Wiewiórka Ruda

Wiewiórka Ruda

Wiosna tego roku przyszła wcześnie – tak jakby chciała wszystkim stworzeniom bytującym na Ziemi wynagrodzić nieprzyjemne dni do niedawna panującej, srogiej Zimy. W Starym Lesie pojawiły się jej pierwsze oznaki – u stóp drzew, przez szare podszycie tam leżące przedzierały się białe główki przebiśniegów. Drobne kwiatki z zaciekawieniem przyglądały się okolicy, ostrożnie wystawiając swoje delikatne buzie na działanie ciepłych, coraz cieplejszych promieni słonecznych. Te znowu, przewijając się między czarnymi jeszcze, grubymi i cienkimi gałęziami drzew, balansowały na nich elegancko, docierając bez przeszkód do ukrytych zazwyczaj zakątków lasu. Niechcący przemknęły się także po rudym grzbiecie Wiewiórki, sprawiając, że poszczególne włosy jej sierści zalśniły szeroką gamą kolorów – od świetliście żółtego, poprzez pomarańczowy do ogniście czerwonego.

Wiewiórka Ruda czując ich ciepło oraz życiodajną energię, postanowiła godnie przywitać swoją ulubioną porę roku. Chwilę tylko zabrało jej przypomnienie sobie, do którego ze swoich licznych schowków musi się udać, by wydostać z niego to, co potrzebuje – do tego pod starym dębem, co rośnie w Książęcym Parku. W samym jego centrum.

Żeby dostać się do Parku musi opuścić Stary Las a potem przedostać się na drugą stronę Małego Stawu…

ale dla Wiewiórki to nie było zbyt wielką przeszkodą, bowiem nigdy nie narzekała na swoją kondycje fizyczną i teraz też – śmigając niczym iskra pośród cienkich i wiotkich gałęzi wierzb porastających obrzeże stawu, przedarła się prędziutko w pobliże parku, potem: raz, dwa, trzy – w kilku długich susach przeskoczyła czarne, metalowe pręty jego ogrodzenia i już była wewnątrz. Tutaj szare, betonowe alejki spacerowiczów wiły się pomiędzy kobiercami białych zawilców, a z nich – niczym wykrzykniki wystawały ciemne pnie starych, wysokich drzew.

Wiewiórka Ruda – ciągnąc za sobą długi, puszysty ogon (swoją dumę) – błyskawicznie przebiegła, lekko przy tym podskakując, pustą przestrzeń dzielącą metalowy parkan od wnętrza Parku, zanurzając się od czasu do czasu w głębinach jednego z puszystych kobierców a niekiedy wyskakując z innego, by na ułamek sekundy zastygnąć w pozycji słupka, co dawało jej możliwość upewnienia się, że obrany kierunek jest dobry i nikt obcy nie stara się odwieść jej od pierwotnego zamiaru.

Zatrzymała się dopiero pod sędziwym dębem.

Jego, znajdujące się częściowo na powierzchni ziemi, pękate korzenie odchodząc od szorstkiego pnia we wszystkich kierunkach świata, wbijały się w twardą grudę wokół, dając jednocześnie schronienie licznym małym leśnym stworzonkom – żukom, myszom, dżdżownicom i podobnemu drobiazgowi – przyjaciołom i dobrym znajomym Wiewiórki.

– Tu gdzieś musi ona być, ta moja skrytka, tylko gdzie? – zamruczała cichutko parskając i marszcząc z niezadowolenia jasnobrązowy nosek.

Każde miejsce, w którym ukryła orzeszki wyczuwała już na odległość dzięki intensywnemu zapachowi, jaki unosił się ponad każdą jej spiżarnią, ponieważ jednak w tej skrytce nie było ani jednego orzeszka – musiała polegać jedynie na swoim instynkcie i pamięci.

Jej niezadowolone mruczenie okazało się jednak być nie tak bardzo cichym, bo z jamki znajdującej się pod jednym z korzeni wysunął się inny ruchliwy, ale tym razem różowy nosek. Potem cały pyszczek, za nim długie, sterczące na boki szare wąsiki, małe, okrągłe, błyszczące wilgotną czernią oczka, ciemna czuprynka a następnie sterczące na boki, niczym dwie obiadowe łyżki, uszy – na zewnątrz szarobure a wewnątrz również lekko różowe.

– A cóż to za hałasy? I to tak wczesnej porze!? – Wiewiórka Ruda usłyszała nagle poprzedzone rozzłoszczonym piskiem słowa.

– A witaj Myszko Bura, pora wstawać! – odparła wesoło, instynktownie usiłując wpłynąć na poprawę humoru Myszy Burej.

– Aaa… chyba jeszcze nie czas… – ziewnęła w odpowiedzi Mysz.

Malutkimi różowymi łapkami przetarła swoje zaspane oczka, po czym powoli, gderając z niezadowoleniem zaczęła cofać się w głąb jamki.

– Ależ moja droga, zatrzymaj się i spójrz tylko tam, na te kobierce zawilców.

Tu Wiewiórka Ruda wyciągnęła łapkę w głąb parku.

– Co ty za bzdury mówisz… przecież to tylko śnieg – stwierdziła Mysz powątpiewająco.

– Nie, to są zawilce – roześmiała się Wiewiórka.

Mysz wytrzeszczyła swoje oczka.

– Chwileczkę, tylko pójdę po okulary – powiedziała, po czym zniknęła w czeluściach swojego mieszkanka.

Kiedy wróciła, wyjaśniła Wiewiórce, że jest krótkowidzem i jeżeli chce dojrzeć coś, co jest daleko, to musi założyć okulary.

