Translator’s work

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

This is the trust I have in a client who ask me to translate a text

closely related to his or her privet life.

Ursula Vortag

 

 

 

Słownik

Panu Prof. Janowi Miodkowi i Pani Dr Justynie Janus-Konarskiej dziękuję bardzo za dedykowany mi “Słownik polsko@polski z Miodkiem”!
Wczoraj dotarł do mnie.
Z wielką ostrożnością wymuskałam niedużą książkę z białej, wielowarstwowej koperty, zabezpieczającej ją przed trudami pocztowej drogi z Polski, z Wrocławia – ze znajdującego się tam, usytuowanego w kuluarach biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, studia audycji “Słownik polsko@polski z Miodkiem”, w której ostatnio miałam niewątpliwy zaszczyt jako gość (via skype) uczestniczyć. W tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję reżyserowi audycji, Panu Dariuszowi Dynerowi za zaproszenie!
Uprzejmie-pouczająco uśmiechający się z okładki “Słownika” profesor Miodek już zawsze będzie mi przypominał o tym, inspirującym mnie w moich dalszych studiach nad emigracją, wydarzeniu.
Niezwłocznie przystąpiłam do lektury, a już pierwsze strony książki wskazały na fakt, że będzie on mi wielką pomocą, bo tak, jak kultywowany także poza granicami kraju język ojczysty, również emigracja ulega rozwojowi – nieustannie wzbogacana o nowe doznania, ewoluowuje, przystosowując nieco swoje życie do wymagań obcych kultur oraz aktywnie wpływając na nie…

cdn.

©Grażyna Hajewski, Germany 2019
PS:  Właśnie pracuję nad powieścią, której główny wątek osnuty jest na kanwie życia na obczyźnie.

Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Mój udział w audycji “Słownik polsko@polski”

wroclaw_university_library_digitizing_rare_archival_texts

Udział w audycji „Słownik polsko-polski”

Dwudziesty pierwszy wiek, wszechobecny internet, połączenia video via skype, umożliwiają niemal bezpośrednią komunikację Polakom po całym świecie rozsianym, Polonusom oraz wszystkim innym ludziom o polskich korzeniach a zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami, w których udział biorą ich rodacy.

Jednym z takich wydarzeń jest audycja „Słownik polsko-polski” – znany program propagujący ich język ojczysty z uwzględnieniem zasad jego kultury, poprawnej wymowy, ortografii i pisowni.

Do mnie zaproszenie do udziału w programie przyszło w mailu.
Potem nastąpiło uzgodnienie terminu, przygotowania, podczas których starałam się nie ulegać rosnącej we mnie, paraliżującej świadomości faktu, że udział w tak prestiżowym programie jest również podkreśleniem mojej wartości w oczach wszystkich, związanych ze mną tak zawodowo, jak i prywatnie, bo to taka niecodzienna sytuacja, jaką jest spotkanie z ikoną polskiej mowy, wyrocznią od lat poświęcającą się krzewieniu kultury mojego ojczystego języka.
Udział w programie oznaczał współpracę z reżyserem audycji, który zadbał o wizję i fonię, ja musiałam zatroszczyć się jedynie o to, by dobrze wypaść… „być po prostu sobą”, jak podsunęła mi znajoma artystka-malarka, która już niejednokrotnie gościła w „Słowniku polsko@polskim, a którą poprosiłam o wskazówkę.
Dwunastego stycznia nastąpiło nagranie. Zgadzało się wszystko; pytałam o ‘przecinek w zdaniu’, sprawę na pozór niezbyt skomplikowaną, ale mogącą czasem przyprawić o lekki zawrót głowy, jeżeli (tak jak to jest w moim przypadku) niemal na co dzień operuje się trzema językami.
Pan profesor odpowiadał bardzo rzeczowo, wyjaśniając zawiłości języka i wspólnie z panią dr. Justyną Janus-Konarską postanowił uhonorować mój udział, dedykowanym mi osobiście, najnowszym wydaniem „Słownika polsko@polskiego z Miodkiem”.

Wyżej opisana audycja ukaże się na ekranie TVP 09.lutego br. o godz. 17:00.

