Z salonu do komórki

Złość w nim wzrasta, bo tyle nieprzyjemnych rzeczy nie wydarzyłoby się, gdyby nie zostali tutaj podstępem ściągnięci.

Potraktowano ich jak rzecz.

Bezosobową, bezduszną rzecz.

Niczym mebel, który można postawić tam, gdzie się chce, nie pytając go o to, czy właściwie zgadza się być w nowym otoczeniu.

Tak po prostu – z salonu do komórki. Bo tego wymaga sytuacja.

Zastanawiającym był fakt, że mebel, a było to krzesło, uważało początkowo to nowe otoczenie za interesujące, oczywiście, że zauważało nieścisłości, inności – meble z nowego otoczenia były staroświeckie i reprezentowały różne warstwy społeczne. Większość z nich była częściowo uszkodzona i z tego powodu prawdopodobnie zgorzkniała. Ta zgorzkniałość powodowała, że wspominając swoją przeszłość, chętnie porównywały niektóre jej szczegóły z aktualnymi zdarzeniami, starając się przy tym mieć zupełnie inne zdanie na niemal każdy temat. Bo niektóre z tych gratów (jak krzesło zaczęło je w myślach nazywać) stały kiedyś w salonach a pamiętając jeszcze swoją minioną świetność, dziwiły się temu nowemu. Krytykując jego nieskazitelny stan, mówiły, że nie pasuje do nich, że powinno poszukać sobie innego lokum.

Krzesło przemilczało te nieprzyjemne szmery, starając się okazać, że spływają po nim, niczym woda po gęsi. Niezmiennie prościutko trzymając swoje oparcie, wmawiało sobie, że złe minie, że trzeba jedynie cierpliwie odczekać – nowe otoczenie musi się przecież przyzwyczaić do niego.

Ale nie wzięło jednego pod uwagę a mianowicie tego, że ono samo któregoś dnia dojdzie do wniosku, że coś tu nie tak. Że zdejmie różowe okulary i dokładniej przyjrzy się nieznanemu otoczeniu, że w następstwie tego stwierdzi, że to jedynie komórka pełna gratów z kontrowersyjną przeszłością.

Ursula Vortag

Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Dziesięć przykazań

 

– Nikt nie widział?
– Widział?!

Oj, to nie dobrze, bo teraz trzeba będzie jeszcze raz – tylko bardziej skrycie.
Wartości.
Czy mamy jeszcze wiedzę o nich?
Czy te wartości mają dla nas jeszcze jakąś wartość?
Dla nas mają.
Ale czy przekazujemy ją dalej, następnemu pokoleniu?
Czy może raczej zamykamy się w żalu nad upadkiem tego, co właściwie stanowi podstawę istnienia społeczeństwa? – Niczym ślimak w swojej muszli, kiedy chowa się w niej, reagując w ten sposób na najdrobniejszą wskazówkę o nadchodzącym z zewnątrz, możliwym niebezpieczeństwie.

Dziesięć przykazań.
Powstały przed tysiącami lat i są niemal tak stare, jak żydowski lud.
Mose, który wyprowadził swój lud z Egiptu, uwalniając go w ten sposób od okrucieństw faraona, w pewnym momencie (po długich dniach wędrówki przez pustynię w kierunku ziem przodków) zorientował się, że traci panowanie nad ludem, któremu wycieńczenie dawało się we znaki, idzie na górę, by na osobności zebrać myśli, wymyśla objawienie, tworzy tablice, ryje na nich teksty, które miałyby za zadanie pomóc mu utrzymać lud w ryzach – przynajmniej do momentu dotarcia do „ziemi obiecanej”.
O tym, że to była ostatnia chwila, przekonał się po powrocie, kiedy ujrzał swój lud grabiący i mordujący się nawzajem. Wtedy to – zniechęcony – zniszczył tablice, oznajmiając, że nie ma ochoty opiekować się bandą rozbójników.
Uproszony ogłasza, że wraca do Boga, po radę, ale kiedy wróci, chce zastać w obozie spokój.
Na górze Synaj wyszukuje nowe, przydatne na tablice, kamienie, ponownie ryje w nich zdania, po czym wraca z nimi. Ludziom ogłasza, że tknięty przez Boga został ponownie, odczytuje wersety, nakazuje ich przestrzegać.
Było to dziesięć przykazań. Pierwsze wydanie Praw Obywatelskich.
Znane są one i nam, bo zostały przejęte przez wiele religii świata: katolicką, prawosławną, ewangelicką i są podstawą wychowania każdego młodego człowieka.

