Noworoczny przeskok z 2021 do 2022, taki barani

(już trzeci od momentu wykrycia wirusa a drugi od oficjalnego ogłoszenia stanu pandemii) nie był specjalnie spektakularny.

Także prognoza pogody pierwszego dnia Nowego Roku, jaką pokazał mi mój iPhon nie była zachwycająca – wskazywała, że na dworze mokro i zimno, że (mimo siódmej nad ranem) ciemno a słońce pojawi się w tej części Europy dopiero za godzinę. Wyjrzałam przez okno w salonie i zarejestrowałam jedynie panoszącą się po okolicy głęboką, czarną pustkę, wypełnioną niespotykaną o tej porze ciszą – gdzie te wystrzały po-sylvestrowo-noworoczne? Te kolorowojarmarczne wyskoki nielicznych Beta-mans, co o północy dźwięczny głos kukułki przespali – rozciągnięci pod stołem, nurzając policzki w niezupełnie przetrawionej, kwaśnej zawartości własnego żołądka. Ci to bohaterowie dopiero o poranku następnego dnia, nadrabiając wątpliwej tradycji zaległości, zakłócali spokój tym, co chcieliby dłużej cieszyć się relaksem, jaki przynosiły ze sobą pierwsze dni nowego czasu.

Tak… sporo mieliśmy tego relaksu w ostatnich trzech latach.

No może z niewielkimi przerwami i niekoniecznie jedynie zaraz po nowym roku. Ale był. Przyzwyczajeni do przebywania w ruchu zbuntowaliśmy się w końcu i idąc z duchem czasu pod ramię przekwalifikowaliśmy się na zdalne sterowanie. Firmy na tym zyskały, zyskały i gospodarstwa domowe. A gospodarka światowa? Ta też. No może początkowo zdawała się popaść w lekkie zakłopotanie, ale szybko otrząsnęła się i teraz prosperuje nieźle.

Pandemia minie któregoś dnia – tak samo niespodziewanie jak się pojawiła, a my – bogatsi o doświadczenia ostatnich lat otworzymy kolejną kartę naszych dziejów.

Z najlepszymi życzeniami szczęśliwego 2022 roku! – moim czytelnikom – Ursula Vortag

Sport a corona

„… niech się dzieje wola Nieba!

Z nią się zawsze zgadzać trzeba.“ głosił Rejent Milczek, „Zemsta”, Aleksander Fredro

Już drugi rok pandemii mija.

Rozrosła się zaraza, dojrzała – już nie jest tym niezdarnie pełzającym, bladoróżowym pędrakiem z przełomu lat 2019 – 2020. W międzyczasie opuściła swój kokon a teraz rozwija skrzydła niczym tłusta, bura ćma. Chwilami zdaje się być pokonaną, bo medycyna chroniąc ludzkość, wypuszcza na rynek coraz to nowe środki przeciw niej. Wówczas zdaje się wycofywać. Jednak te zwodnicze momenty trwają krótko, coraz krócej – corona podnosi się i ze zdwojoną siłą uderza o jasno oświetlone szyby okien naszych domów. A może by tak zgasić te lampy? Może, kiedy zabraknie źródła pobudzającego ją do życia – zginie… ta ćma…

Zbliża się zima przełomu lat 2021/2022.

To według gregoriańskiego. Według żydowskiego będzie to już druga połowa Kisleva 5782 roku. Już teraz tak dzienne jak i nocne temperatury utrzymują się w tym zakątku Europy blisko punktu zerowego. Oczywiście mam tu na myśli skalę Celsjusza, bo według Fahrenheita albo i Kelwina miałyby inną wartość, co nie zmienia faktu, że jest – choć orzeźwiająco to jednak dokuczliwie zimno.

Przypuszczając, że zapowiada się przyjemny, prawdziwie zimowy okres, taki z zaspami i zasypanymi śniegiem rowerowymi ścieżkami (jednym słowem – wymarzony czas na narty) wyciągnęłam ze schowka swoje biegówki. Ostatni raz miałam je na nogach w zeszłym roku. Wtedy też musiałam pożegnać się z butami tego kompletu, bo ich trwający blisko dwadzieścia lat czas funkcjonowania niestety dobiegł końca. I tak długo wytrzymały, ale to „Salomony” co mówi samo za siebie. Pozytywnym był jedynie fakt, że rozleciały się pod koniec sezonu a nie na jego początku.

Wówczas rozsypujące się w palcach plastykowe resztki wyrzuciłam na śmietnik i więcej nie zaprzątałam sobie problemem głowy.

Dzisiaj, na kilka dni przed Chanuką, chcąc uczcić dzień wyzwolenia żydowskiej świątyni spod greckiego jarzma niewielkim prezentem – być też może wypadem w Alpy, postanowiłam zatroszczyć się o skompletowanie swojego wyposażenia narciarskiego.

