

Dlaczego nie broni swojej racji?, zapytuje się Calineczka w myślach, gdyby się zbuntowała, tak, jak ja nieraz, to bym nie musiała w takim stroju pójść do szkoły w mój pierwszy dzień. Ostatecznie to jest mój dzień, a ja wyglądam jak łączka – rożek szkolnych niespodzianek w kwiatki, sukienka w kwiatki, sandałki w kwiatki – jeszcze jakaś pszczoła się pomyli i mnie użądli…

Paci zmienia temat i chwali kreację mamy.

Wychodzimy.

Pod szkołą czeka już Ropucha ze swoim synem.

O, właśnie zarechotał – Ree!

©Ursula Vortag, Germany 2019

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

zainteresowanie i szachy

worry, Grażyna Hajewski, countess, oil, canvas, 50x20x2cm, no 1107819cm

“Kobieta potrzebuje zainteresowania…” napisał ktoś na jakimś tam portalu społecznościowym, po czym dodał „… a kiedy je otrzyma, zezwoli swojemu mężczyźnie na partyjkę szachów z kumplem”.
Dobrze ujęte, odpowiedziałam, zastrzegając, że – jeśli pod słowem ZAINTERESOWANIE skrywa się pokaźna gama uczynków służących związkowi a SCHACHY, to hobby, parę chwil dla siebie, mające na celu oderwanie się od problemów dnia codziennego i „zebranie myśli” – coś, co polecałabym każdemu.
©Ursula Vortag, Germany 2019

Dziesięć przykazań

 

– Nikt nie widział?
– Widział?!

Oj, to nie dobrze, bo teraz trzeba będzie jeszcze raz – tylko bardziej skrycie.
Wartości.
Czy mamy jeszcze wiedzę o nich?
Czy te wartości mają dla nas jeszcze jakąś wartość?
Dla nas mają.
Ale czy przekazujemy ją dalej, następnemu pokoleniu?
Czy może raczej zamykamy się w żalu nad upadkiem tego, co właściwie stanowi podstawę istnienia społeczeństwa? – Niczym ślimak w swojej muszli, kiedy chowa się w niej, reagując w ten sposób na najdrobniejszą wskazówkę o nadchodzącym z zewnątrz, możliwym niebezpieczeństwie.

Dziesięć przykazań.
Powstały przed tysiącami lat i są niemal tak stare, jak żydowski lud.
Mose, który wyprowadził swój lud z Egiptu, uwalniając go w ten sposób od okrucieństw faraona, w pewnym momencie (po długich dniach wędrówki przez pustynię w kierunku ziem przodków) zorientował się, że traci panowanie nad ludem, któremu wycieńczenie dawało się we znaki, idzie na górę, by na osobności zebrać myśli, wymyśla objawienie, tworzy tablice, ryje na nich teksty, które miałyby za zadanie pomóc mu utrzymać lud w ryzach – przynajmniej do momentu dotarcia do „ziemi obiecanej”.
O tym, że to była ostatnia chwila, przekonał się po powrocie, kiedy ujrzał swój lud grabiący i mordujący się nawzajem. Wtedy to – zniechęcony – zniszczył tablice, oznajmiając, że nie ma ochoty opiekować się bandą rozbójników.
Uproszony ogłasza, że wraca do Boga, po radę, ale kiedy wróci, chce zastać w obozie spokój.
Na górze Synaj wyszukuje nowe, przydatne na tablice, kamienie, ponownie ryje w nich zdania, po czym wraca z nimi. Ludziom ogłasza, że tknięty przez Boga został ponownie, odczytuje wersety, nakazuje ich przestrzegać.
Było to dziesięć przykazań. Pierwsze wydanie Praw Obywatelskich.
Znane są one i nam, bo zostały przejęte przez wiele religii świata: katolicką, prawosławną, ewangelicką i są podstawą wychowania każdego młodego człowieka.

©Ursula Vortag

Słownik

Panu Prof. Janowi Miodkowi i Pani Dr Justynie Janus-Konarskiej dziękuję bardzo za dedykowany mi “Słownik polsko@polski z Miodkiem”!
Wczoraj dotarł do mnie.
Z wielką ostrożnością wymuskałam niedużą książkę z białej, wielowarstwowej koperty, zabezpieczającej ją przed trudami pocztowej drogi z Polski, z Wrocławia – ze znajdującego się tam, usytuowanego w kuluarach biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, studia audycji “Słownik polsko@polski z Miodkiem”, w której ostatnio miałam niewątpliwy zaszczyt jako gość (via skype) uczestniczyć. W tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję reżyserowi audycji, Panu Dariuszowi Dynerowi za zaproszenie!
Uprzejmie-pouczająco uśmiechający się z okładki “Słownika” profesor Miodek już zawsze będzie mi przypominał o tym, inspirującym mnie w moich dalszych studiach nad emigracją, wydarzeniu.
Niezwłocznie przystąpiłam do lektury, a już pierwsze strony książki wskazały na fakt, że będzie on mi wielką pomocą, bo tak, jak kultywowany także poza granicami kraju język ojczysty, również emigracja ulega rozwojowi – nieustannie wzbogacana o nowe doznania, ewoluowuje, przystosowując nieco swoje życie do wymagań obcych kultur oraz aktywnie wpływając na nie…

cdn.

©Grażyna Hajewski, Germany 2019
PS:  Właśnie pracuję nad powieścią, której główny wątek osnuty jest na kanwie życia na obczyźnie.