©Ursula Vortag

Słownik

Panu Prof. Janowi Miodkowi i Pani Dr Justynie Janus-Konarskiej dziękuję bardzo za dedykowany mi “Słownik polsko@polski z Miodkiem”!
Wczoraj dotarł do mnie.
Z wielką ostrożnością wymuskałam niedużą książkę z białej, wielowarstwowej koperty, zabezpieczającej ją przed trudami pocztowej drogi z Polski, z Wrocławia – ze znajdującego się tam, usytuowanego w kuluarach biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, studia audycji “Słownik polsko@polski z Miodkiem”, w której ostatnio miałam niewątpliwy zaszczyt jako gość (via skype) uczestniczyć. W tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję reżyserowi audycji, Panu Dariuszowi Dynerowi za zaproszenie!
Uprzejmie-pouczająco uśmiechający się z okładki “Słownika” profesor Miodek już zawsze będzie mi przypominał o tym, inspirującym mnie w moich dalszych studiach nad emigracją, wydarzeniu.
Niezwłocznie przystąpiłam do lektury, a już pierwsze strony książki wskazały na fakt, że będzie on mi wielką pomocą, bo tak, jak kultywowany także poza granicami kraju język ojczysty, również emigracja ulega rozwojowi – nieustannie wzbogacana o nowe doznania, ewoluowuje, przystosowując nieco swoje życie do wymagań obcych kultur oraz aktywnie wpływając na nie…

cdn.

©Grażyna Hajewski, Germany 2019
PS:  Właśnie pracuję nad powieścią, której główny wątek osnuty jest na kanwie życia na obczyźnie.

Nowy parking

 

…hałas ogromny, huk nieznośny,
drzewa padają podcinane ostrzami elektrycznych pił,
czerwono-krwisty buldożer robi z chaosem porządek, zgarniając nikomu już nie potrzebną zieloność na potężne ciężarówki koloru bliżej nieokreślonego.
Kilka razy musiały one obrócić, zanim usunięte zostało wszystko.
Potem inny, żółty zrywa betonową nawierzchnię.
Wspierają go hydrauliczne młoty.
I znów znalazło się zajęcie dla potężnych, nieokreślonego koloru ciężarówek.
Odjechały.
Na ich miejsce wstąpił walec.
Ten wyrównał.
Wszystko.
Wkrótce i ta ciężka maszyna opuściła podwórze, pozostawiwszy po sobie pustkę, nagle rozjaśnioną jasnym błękitem nieba.
Przez ten błękit słońce przebiło swoje, niczym włos cieniutkie, promienie, a te wtargnęły do mieszkań na parterze, do tej pory przesłoniętych przez cienie rzucane przez korony stuletnich drzew. Z mozołem przeciskały się przez zapuszczone, zaparowane od panującej wewnątrz wilgoci i pleśni, szyby okien.
Przy okazji zajrzały też, przez malutkie piwniczne okienko, do wnętrza ciasnej komórki.
Kiedyś była tam pralnia. Dzień w dzień odwiedzana, zawsze przez któregoś z licznych mieszkańców kamiennicy. Dzisiaj straciła na znaczeniu.
Aktualnie panującym w niej spokojem zainteresował się stary, szary szczur.
Po dokładnej inspekcji pomieszczenia stwierdził, że tutaj może przyjemnie spędzić swój zasłużony czas emeryta.
Tu podobało mu się – z sufitu zwisały długie pajęczyny, jakieś kable plątały się wzdłuż, pokrytych brudno-zielonkawą pleśnią, ścian. Gruzy, kurz, rupiecie. Ciemno, ponuro, swojsko i tajemniczo.
A tu taka niespodzianka.
Nie był kretem, więc słońce aż tak bardzo go nie drażniło, ale mimo wszystko…
nie oczekiwał tej jasności i teraz nie bardzo wiedział, co robić – niby to nie światło latarki, za którym zazwyczaj czai się jego odwieczny wróg, człowiek, ale przecież gdyby on – szczur zamierzał wyjść na słońce, by ogrzać stare kości, to wyszedłby sobie na dwór (przecisnąłby się jednym z krętych, jemu tylko znanych korytarzy tej starej rudery)… blask słoneczny właśnie w tym miejscu… chyba trochę coś tu nie tak jest.
Na wszelki wypadek czmychnął (z szybkością, na jaką mu pozwalały krótkie łapki) w kąt utworzony przez niski, zimny, kaflowy piec (na którym niegdyś gotowano bieliznę) i pobieloną gipsem ścianę.
Z tego ukrycia obserwował, jak słoneczne promienie wesoło chichocząc przeskakują z jednego zakamarka w drugi, co rusz odkrywając grudy starego tynku, który osypał się ze ścian, albo wirują z unoszącymi się w powietrzu drobinkami kurzu.