Przed

 

chrismas fable, s.palaice, Grażyna Hajewski, countess, Grmany, acral, oil, canvas, 30x30cm, no 113114.17

…panna młoda przejmuje się bardzo, bo w ostatniej chwili okazało się, że dekoratorka nie te kwiaty zamówiła, co trzeba; pan młody mniej, bo on ze Śląska, więc przyzwyczajony do tego, że kobiety w rodzinie załatwiają wszystko, co na powierzchni ziemi. Ale też chciałby, by to całe zamieszanie już się skończyło. I to dobrze.

Właściwie robi to wszystko jedynie dla swojej mamy, bo ona chce widzieć najstarszego na ślubnym kobiercu. No i zobaczy.

Jemu samemu krótka wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego zupełnie by wystarczyła.

Teraz wolałby już widzieć siebie siedzącego wygodnie w samolocie do Australii, bo tam właśnie młodzi małżonkowie planują spędzić miodowy czas. Pośród kangurów. A jeśli będzie im dane opuścić hotelowy pokój, to może porzucają sobie bumerangiem, albo uda im się wspiąć na świętą górę Aborygenów…

Wspinaczka – to jest to, o czym od dawna marzył.

Razem z przyszłą żoną zdobył już Kilimandżaro a i inne K-s były im nieobce, ale australijska góra jeszcze nie. A warto ją zaliczyć – jakby na posumowanie pewnej ery. Ery swobody i wolności, bo później, kiedy na świecie pojawią się maluchy, nie tak od razu będzie można ponowić kontynuację pełnych przygód lat. A musi przyznać, że razem z wybranką swojego serca przeżył już wiele. Tak wiele, że teraz w stu procentach był pewien, iż postanowienie spędzenia reszty życia wspólnie jest bardzo dobrym postanowieniem.

Gdyby tylko mamusia nie patrzyła na Iwonę tak surowo.

Jeszcze do niedawna niepodzielnie królowała w jego sercu.

Ale może być pewna, że pozostanie tam na zawsze, tylko mogłaby ustąpić choć trochę miejsca swojej synowej. Przecież jest mądrą kobietą i wie, że wiek ma swoje prawa, że ożenek jej syna to sprawa naturalna i nieunikniona.

Właściwie to to wesele mogłoby odbyć się w Polsce, bo tam taniej i w związku z tym na więcej można sobie pozwolić, ale taki obrót sprawy oznaczałby przewagę mamusi, bo to ona praktycznie zajęłaby się całą inscenizację wesela, jako że zna język, teren i dysponuje adekwatnymi znajomościami. Dlatego też pewnie Iwona uparła się, by uroczystość zaślubin zorganizować tutaj – jako okazję do wykazania się i udowodnienia przyszłej teściowej, że jest równie gospodarna i zapobiegliwa jak ona.

Mimo tych wszystkich wpadek, mimo zapominalstwa dekoratorki, która ma podobno jeszcze dwa inne wesela do obsłużenia – ale co to ją Iwonę, właściwie obchodzi. Płaci tej kobicie za wykonanie konkretnej rzeczy (w dodatku wcale niemało), więc niech pokaże, że na te pieniądze rzeczywiście zapracowała. A tu – jak można nie tylko kolor kwiatów pomylić ale i gatunek!

Mama Iwony poradziła jej nie przejmować się tak bardzo.

To są naprawdę mało istotne drobiazgi a za kilka lat będziesz dziecko zaśmiewać się z tych drobnych wpadek – mówiła i zapewniała – ty jest tą najważniejszą osobą, królową całej uroczystości, więc dbaj o to byś właśnie ty bardzo dobrze wypadła.

 ©Ursula Vortag, Germany 2018, z cyklu „Karnawał niedyskrecji”

 

 

 

 

Niełatwe jest życie tłumacza.