W Sklepie Sportowym ekspedient tegoż poinformował mnie uprzejmie i niezobowiązująco, że umocowany na moich biegówkach typ wiązań wyszedł już z obiegu, co w praktyce oznaczało nie tylko kupno nowych butów ale i kupno praktycznie całego kompletu w postaci: biegówki, wiązania, buty i kijki.

Niezbyt byłam tym faktem zbytnio zachwycona, bo oznaczał on nieco większy wydatek niż zaplanowany, ale tak z drugiej strony na sprawę patrząc – czemu ten sprzedawca jest winien? Handluje tym co ma. Jakby miał buty pasujące do starego typu wiązań, to z pewnością by je chętnie sprzedał.

– No dobrze, jeśli tak sprawy stoją… – zgodziłam się nie namyślając się długo.

– Ale my nie mamy na składzie biegówek lecz jedynie narty zjazdowe – zastrzegł się.

– To wobec tego chciałabym złożyć zamówienie – powiedziałam uśmiechając się uprzejmie do niego.

Na to ekspedient podrapał się w głowę a potem oznajmił, że porozumie się z szefem:

– On jest lepiej obeznany w temacie – zapewnił mnie jeszcze, po czym przyłożył do ucha swój smartfon. Krótko porozumiał z kimś po drugiej stronie łącza, wyrzucając przed siebie kilka tajemniczo brzmiących pojęć – takich jak: klientka, zamówienie, nie wiem co robić, a następnie rozłączył się, by pospiesznie oddalić w głąb sklepu.

Widziałam jak stojąc w odpowiedniej odległości obserwował nadejście swojego szefa.

Ten pojawił się z niewielkim tabletem w dłoni.

Wysoki i wysportowany… sprawiał wrażenie człowieka, który każdą wolną chwilę spędzał w Alpach. Oczywiście w czasach sprzed pandemii…

Położył swój przenośny komputerek na blacie wysokiego kontuaru, przy którym stałam a następnie wywołał na jego ekranie oficjalną stronę Sportowca (firmy do której ten sklep należał) z szeregami aktualnie dostępnych na rynku wyposażeń narciarskich. Pospiesznie przewinął wizerunki biegówek, butów, wiązań i kijków. Wszystko to w ciemnych, ostrzegawczych kolorach, błyszczące nowością i na pierwszy rzut oka zdające się być dużo lepszym wyposażeniem niż to moje – dwudziestoletnie.

By przekonać mnie o wyższości nowych rozwiązań nad starymi, zaprezentował mi również krótki filmik ukazujący jak sprawdzają się one w praktyce.

– Dobrze, dziękuję, już zdecydowałam się dokonać zamówienia – skomentowałam ten pokaz nieco zdziwiona. Potem dodałam, że chciałabym jedynie przed transakcją dokładniej przyjrzeć się wskazanym przez niego modelom.

– Oczywiście, zgodził się, po czym dodał, że tak prawdę mówiąc, to oni są zobowiązani do wyprzedaży przede wszystkim tego, co aktualnie mają na stanie i właściwie nie wolno im zamawiać nic dodatkowego. Następnie dał mi adres innego, dużo Mniejszego Sklepu Sportowego, zapewniając, że prowadzi wyłącznie wyposażenie narciarskie, co może oznaczać, że być może akurat znajduje się tam na składzie to, co pani potrzebuje. Dodał jeszcze, że zwłaszcza kupna butów lepiej jest dokonać bezpośrednio, z przymiarką na miejscu.

Ekspedient w Mniejszym Sklepie Sportowym poinformował mnie uprzejmie, że nowego sprzętu narciarskiego a w tym i biegówek już od dłuższego czasu (praktycznie od początków pandemii, bo objęte nią kraje nie produkują) nie otrzymują, po czym wskazując dłonią na stojące wzdłuż ścian pomieszczenia regały, na których zalegały resztki zjazdowych larów i penatów powiedział, że zobowiązany jest do wysprzedaży tego, co ma na na składzie a zamawiać mu nic nowego nie wolno.

– Co się tu dzieje? – zapytałam samą siebie nieco podirytowana, kiedy z niczym opuszczałam sklep – przecież chyba niemożliwym jest zamknięcie wszystkich punktów z artykułami sportowymi w mieście. Jak tu wzmacniać własny system immunologiczny w obronie przed coroną, kiedy nie można uprawiać sportu!?

Pozwolić tej tłustej ćmie wziąć górę?!

u.v.

Ołów

Wewnątrz filiżanki łyżeczka pozostawiła brzydki, ciemny ślad.

Łyżeczka jest z metalu szlachetnego (o niezbyt jasnym znaczeniu tego określenia) a filiżanka jest fajansowa – barwiona pomarańczowo zewnątrz, wewnątrz natomiast jasnokremowa; cała pokryta przezroczystą glazurą. Właściwie jako chemiczka powinnam domyślić się powodu tego sinego śladu.