 

©Ursula Vortag, Germany 2019

Chmury

  • Twój barszczyk jest mało ostry.

Oświadczyła, po czym ogłosiła wszem i wobec, tonem nie uznającym jakiegokolwiek sprzeciwu, że poszuka w internecie przepisu na ostry barszczyk.

  • W Internecie? I co, zaraz też zobaczysz na ekranie smak tego barszczyku? – zauważył złośliwie Mac.

A jednak.

Widziałam, że w ma wielką ochotę uśmiechnąć się, ale nie zrobi tego, by nie rozzłościć siostry, bo ta jego uwaga miała jedynie za zadanie wprowadzenie do przedświątecznej atmosfery niewielkiego elementu mającego ją rozładować. No bo po jakie licho to sztuczne napięcie, obowiązek pogoni za prezentami i te dyskusje o tym, co na stole musi być? Koniecznie! Nie musi. Każda pani domu jest jedyną i niepowtarzalną, jej dom i jej stół jest także jedynym i niepowtarzalnym. Wobec tego faktu nie powinna ona ulegać tym jakimś nieskoordynowanym próbom wpłynięcia na jej osobistą opinię, przeprowadzanym przez obciążonych nadproducyjnością własnych firm przedsiębiorców, którzy, nie za bardzo wiedząc, gdzie z własnym towarem, wykorzystują każdą okazję jego zbytu. Takie rodzinne uroczystości są wspaniałym rynkiem dla nich.

Ale nie nasz stół.

Nie mój stół.

Na wiele spraw poglądy Maca były inne niż jego siostry a i on sam był inny.

Sprawiała to czteroletnia różnica wieku?

Niewielka, ale pozwalająca rodzeństwu, w jego pierwszych latach życia, na indywidualny rozwój.

Bardzo byli za sobą. Mimo, że pokończyli różne szkoły, mimo że nie mieli wspólnych znajomych, także ich życie zawodowe wyglądało zupełnie inaczej – Mac, kierujący prawniczą kancelarią, co prawda jeszcze nie jej szef (ale z widokiem na to stanowisko) i Malvina – krytycznie podchodząca do wszystkiego, co ją otacza i otwarcie komentująca wszystko, to, co ją drażniło.

Ona już była szefową biura, tyle, że transportowego.

Obydwoje pewni swojego zdania, lubiący przeforsowywać je i budzący zaufanie otoczenia.

  • Podobno został opracowany taki specjalny program, umożliwiający odbieranie zapachów przez internet – powiedziała na jej obronę Katarzyna, narzeczona Maca.

A moja córka w podzięce ugryzła ją w rękę:

  • Poważnie? Bo większej bzdury nie słyszałam.
  • A tak, poważnie, i to nie jest jakiś tani kawał aprilisowy – zapewnił Mac, stając po stronie swojej przyszłej i obecnej.

Po czym zaczął objaśniać, że w programie chodzi o konfrontację zmysłów wzroku ze zmysłami smaku, których to źródło znajduje się w odpowiednich obszarach mózgu.