Zwłaszcza tłumacza Poety Zasłużonego.
Przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a potem, z zamiarem ich opublikowania, zwróciłam się do wydawcy. Ten nagabuje o prawa autorskie:
– Najlepiej będzie – radzi – jeśli zwróci się Pani z tym bezpośrednio do spadkobierców Poety.
Dobrze, pomyślałam łatwowiernie. W internecie wyszukałam Fundację opiekującą się spuścizną pa Poecie, po czym drogą elektroniczną wysłałam do niej zapytanie w sprawie praw.
No i czekałam.
Czekałam.
Minął miesiąc – nic.
Mają z pewnością dużo pracy, myślałam i czekałam dalej.
Minął drugi miesiąc – nic nie uległo zmianie.
Po trzech miesiącach wysłałam drugiego Maila.
Tym razem odczekałam jedynie tydzień, po czym sięgnęłam za słuchawkę telefonu.
– Jesteśmy bardzo zajęci, proszę uzbroić się w cierpliwość – oświadczył mi młody, kobiecy głos.
– Tak, – roześmiałam się w odpowiedzi – a jak duża ma być ta moja cierpliwość, bo ja już czekam czasu spory kawałek?
– Proszę poczekać chwilkę przy telefonie – po drugiej stronie kabla dały się słyszeć jakieś konspiracyjne szepty, świadczące o lekkiej konsternacji, o co tam chodzi…
– Dzień dobry, jestem przewodniczącą Fundacji Opiekującej się Spuścizną Poety! – zabrzmiał nieoczekiwanie głos jakiejś Pani. Poważny był to głos. Głos starszy od tamtego i bardzo dostojny.
– Dzień dobry, jestem Tłumaczem, właśnie przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a ponieważ zamierzam je opublikować, zwracam się do Państwa w sprawie Praw Autorskich.
– Ależ proszę Pani! – donośnie zabrzmiały pouczające słowa – to jest sprawa dotycząca jedynie Wydawnictwa i Nas. Z tłumaczem nie mamy zazwyczaj żadnego kontaktu.
– Ach, tak…. – udało mi się wtrącić, po czym już śpieszę z wyjaśnieniem – sprawa wygląda tak, że moje Wydawnictwo, poradziło mi zwrócić się do Państwa bezpośrednio.
– Nie, to jest błędne, bo my z tłumaczem nie mamy żadnego kontaktu, jedynie z wydawcą – powtarza dostojna Pani.
– Tak, rozumiem – odpowiedziałam, z zamierzając zakończyć rozmowę.
Nie pozwolono mi jednak, bo Pani z Fundacji właśnie wpadła na pomysł zapoznania mnie z rolą, jaką Fundacja odgrywa w ochronie spuścizny Poety. Co miałam jej powiedzieć? – że już wcześniej, jeszcze zanim nawiązałam z nią kontakt, zapoznałam się z chwalebnymi zamiarami i przedsięwzięciami Fundacji na jej stronie internetowej.
Mimo to, może tak trochę zapobiegawczo, wysłuchałam słów jej dostojnej Przedstawicielki, od czasu do czasu rzucając w słuchawkę telefonu głośne słowa poparcia.
– Nie chcemy – powiedziała i (z góry przepraszając za użycie wyrażenia) zapewniła – nie chcemy, by poezja Poety została zbezczeszczona.
– Tak rozumiem – zgodziłam się z nią, a ciarki przeszły mi po plecach.
A ona sama, chcąc pewnie nieco załagodzić gorycz swoich słów no i bo nie chciała, bym poczuła się urażona: –  pani z pewnością spotkała się już z niezbyt udanymi tłumaczeniami.
– Tak, internet jest pełen różnych kwiatków…-  przytaknęłam, po czym wygłosiłam z żarem – mogę Panią zapewnić, że przetłumaczone przeze mnie teksty przekazują myśl oryginału w stu procentach. Pracowałam nad nimi długi czas, starając się także, by nie tylko odpowiednia składnia zdań ale i pierwotna melodyka wierszy została zachowana.
Potem zwierzyłam się jej, że robiąc to tłumaczenie myślałam, między innymi o swoich wnukach, którym chciałabym przyswoić język ich matki i dziadów i oczywiście korzystać przy tym ze źródeł najwyższej jakości. – Wydaje mi się, że powinniście być Państwo z mojej pracy zadowoleni – dodałam na zakończenie.
Wtedy ona zaproponowała:
– Proszę przysłać nam przetłumaczone teksty.
– No, to jak to – zaskoczenie moje było zbyt duże, by pojąć logikę takiego nagłego obrotu sprawy, więc spytałam naiwnie – Pani chce otrzymać moje teksty?
– Tak. Ja chcę otrzymać przetłumaczone przez panią teksty – padło potwierdzenie z Fundacji.
A mnie najzwyczajniej strach obleciał. No, bo tego nie spodziewałam się. I wydało mi się nagle, że moje własne prawa autorskie są w tym momencie zagrożone…
– to ja już zwrócę się do Państwa przez Wydawcę – usłyszałam samą siebie tę bzdurę mówiącą.
Na to ona obraziła się. Najwyraźniej. Czułam to mimo odległości.
Potem stała się złośliwą:
– Czy wydawca rozumie język polski?
– Chyba tak, bo przecież specjalizuje się w wydawaniu tłumaczeń.
– My załatwiamy wszystkie sprawy Fundacji w języku angielskim.
– To dobrze, to z pewnością ułatwia sprawę – odetchnęłam z ulgą, bo już naprawdę zaczęłam podejrzewać swojego wydawcę o nieznajomość języka polskiego.
– No to wyjaśniłyśmy sobie wszystko? – spytała jeszcze dostojna Pani.
– Tak, dziękuję bardzo, do usłyszenia!
Ostatnim moim słowom towarzyszył sygnał rozłączonej rozmowy.

