Geisha, Grażyna Hajewski, Germany 2018, oil, canvas 80x60x2cm

Gdy w Ogrodzie Botanicznym…

„miłe złego początki…”,
ktoś powiedział, ktoś inny napisał, czyje to słowa?
Nie ważne, ale pasują tu znakomicie, bo dzień miły, letni, ciepły. Prawdziwie letnio.
Za kilka dni rozpocznie się astronomiczna jesień, ale wszystko wskazuje na to, że pogoda tego roku usiłuje nie dopasować się do wymagań astronomów. I czyni to z powodzeniem.
A ja staram się wykorzystać ten niespodziewany nadmiar słońca, jak tylko mogę i przez całe lato podróżuję rowerem.
Wszędzie, gdzie tylko mogę.
I bardzo szybko przekonałam się, że dla takiego dwukołowca możliwości egzystowania w wielkomiejskim ruchu są niemal nieograniczone, bo dzięki pasmom dla rowerzystów (przebiegającym wzdłuż niemal wszystkich ulic) jest bezpieczniejszy, można nim dotrzeć niemal wszędzie no i poza tym nie wymaga tych wszystkich skomplikowanych procedur związanych z parkowaniem.

Jednak do Ogrodu Botanicznego roweru nie mogłam wprowadzić.
Właściwie to logiczne, pomyślałam, czyste, wysypane jasnym żwirem alejki nie zniosłyby śladów rowerowych opon, a poza tym – gdzie miałabym odstawić pojazd? Oprzeć o któreś z chronionych drzew?
Bzdura.
Na szczęście w sąsiadującej z Ogrodem uliczce znajdował się rowerowy parking – nawet w cieniu wychylających się zza ogrodowego parkanu, bogato ulistnionych, grubych konarów drzewa. „Phellodendron amurense, korkowiec amurski” – przeczytałam wyjaśnienie znajdujące się na tabliczce umocowanej na paliku wbitym w ziemię tuż obok drzewa. Ależ im wyrósł, stwierdziłam usiłując przedrzeć się wzrokiem przez zieloną, rozłożystą gęstwę do jego wierzchołka. Będzie miał chyba z dziesięć metrów, uznałam, łącząc ramę roweru z metalowym stojakiem.
Tyle zielonego i to w samym środku miasta.
W środku ulicznego ruchu.
Pięć linii tramwajowych prowadziło tutaj.
Z turkotem, tym specjalnym, jaki jedynie tramwaje na całym świecie wydają, przetaczały się ich zjednoczone wagony, co jakiś czas zatrzymując się na usytuowanym nieopodal przystanku i wysypując tłumy pasażerów – równie głośnych, co zahukanych, rozbiegających się, z momentem postawienia stopy na szarym, rozpalonym betonie chodnika, w różne kierunki. Zupełnie, jakby pozostanie choćby na moment w miejscu równało się natychmiastowemu spłonięciu.                                                                              Ale z chwilą, kiedy przekroczyłam długi głaz, spełniający rolę czegoś w rodzaju progu i minęłam bure, kamienne kolumny średniowiecznej bramy ogrodu, ogarnęła mnie zaskakująca cisza. Zupełnie jakbym przekroczyła progi innego Universum. Udałam się na rekonesans z jednoczesnym zamiarem wyszukania odpowiedniego kącika, w którym mogłabym parę godzin dziennie popracować. Zaskoczona stwierdziłam, że już ktoś mnie ubiegł – w różnych zakątkach, tych najbardziej zielonych i zacienionych, siedząc za stoliczkami, pracowali już studenci nad skryptami, gdzieś indziej – na blacie okrągłego stolika, stojącego pod rozłożystym amerykańskim klonem jakiś mężczyzna uplasował plik lśniących białością dokumentów i pochłonięty ich zawartością absolutnie nie zwracał uwagi na to co się wokół niego dzieje; a w niewielkiej altance, stojącej u podnóża stromej skarpy, na której stałam,  rozgościły się dwie Japonki.
Ich otoczenie przypominało nieco japoński ogród w miniaturze – tu i tam skałki, głazy i kamienie, górska roślinność, spływające do ich stóp perliście pulsujące strumyczki… brak tylko przechadzającej się Gejszy, takiej w kwiecistym kimono i dzierżącej w dłoni papierową parasolkę.
Ogrodzie rozbrzmiewał wszechobecny trel ptaków, szum wody, jakieś bliżej niesprecyzowane trzepotanie… coś jakby – nie wiem, co…
ten Ogród rządzi się swoimi prawami.                                                                            Przechodząc się alejkami dalej, mijałam stojące wzdłuż alejek ławeczki, siedzących na ławeczkach ludzi – tych potrzebujący chwili wytchnienie, chwili ucieczki od upału oraz tych zajętych pisaniem, przeglądaniem dokumentów, korygowaniem obcych błędów, może też i własnych…
Tu i tam, tu i tam – tam było zbyt ustronnie, tu zbyt blisko wyjścia. W końcu zdecydowałam się usiąść na jednej z drewnianych ławeczek, stojących w cieniu wielkiego rododendronu. W pobliżu stuletnia, jeśli nie najstarsza na kontynencie, magnolia rozpościerała swoje grube, o poczerniałej korze konary. Rododendron był obrzucony kwieciem w kolorze lila. Magnolia miała już zielone, w górę wskazujące szyszki.
Dwudziesty pierwszy wiek.
Czemu winne drzewo, że przywodzi na myśl nieuczesane myśli?

©Ursula Vortag, Germany 2018

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s