Zwłaszcza tłumacza Poety Zasłużonego.
Przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a potem, z zamiarem ich opublikowania, zwróciłam się do wydawcy. Ten nagabuje o prawa autorskie:
– Najlepiej będzie – radzi – jeśli zwróci się Pani z tym bezpośrednio do spadkobierców Poety.
Dobrze, pomyślałam łatwowiernie. W internecie wyszukałam Fundację opiekującą się spuścizną pa Poecie, po czym drogą elektroniczną wysłałam do niej zapytanie w sprawie praw.
No i czekałam.
Czekałam.
Minął miesiąc – nic.
Mają z pewnością dużo pracy, myślałam i czekałam dalej.
Minął drugi miesiąc – nic nie uległo zmianie.
Po trzech miesiącach wysłałam drugiego Maila.
Tym razem odczekałam jedynie tydzień, po czym sięgnęłam za słuchawkę telefonu.
– Jesteśmy bardzo zajęci, proszę uzbroić się w cierpliwość – oświadczył mi młody, kobiecy głos.
– Tak, – roześmiałam się w odpowiedzi – a jak duża ma być ta moja cierpliwość, bo ja już czekam czasu spory kawałek?
– Proszę poczekać chwilkę przy telefonie – po drugiej stronie kabla dały się słyszeć jakieś konspiracyjne szepty, świadczące o lekkiej konsternacji, o co tam chodzi…
– Dzień dobry, jestem przewodniczącą Fundacji Opiekującej się Spuścizną Poety! – zabrzmiał nieoczekiwanie głos jakiejś Pani. Poważny był to głos. Głos starszy od tamtego i bardzo dostojny.
– Dzień dobry, jestem Tłumaczem, właśnie przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a ponieważ zamierzam je opublikować, zwracam się do Państwa w sprawie Praw Autorskich.
– Ależ proszę Pani! – donośnie zabrzmiały pouczające słowa – to jest sprawa dotycząca jedynie Wydawnictwa i Nas. Z tłumaczem nie mamy zazwyczaj żadnego kontaktu.
– Ach, tak…. – udało mi się wtrącić, po czym już śpieszę z wyjaśnieniem – sprawa wygląda tak, że moje Wydawnictwo, poradziło mi zwrócić się do Państwa bezpośrednio.
– Nie, to jest błędne, bo my z tłumaczem nie mamy żadnego kontaktu, jedynie z wydawcą – powtarza dostojna Pani.
– Tak, rozumiem – odpowiedziałam, z zamierzając zakończyć rozmowę.
Nie pozwolono mi jednak, bo Pani z Fundacji właśnie wpadła na pomysł zapoznania mnie z rolą, jaką Fundacja odgrywa w ochronie spuścizny Poety. Co miałam jej powiedzieć? – że już wcześniej, jeszcze zanim nawiązałam z nią kontakt, zapoznałam się z chwalebnymi zamiarami i przedsięwzięciami Fundacji na jej stronie internetowej.
Mimo to, może tak trochę zapobiegawczo, wysłuchałam słów jej dostojnej Przedstawicielki, od czasu do czasu rzucając w słuchawkę telefonu głośne słowa poparcia.
– Nie chcemy – powiedziała i (z góry przepraszając za użycie wyrażenia) zapewniła – nie chcemy, by poezja Poety została zbezczeszczona.
– Tak rozumiem – zgodziłam się z nią, a ciarki przeszły mi po plecach.
A ona sama, chcąc pewnie nieco załagodzić gorycz swoich słów no i bo nie chciała, bym poczuła się urażona: –  pani z pewnością spotkała się już z niezbyt udanymi tłumaczeniami.
– Tak, internet jest pełen różnych kwiatków…-  przytaknęłam, po czym wygłosiłam z żarem – mogę Panią zapewnić, że przetłumaczone przeze mnie teksty przekazują myśl oryginału w stu procentach. Pracowałam nad nimi długi czas, starając się także, by nie tylko odpowiednia składnia zdań ale i pierwotna melodyka wierszy została zachowana.
Potem zwierzyłam się jej, że robiąc to tłumaczenie myślałam, między innymi o swoich wnukach, którym chciałabym przyswoić język ich matki i dziadów i oczywiście korzystać przy tym ze źródeł najwyższej jakości. – Wydaje mi się, że powinniście być Państwo z mojej pracy zadowoleni – dodałam na zakończenie.
Wtedy ona zaproponowała:
– Proszę przysłać nam przetłumaczone teksty.
– No, to jak to – zaskoczenie moje było zbyt duże, by pojąć logikę takiego nagłego obrotu sprawy, więc spytałam naiwnie – Pani chce otrzymać moje teksty?
– Tak. Ja chcę otrzymać przetłumaczone przez panią teksty – padło potwierdzenie z Fundacji.
A mnie najzwyczajniej strach obleciał. No, bo tego nie spodziewałam się. I wydało mi się nagle, że moje własne prawa autorskie są w tym momencie zagrożone…
– to ja już zwrócę się do Państwa przez Wydawcę – usłyszałam samą siebie tę bzdurę mówiącą.
Na to ona obraziła się. Najwyraźniej. Czułam to mimo odległości.
Potem stała się złośliwą:
– Czy wydawca rozumie język polski?
– Chyba tak, bo przecież specjalizuje się w wydawaniu tłumaczeń.
– My załatwiamy wszystkie sprawy Fundacji w języku angielskim.
– To dobrze, to z pewnością ułatwia sprawę – odetchnęłam z ulgą, bo już naprawdę zaczęłam podejrzewać swojego wydawcę o nieznajomość języka polskiego.
– No to wyjaśniłyśmy sobie wszystko? – spytała jeszcze dostojna Pani.
– Tak, dziękuję bardzo, do usłyszenia!
Ostatnim moim słowom towarzyszył sygnał rozłączonej rozmowy.

copyright Ursula Vortag, Germany 2018

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s