copyright Ursula Vortag, Germany 2018

 

Enigma czasu

Enigma czasu…

Johan zdawał się być zatroskanym. Dlaczego?
Czyżby Malvina pozbawiła go zdolności zdrowego analizowania faktów?
Najprawdopodobniej, bo teraz siedząc w  salonie jej matki, na kanapie (w tej części rogówki, której nie zdążył jeszcze naciąć) sprawiał wrażenie takiego jakiegoś zamkniętego w sobie.                                                                                            Unieszkodliwiony, podsumowała wesoło w myślach – no co, teściowej też wolno czasem roześmiać się nad przypadkami losu.
Pytaniem było – na jak długo został on wyłączony z obiegu?
Pytanie okazało się słusznym, bo już w chwilę później miała sposobność przekonać się o tym, że zbyt wcześnie go zlekceważyła – w tym stanie młody mężczyzna był bardziej niebezpiecznym, bo pozbawiony hamulców – niczym tonący, co i brzytwy się chwyci, byleby tylko wydostać się na powierzchnię ciemnej otchłani.
Tą ciemną otchłanią była polskość.

Polskość panująca w tym domu – bo na półkach  regału, stojącego wzdłuż najdłuższej ściany salonu, stały rzędy polskich wydań: jako książki, książeczki a także gry, w tych bardziej oraz tych mniej konwencjonalnych formach… bo na ławie leżała mapa Polski, według której  Malvinka z babcią studiowała trasę krajoznawczej podróży samochodzika Franka. 
Takie przynajmniej miała wrażenie. Już od dawna.
Ale przecież wiedział z kim się żeni.
Malviny ciąża była jeszcze nieznaczna, kiedy po raz pierwszy poruszyli ten temat. Sprawę chyba najbardziej istotną w wychowaniu Malvinki – ich dziecka ale i jej wnuczki.
Doskonale przypomina sobie ten moment na spacerze.
Dzień był wtedy słoneczny, a ona (w towarzystwie trójki swoich, dorosłych już, dzieci oraz ich partnerów) szła wąskim chodnikiem ocienionej rozłożystymi platanami alejki, ciągnącej się wzdłuż otoczonych niskimi, drewnianymi płotkami, przydomowych ogródków. Odbywali zwykły niedzielny spacer po, w restauracji spożytym, obiedzie urodzinowym. W jej dniu.
W pogodne nastroje odziani, szli i rozmawiali o wszystkim i o niczym.
Temat języka jeszcze nienarodzonego dziecięcia padł niespodziewanie i tak, jakby przypadkiem. Gdyby tylko wiedziała, że jej zięć miał już wtedy przygotowany, konkretny koncept, który chciał wprowadzić w życie, że czekał jedynie na sprzyjający moment, by ją o tym powiadomić.

Powiadomić – nie zapytać o zdanie, nie przedyskutować wszystkie “pro” i “contra”, lecz oznajmić ostateczną decyzję.

Być może tego dnia właśnie uznał, że dobry humor solenizantki pozwoli jej być bardziej elastyczną, że zajęta sobą, zlekceważy sprawę przyszłości wnuczki i nie zaprotestuje. No i wysunął problem przyszłego języka dziecka. Dla niej, jak i dla pozostałej rodziny, którą reprezentowała, sytuacja była jednoznaczną – dziecko ma krewnych po obu stronach granicy nad Odrą i Nysą, więc logicznym jest, że będzie posługiwać się dwoma językami.
Poza tym i te najstarsze i te najnowsze badania naukowe potwierdzają fakt, że dzieci wzrastające w wielokulturowej rodzinie są inteligentniejsze, bo już od urodzenia konfrontowane są ze znacznie większą ilością bodźców, co z kolei wpływa pozytywnie na rozwój  mózgu.
Podzieliła się swoim zdaniem z obecnymi. Spotkała się z aprobatą.
Wówczas wyłącznie Johan nie wypowiedział ani słowa – zdaje się zbierać informacje – młody tata, pomyślała, pragnie wszystkiego, co najlepsze dla swojego dziecka i nie chce popełnić błędu.
Teraz natomiast miała po prostu wrażenie, że jest on jedynie kontynuatorem sprzecznej z prawem polityki zniemczenia innych. W jakich czasach ten człowiek żyje? Nie widzi tego, co dzieje się na świecie? Nie przyjmuje do wiadomości tego, co wydarza się wokół niego?
Może popełniła wówczas jakąś gafę, może jej argumenty nie były zbyt oczywiste. Ale i później następowały dyskusje na ten temat.