Spojrzałam spod oka na Katarzynę.

Ta wielka, ta ruska nie pomagała i nie tłumaczyła nikogo. Nie oczekiwała też z żadnej strony wsparcia czy obrony swojego zdania – ona brała sobie to, na co akurat miała ochotę, nie zważając na spustoszenie, które za sobą pozostawiała.

Katarzyna Wielka.

Moja synowa była inna – przyjemna, ugodowo nastawiona do całego świata, ze zrozumieniem wszystkich jego problemów.

Dobrali się z Macem wspaniale.

Także i tym razem, przewidując nadciągające chmury, próbowała je zawczasu rozproszyć.

Przyszłam jej na pomoc, bo i ja zauważyłam szarość na horyzoncie:

  • Barszczyk nie musi być i nie będzie.
  • Nie?!

Trochę zdziwiłam się, obserwując ich reakcję.

Ale tak prawdę mówiąc, to niby skąd mieliby wiedzieć, że najlepszą potrawą uświetniającą przyjęcie rodzinne jest zupa grzybowa?

Ja sama nie przykładałam do tej pory wagi do rozmów właśnie na ten temat, bo w moim domu rodzinnym był on sprawą tabu. Bo za zasłonką w salonie ukrywała się minora. Bo ci, co jawnie obnosili się ze swoją tożsamością byli degradowani w społeczeństwie. Nieuznawani przez system.

A to, co przychodziło z zewnątrz mogło być nieścisłe (tak delikatnie sprawę przedstawiając), a mniej delikatnie – po prostu zanieczyszczone, nie koszerne.

Bo, co prawda zakłada się, że źródło jest jedno, ale te tysiące przekazów, różniących się między sobą nie tylko szczegółami ale i sensem tekstu.

A sens tej całej historii był taki, by w swoim czasie wprowadzić rozłam w starym porządku, bo znudził się, bo człowiek potrzebuje zmian.

Owszem, lubi to, co znane, ale od czasu do czasu pozwala sobie na coś nowego, by odmienić punkt spojrzenia na sprawy, z którymi nie daje sobie rady.

Nadeszła pora na zupę grzybową, z lanymi kluskami, ze smażonym sandaczem i sałatką z czerwonej kapusty. Oczywiście kompociku z suszu nie będzie mogło zabraknąć.

I hałki.

No i dreidel.

Koniecznie!

Hanukkah bez dreidla, to nie Hanukkah.

©Ursula Vortag

Na Marsa z nim!

the irresitible, Grazyna Hajewski countess, Germany 2017, watercolor, paper 29,7x21cm no 110917

„w miarę jedzenia apetyt rośnie”
to też według starego porzekadła.
Zastanawiającym jest fakt, że nie straciło ono na aktualności – mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko to, co on nam przyniósł: wysoko rozwiniętą technikę w każdym niemal zakresie – od urządzeń domowego użytku poczynając a na precyzyjnych instrumentach medycznych kończąc. Mimo, że mamy stację orbitalną, sputniki, sondy przemierzające dalekie zakątki kosmosu i dostarczające nam wiadomości o jego tajemnicach; mimo że planujemy osiedle na Marsie.
Kogo my tam wyślemy?
Może tych, co coś przeskrobali. Tych, którym prawo cywilne na ziemi nie odpowiadało.
Taka kolonia tych, co z prawem na bakier” – to nawet dobrze brzmi.

Poza tym przykład Australii dowodzi, że tego typu eksperyment ma bardzo duże szanse na powodzenie.
Tam, wysoko, będą rządzili się własnymi prawami.
Prawami Marsa.