Domyślałam się, ale jeszcze nie chciałam uwierzyć – bo przecież mamy wiek dwudziesty pierwszy, wiek w którym taka sprawa jaką jest ujemny wpływ metali ciężkich na zdrowie człowieka, jest znana. Dzieci informowane są o niej w szkole a dorosłym przekazywany jest ten problem w codziennych wiadomościach, nie wspominając o licznych pracach naukowych, dostępnych praktycznie szerokim masom.

A wujcio google?

Mimo tego taki niewypał. Kto zawinił? Jak zwykle Chiny, bo produkują tanio, metodą – jak najwięcej przy najniższych kosztach produkcji.

Że to odbywa się kosztem zdrowia człowieka? – a niech tam – żyje się tylko raz a po mnie może być nawet potop.

Potop będzie, bo metale ciężkie wchłonięte przez ludzki organizm mają bardzo ujemny wpływ nań. Wywołane zaburzenia mogą przynieść nieoczekiwane skutki – przykładem jest upadek rzymskiego imperium, gdzie kuchnie zdobiły ołowiane garnki a doprowadzana do nich woda płynęła przez ołowiane rury. Kąpano się nawet w roztworze ołowiu, ale wszyscy byli szczęśliwi, bo ołów nie rdzewiał a produkcja wyrobów z niego była tania.

Ciężkie, sine chmury zasnuły niebo niczym ołowiana chandra. Caliguli chandra…

Ursula Vortag

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

Nowy parking

 

…hałas ogromny, huk nieznośny,
drzewa padają podcinane ostrzami elektrycznych pił,
czerwono-krwisty buldożer robi z chaosem porządek, zgarniając nikomu już nie potrzebną zieloność na potężne ciężarówki koloru bliżej nieokreślonego.
Kilka razy musiały one obrócić, zanim usunięte zostało wszystko.
Potem inny, żółty zrywa betonową nawierzchnię.
Wspierają go hydrauliczne młoty.
I znów znalazło się zajęcie dla potężnych, nieokreślonego koloru ciężarówek.
Odjechały.
Na ich miejsce wstąpił walec.
Ten wyrównał.
Wszystko.
Wkrótce i ta ciężka maszyna opuściła podwórze, pozostawiwszy po sobie pustkę, nagle rozjaśnioną jasnym błękitem nieba.
Przez ten błękit słońce przebiło swoje, niczym włos cieniutkie, promienie, a te wtargnęły do mieszkań na parterze, do tej pory przesłoniętych przez cienie rzucane przez korony stuletnich drzew. Z mozołem przeciskały się przez zapuszczone, zaparowane od panującej wewnątrz wilgoci i pleśni, szyby okien.
Przy okazji zajrzały też, przez malutkie piwniczne okienko, do wnętrza ciasnej komórki.
Kiedyś była tam pralnia. Dzień w dzień odwiedzana, zawsze przez któregoś z licznych mieszkańców kamiennicy. Dzisiaj straciła na znaczeniu.
Aktualnie panującym w niej spokojem zainteresował się stary, szary szczur.
Po dokładnej inspekcji pomieszczenia stwierdził, że tutaj może przyjemnie spędzić swój zasłużony czas emeryta.
Tu podobało mu się – z sufitu zwisały długie pajęczyny, jakieś kable plątały się wzdłuż, pokrytych brudno-zielonkawą pleśnią, ścian. Gruzy, kurz, rupiecie. Ciemno, ponuro, swojsko i tajemniczo.
A tu taka niespodzianka.
Nie był kretem, więc słońce aż tak bardzo go nie drażniło, ale mimo wszystko…
nie oczekiwał tej jasności i teraz nie bardzo wiedział, co robić – niby to nie światło latarki, za którym zazwyczaj czai się jego odwieczny wróg, człowiek, ale przecież gdyby on – szczur zamierzał wyjść na słońce, by ogrzać stare kości, to wyszedłby sobie na dwór (przecisnąłby się jednym z krętych, jemu tylko znanych korytarzy tej starej rudery)… blask słoneczny właśnie w tym miejscu… chyba trochę coś tu nie tak jest.
Na wszelki wypadek czmychnął (z szybkością, na jaką mu pozwalały krótkie łapki) w kąt utworzony przez niski, zimny, kaflowy piec (na którym niegdyś gotowano bieliznę) i pobieloną gipsem ścianę.
Z tego ukrycia obserwował, jak słoneczne promienie wesoło chichocząc przeskakują z jednego zakamarka w drugi, co rusz odkrywając grudy starego tynku, który osypał się ze ścian, albo wirują z unoszącymi się w powietrzu drobinkami kurzu.

 

©Ursula Vortag, Germany 2019