I pozostawiały problem otwartym.

Nie dla niej, dla niego.

Właściwie to nie były dyskusje – to były rozmowy, w których każdy z ich uczestników wygłaszał tezy, w nadziei przeforsowania ich. Oczywiście. Ale z jakiegoś powodu nigdy nie dochodziło do jednoznacznego postawienia kropki nad „i”.
Właściwie dlaczego?
I dlaczego ten jego dziwny stosunek do sprawy? – przecież i tutaj, jak i w każdym innym kraju świata, żyją rodziny wielojęzyczne. Konfrontowane są one z wieloma problemami, ale z całą pewnością nie z zagadnieniem: uczyć przyszłe pokolenie języka dziadów, czy może raczej zabronić dostępu do niego. Bo język, to bogactwo, to furtka do ogrodu przyszłości, to umiejętność praktycznie włożona do kołyski, dodatkowy bodziec stymulujący rozwój mózgu dziecka. Rodzice takiego szkraba są dumni z tej dodatkowej umiejętności swojej pociechy. Umiejętności, która wyróżnia kształtującego się człowieka spośród przeciętności.
Same dodatnie aspekty tego.
Matką jej zięcia była Niemka a przybranym ojcem Polak, syn byłego jeńca wojennego, który jeszcze po pierwszej wojnie światowej tutaj się zawieruszył, potem osiadł.                                                                                                                                           On sam przyszedł na świat w czasach, kiedy wstydem było na tych terenach mówić po polsku. W jego świadomości pozostało uczucie poniżenia, z którym wzrastał, bo ukryć związku z Polską było nie w sposób. Może matka zdradziła mu, że tak naprawdę, to jego prawdziwym ojcem jest Polak, a on sam owocem wakacyjnej przygody; przygody ostatnich dni lata, pożegnaniem i nadzieją niespełnioną nigdy. Bo ten, który przyczynił się do jego pojawienia się na świecie, odszedł i nigdy więcej nie wrócił: ani wiosną – do tych rozległych pól jej ojców, naszpikowanych białymi szparagami, ani latem – do tych sąsiadowych, czerwieniejących kosmatą truskawką. Także jesienne jabłka zbierali inni. Ojca jej syna wśród nich nie było.
Dwa lata czekała, może trzy… dziecko rośnie, co będzie, gdy zacznie stawiać pytania? co odpowiedzieć, gdy postawi to jedno? To wstydliwe…
jeśli nie odpowie, postarają się o to sąsiedzi… osada niewielka…
jest tu taki jeden, co ani dobrze po polsku, ani po niemiecku, uśmiechnie się do niego, lepsze takie coś niż nic. Mąż przy boku zamknie usta innym…
tak, nie miał chłopak najciekawszego dzieciństwa…
ale przecież teraz jest inaczej.
Ha! – „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci…”
przed jego dzieckiem leży przyszłość, Europa, świat, czy będzie przeciwny nauce także innych języków?

Ursula Vortag, Germany 2018

Pałac w rękach kamerdynera

palaice, Grażyna Hajewski, countess, Grmany, acral, oil, canvas, 30x30cm, no

Niczym własnej marynarki – los wiadomy, los posępny

los tajemny, los niechciany, mediom niedostępny.

Nic, że rysa w fundamencie, fasada drewniana –

istotniejsze kandelabry, imię jaśnie pana.

Na korniki, na te swojskie, znajdzie się metoda –

obca myśl, obca siła i ta inna woda.

Ta wypłucze złe robactwo prosto do rynsztoka –

tam, skąd przyszło, gdzie ma miejsce i gdzie progi nie wysokie.

Ursula Vortag, Germany 2017