A kto ich nie będzie przestrzegał, wyleci w Kosmos.
Dosłownie – zostanie wykluczony z towarzystwa, wypchnięty poza bogatą w tlen strefę życia a w żrącej atmosferze czerwonej planety nie przeżyje dłużej niż dwie sekundy. Słabe przyciąganie natomiast nie utrzyma go na jej powierzchni.
Tak, bo więźniowie, jak każda inna wspólnota, natychmiast ustanowią jakieś prawa.
Surowe, jak oni sami i jak oni sami bezwzględne.
Będzie to niezbędne dla utrzymania statusu dowodzącego grupą oraz statusu jej członków, no i warunkiem przeżycia, wykorzystania szansy, która im się nadarzyła, a ten, kto tę szansę zbezcześci stanie się banitą.
Czy będą tam mieli do czynienia z aktualnymi osiągnięciami techniki?
Co za pytanie – oczywiście, że tak, bo od niej będzie zależało ich przeżycie tam.
I właśnie ta chęć przeżycia spowoduje, że opanują wszelkie skomplikowane nowości w okamgnieniu.
A co będzie im brakowało, „pożyczą” sobie od innych. I tak rozwinie się marsjański półświatek. Wspaniale. Już widzę oczyma wyobraźni to całe marsjańskie towarzystwo.
Chciałabym być świadkiem tego.

©Ursula Vortag, Germany 2018

Die magische Taffel

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18

Ein zauberhaftes Brett,
Das Innenraum eines Kristalls,
Der Abgrund der Finsternis,
Der blaue Dampf.

Im Pixelformat,
Vom Banner der Informationen
Extrahieren Sie
Unseres Lebens Inhalte:

Die Bitterkeit des Abschieds,
Freude am Dasein,
Merkwürdigkeit der  Sachen,
Ein Ausbruch von Memoiren.

© Ursula Vortag, Deutschland 2018

Blackboard of Magic

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18
Blackboard of Magic,
The interior of the crystal,
The Abyss of Black,
The blue vapor.

A new banner
in pixels contens
Extract the Essences
of our Lives:

Parting Bitterness,
Joy of existence,
Insulting content,
A burst of memories.

© Ursula Vortag, Germany 2018

„Miłe złego początki…”

Geisha, Grażyna Hajewski, Germany 2018, oil, canvas 80x60x2cm

Gdy w Ogrodzie Botanicznym…

„miłe złego początki…”,
ktoś powiedział, ktoś inny napisał, czyje to słowa?
Nie ważne, ale pasują tu znakomicie, bo dzień miły, letni, ciepły. Prawdziwie letnio.
Za kilka dni rozpocznie się astronomiczna jesień, ale wszystko wskazuje na to, że pogoda tego roku usiłuje nie dopasować się do wymagań astronomów. I czyni to z powodzeniem.
A ja staram się wykorzystać ten niespodziewany nadmiar słońca, jak tylko mogę i przez całe lato podróżuję rowerem.
Wszędzie, gdzie tylko mogę.
I bardzo szybko przekonałam się, że dla takiego dwukołowca możliwości egzystowania w wielkomiejskim ruchu są niemal nieograniczone, bo dzięki pasmom dla rowerzystów (przebiegającym wzdłuż niemal wszystkich ulic) jest bezpieczniejszy, można nim dotrzeć niemal wszędzie no i poza tym nie wymaga tych wszystkich skomplikowanych procedur związanych z parkowaniem.

