Myśl

Właściwie przyjechałam tutaj z zamiarem kontynuowania pracy nad swoim aktualnym projektem, którym jest video na temat malowania portretu w oleju – tak o jego tworzeniu od podstaw, to znaczy od momentu powstania samej idei.

Obecnie znajduję się na etapie formułowania tekstu, mającego opisać każdy poszczególny krok mojej pracy nad portretem.

Tego typu zajęcie wymaga bardzo dużej koncentracji, a jak podpowiada mi doświadczenie – tę mogę osiągnąć jedynie, mając wokół siebie otoczenie nie zakłócone jakimkolwiek zbędnym hałasem.

Takież miałam nadzieję znaleźć w miejskim parku a ponieważ przyjemna, słoneczna pogoda sprzyjała mojemu zamiarowi – spakowałam rowerową torbę wkładając do niej tabliczkę z niezbędnymi notatkami, długopis, okulary oraz iPhona ze zgromadzonym nań materiałem dokumentacyjnym, po czym wyruszyłam na poszukiwanie oazy spokoju.

Tę zamierzałam znaleźć nad brzegiem przepływającej przez miasto rzeki, jednak kiedy dojechałam do wiodącej tam rowerowej ścieżki, okazało się, że jest ona zamknięta dla ruchu ze względu na przeprowadzane jakieś bliżej nieokreślone (ale z pewnością niezbędne z punktu widzenia władz) prace budowlane. Wobec tego faktu musiałam objechać niemal pół miasta, by w rezultacie na ogrodzony poczerniałym, metalowym parkanem teren zieleńca dostać się od nieznanej mi strony. Po tym jak minęłam gościnnie na oścież otwartą parkową furtkę, udałam się na wstępny rekonesans – jadąc wysypaną drobnym, szarym żwirem aleją zwiedziłam teren, podziwiałam znajdujące się tam wieloletnie drzewa i rozłożyste krzewy, mijałam spacerowiczów (głównie mamy pchające wysokie, nowoczesne wózki z pociechami, choć czasem zdarzył się i szukający kontaktu z dzieckiem tata) pokonując przy tym liczne, wymoszczone szarym, drobnym żwirem alejki oraz malowniczo wybrzuszone, poczerniałe ze starości, drewniane mostki, przerzucone ponad ramionami leniwie płynącej rzeczki, odbijającej nieskazitelnie jasny błękit nieba.

Uwagę moją przyciągnął rozległy, o kształcie niemal idealnego koła skwer ze znajdującą się w jego centrum fontanną. Wokół niej leżała wysypana żółtym piachem dróżka, zachęcająca do przechadzek, a drewniane, na ciemnozielono pomalowane, o staroświeckim, wygodnym kształcie ławki, dyskretnie ustawione pod gęstymi zaroślami otaczającymi skwer, zapraszały spacerowiczów do odpoczynku. Wybrałam jedną z nich – stojącą pod bujnym krzewem czarnego bzu, którego gałęzie (obrzucone o zbliżonym odcieniu zieloności listowiem i baldachimami bladożółtego kwiecia) skłaniając się nad zakątkiem, tworzyły coś w rodzaju naturalnej, mile zacienionej altany.

Usiadłam na ławeczce, obrzuciłam wzrokiem najbliższe otoczenie, po czym zawiesiłam go na pracy fontanny, która (z umieszczonego w jej centrum kręgu skierowanych w niebo ciemnych, żeliwnych rur) w niezmiennym rytmie wyrzucała w górę cienkie, białe niemal strugi spiętrzonej ciśnieniem wody. Stateczna siła przyciągania ziemskiego jedynie na określoną wysokość pozwalała im dotrzeć, wobec czego w pewnym momencie zawracały, by u podnóża płaskiego basenu opaść w utworzoną z tysięcy nieuporządkowanych, drobnych kropli i kropelek białą kipiel. Tam, niczym nieokiełzane języki wodnej lawiny, zanurzały się osiągając kamienne dno, by ułamek sekundy później, odbiwszy się uprzednio od kamiennego dna, wynurzyć się. Potem – przez chwilę jeszcze wzburzone i nieco zdezorientowane – już w następnym momencie rozpoczynały pospieszną wędrówkę w kierunku kamiennej cembrowiny – tym razem już zjednoczone w liczne, lśniące złociście w promieniach zachodzącego słońca kręgi, rozszerzające się i tracące w miarę oddalania się od centralnego punktu swoją energię.

Sama fontanna, niczym olbrzymich wymiarów stacja nadawcza, zdawała się słać jakieś konkretne, przeznaczone jedynie dla wtajemniczonych wieści i stanowiłaby dobry temat do rozważań dla poszukiwaczy śladów przybyszów z Kosmosu.

Usiadłam wygodnie, po czym przymknęłam na chwilę oczy kosztując odgłosy natury: śpiew ukrytych w gąszczach ptaków, pluskanie wody oraz szum wiatru liczącego liście w koronach otaczających mnie starych drzew. Wszystkie te odgłosy zlewały się w w jedną symfonię, którą poeta określiłby z pewnością jako „Majową” a ja bardziej prozaicznie – „ Natura contra COVID”, bo rzeczywiście – tutaj nie odczuwa się tych wszystkich niepokojów wywołanych panującą od dobrych dwu lat pandemią.

Wstałam, by przejść się i nieco dokładniej przyjrzeć najbliższemu otoczeniu…

po kilku krokach zaledwie, na kamiennej ścianie niskiego muru tuż za moją ławeczką, w miejscu, gdzie murek załamywał się tworząc swojego rodzaju otwarte wyjście ze skwerku, dojrzałam dwie metalowe tablice a na nich z wypukłych liter utworzone teksty.

Zainteresowana przystanęłam, by odczytać:

„Ta tablica znajduje się w miejscu,

gdzie przed laty stał dom,

w którym przyszła na świat poetka Ricarda Huch”

Poniżej znajdowały się dwie najistotniejsze daty jej bytności na ziemi:

„ur. 18.07.1864r.” oraz „zm. 17.11.1947r.”

Zamieszczony na tej samej wielkości tablicy obok fragment wiersza poetki mówił:

„Ukochany ojczysty kraju

trudne są drogi nasze,

… wszak chwały twojej przeminął blask,

bądź nam wspomnieniem czynów swoich,

misją i przesłaniem z dłoni tych,

których już brak.”

Ricarda Huch

U.V.

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

zainteresowanie i szachy

worry, Grażyna Hajewski, countess, oil, canvas, 50x20x2cm, no 1107819cm

„Kobieta potrzebuje zainteresowania…” napisał ktoś na jakimś tam portalu społecznościowym, po czym dodał „… a kiedy je otrzyma, zezwoli swojemu mężczyźnie na partyjkę szachów z kumplem”.
Dobrze ujęte, odpowiedziałam, zastrzegając, że – jeśli pod słowem ZAINTERESOWANIE skrywa się pokaźna gama uczynków służących związkowi a SCHACHY, to hobby, parę chwil dla siebie, mające na celu oderwanie się od problemów dnia codziennego i „zebranie myśli” – coś, co polecałabym każdemu.
©Ursula Vortag, Germany 2019