Jednak do Ogrodu Botanicznego roweru nie mogłam wprowadzić.
Właściwie to logiczne, pomyślałam, czyste, wysypane jasnym żwirem alejki nie zniosłyby śladów rowerowych opon, a poza tym – gdzie miałabym odstawić pojazd? Oprzeć o któreś z chronionych drzew?
Bzdura.
Na szczęście w sąsiadującej z Ogrodem uliczce znajdował się rowerowy parking – nawet w cieniu wychylających się zza ogrodowego parkanu, bogato ulistnionych, grubych konarów drzewa. „Phellodendron amurense, korkowiec amurski” – przeczytałam wyjaśnienie znajdujące się na tabliczce umocowanej na paliku wbitym w ziemię tuż obok drzewa. Ależ im wyrósł, stwierdziłam usiłując przedrzeć się wzrokiem przez zieloną, rozłożystą gęstwę do jego wierzchołka. Będzie miał chyba z dziesięć metrów, uznałam, łącząc ramę roweru z metalowym stojakiem.
Tyle zielonego i to w samym środku miasta.
W środku ulicznego ruchu.
Pięć linii tramwajowych prowadziło tutaj.
Z turkotem, tym specjalnym, jaki jedynie tramwaje na całym świecie wydają, przetaczały się ich zjednoczone wagony, co jakiś czas zatrzymując się na usytuowanym nieopodal przystanku i wysypując tłumy pasażerów – równie głośnych, co zahukanych, rozbiegających się, z momentem postawienia stopy na szarym, rozpalonym betonie chodnika, w różne kierunki. Zupełnie, jakby pozostanie choćby na moment w miejscu równało się natychmiastowemu spłonięciu.                                                                              Ale z chwilą, kiedy przekroczyłam długi głaz, spełniający rolę czegoś w rodzaju progu i minęłam bure, kamienne kolumny średniowiecznej bramy ogrodu, ogarnęła mnie zaskakująca cisza. Zupełnie jakbym przekroczyła progi innego Universum. Udałam się na rekonesans z jednoczesnym zamiarem wyszukania odpowiedniego kącika, w którym mogłabym parę godzin dziennie popracować. Zaskoczona stwierdziłam, że już ktoś mnie ubiegł – w różnych zakątkach, tych najbardziej zielonych i zacienionych, siedząc za stoliczkami, pracowali już studenci nad skryptami, gdzieś indziej – na blacie okrągłego stolika, stojącego pod rozłożystym amerykańskim klonem jakiś mężczyzna uplasował plik lśniących białością dokumentów i pochłonięty ich zawartością absolutnie nie zwracał uwagi na to co się wokół niego dzieje; a w niewielkiej altance, stojącej u podnóża stromej skarpy, na której stałam,  rozgościły się dwie Japonki.
Ich otoczenie przypominało nieco japoński ogród w miniaturze – tu i tam skałki, głazy i kamienie, górska roślinność, spływające do ich stóp perliście pulsujące strumyczki… brak tylko przechadzającej się Gejszy, takiej w kwiecistym kimono i dzierżącej w dłoni papierową parasolkę.
Ogrodzie rozbrzmiewał wszechobecny trel ptaków, szum wody, jakieś bliżej niesprecyzowane trzepotanie… coś jakby – nie wiem, co…
ten Ogród rządzi się swoimi prawami.                                                                            Przechodząc się alejkami dalej, mijałam stojące wzdłuż alejek ławeczki, siedzących na ławeczkach ludzi – tych potrzebujący chwili wytchnienie, chwili ucieczki od upału oraz tych zajętych pisaniem, przeglądaniem dokumentów, korygowaniem obcych błędów, może też i własnych…
Tu i tam, tu i tam – tam było zbyt ustronnie, tu zbyt blisko wyjścia. W końcu zdecydowałam się usiąść na jednej z drewnianych ławeczek, stojących w cieniu wielkiego rododendronu. W pobliżu stuletnia, jeśli nie najstarsza na kontynencie, magnolia rozpościerała swoje grube, o poczerniałej korze konary. Rododendron był obrzucony kwieciem w kolorze lila. Magnolia miała już zielone, w górę wskazujące szyszki.
Dwudziesty pierwszy wiek.
Czemu winne drzewo, że przywodzi na myśl nieuczesane myśli?

©Ursula Vortag, Germany 2018

Dekalog

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18

Szedł z nimi dni wiele
W gorączce, znoju i rozpaczy.
Gnany tęsknotą i pragnieniem
Ku temu, co we mgle majaczy.

Gdy żądny wiedzy parł do przodu
Swój wielki, czarnooki lud,
Gnany nadzieją i ułudą,
Przychylić nieba chciałby mu.

Chronić od głodu i zarazy,
W czystości serc, w czerwieni wód,
Prosić o mannę z nieba…
Lecz niesmak waści okrył lud.

Żądny porady, czasu brak,
Zbyt mało wiary, potrzeby plot,
Na górze Synaj spędza czas,
W kamieniu ryje wiedzy mot.

To ten Jedyny, to jego twór,
To on jedynie wiódł mą dłoń,
To jego słowo, jego głos,
Kto mu przeciwny, wara stąd.

To jego słowo i jego głos,
On wiódł mą dłoń we śnie kamiennym,
W białości myśli i w lśnieniu gwiazd
W radości serca bezdennej.