– Rzeczywiście… ale wczoraj jeszcze ich nie było… a jakie one ładne… – stwierdziła zdumiona, kiedy już okularach na nosie, dokładniej mogła przyjrzeć się okolicy.

– Tak, twój Park jest piękny wiosną – zgodziła się Wiewiórka Ruda.

– A powiedz – czego ty tutaj właściwie szukasz? Przecież ty mieszkasz w Starym Lesie – Mysz Bura zwróciła się do niej.

Wiewiórka wyjaśniła, że także w Parku ma swoje zimowe spiżarnie i właśnie chciała otworzyć tę, która znajduje się pod dębem Myszy, tylko nie bardzo pamięta, pod którym korzeniem ona jest.

– Tutaj? Tutaj wszystkie jamki są zamieszkałe… chociaż… tak jedna była pusta… aaa – pewnie to ta jamka, która kiedyś służyła mi za pokój gościnny… – zastanowiła się Mysz – jak wiesz, mam bardzo liczną rodzinę i bardzo często zdarza się, że któryś z moich krewnych jest przejazdem u mnie, więc wypada mi go przenocować, ale latem zeszłego roku wykopałam nowy pokój gościnny – z tamtego już nie korzystam, ze względu na panujące tam przeciągi, czy to właśnie o tę skrytkę ci chodzi…

– Nie wiem, jeżeli jest przewiewna, to być może… – odpowiedziała Wiewiórka niepewnie.

– Zaraz sprawdzimy! No chodźmy, bo teraz i tak już nie zasnę – poleciła Mysz energicznie.

Potem widząc niepewność Rudej, dodała:

– Spokojnie, już nie jestem zła na ciebie a te pierwsze wiosenne kwiatki naprawdę są bardzo ładne. Właściwie to gdyby nie ty, to pewnie bym je przespała.

– Tak, długo to one nie kwitną.

Tak rozmawiając zwierzęta przeszły na północną stronę podnóża drzewa, gdzie pod wygięciem jednego z korzeni znajdowało się zejście do podziemnej komórki.

– Tak, to chyba tutaj, poznaję okolicę! – zawołała Wiewiórka uszczęśliwiona.

– Tak? – to świetnie! – ucieszyła się Mysz. – No, to teraz pokaż, co takiego ty tam ukryłaś!

Wiewiórka nie potrzebowała żadnej dodatkowej zachęty – pospiesznie zagłębiła się w otworze zmarzniętej ziemi (tak że jedynie koniuszek jej puszystego ogona wystawał na zewnątrz) a po chwili pojawiła się z szarą, pękata plastykową torbą.

– Wszędzie ten plastyk, nawet pod ziemią! – żachnęła się Mysz.

– Ale, widzisz – tłumaczyła się Wiewiórka – to jest naprawdę wyjątek.

Potem wyjaśniła, że i ją samą złości, kiedy widzi plastykowe śmieci porzucone przez odwiedzających jej Las ludzi, ale w tym wypadku główna właściwość plastyku, jaką jest nieprzepuszczalność wilgoci, okazała się bardzo pomocną, bo dzięki temu mogła pod ziemią ukryć swój skarb i być spokojną, że nie zamoknie.

– No już dobrze, pokazuj! – zgodziła się Mysz, bo jej ciekawość wzięła górę.

Wiewiórka postawiła torbę przy krawężniku jednej z alejek, po czym sięgnęła łapką do jej wnętrza.

– Czy to jest to, o czym myślę? – spytała zniecierpliwiona Mysz.

Mysz obserwowała każdy ruch koleżanki a wielkość i kształt pakunku pozwalały jej wysnuć pewne nieśmiałe podejrzenie.

– Nie wiem o czym myślisz – odparła Wiewiórka śmiejąc się.

Potem wyciągnęła jeden but z rolkami, ten pasujący na jej lewą nogę, a następnie drugi, pasujący na prawą.

Obydwa buty były przyjemnego dla oka ciemnozielonego koloru, a umocowane pod nimi rzędy rolek były białe.

Wiewiórka ustawiła je przy krawężniku, po czym sama usiadła na jego krawędzi i zaczęła je zakładać.

– Widzę, że ty jeszcze coś masz w torbie… – Mysz Bura zaciekawiona zajrzała do jej wnętrza.

– Ach, wierz mi, reszta jest nieistotna – zapewniła ją Wiewiórka.

– No ale pokaż, co tam masz… – nie ustępowała Mysz.

– To są jedynie osłony na kolana i łokcie oraz takie specjalne rękawice chroniące przeguby dłoni.

– Też je założysz?

– Nie, ja już ich nie potrzebuję, bo bardzo dobrze jeżdżę na rolkach. W tamtym roku byłam najlepsza w naszym Lesie, lepsza nawet od Brązowego Misia, co od lat jeździ na rolkach.

– No, ale przecież całą zimą nie jeździłaś…

– Nie szkodzi – odparła Wiewiórka – z jazdą na rolkach jest jak z jazdą na rowerze, to jest umiejętność, której nigdy się nie zapomina.

u.v.

Noworoczny przeskok z 2021 do 2022, taki barani

(już trzeci od momentu wykrycia wirusa a drugi od oficjalnego ogłoszenia stanu pandemii) nie był specjalnie spektakularny.

Także prognoza pogody pierwszego dnia Nowego Roku, jaką pokazał mi mój iPhon nie była zachwycająca – wskazywała, że na dworze mokro i zimno, że (mimo siódmej nad ranem) ciemno a słońce pojawi się w tej części Europy dopiero za godzinę. Wyjrzałam przez okno w salonie i zarejestrowałam jedynie panoszącą się po okolicy głęboką, czarną pustkę, wypełnioną niespotykaną o tej porze ciszą – gdzie te wystrzały po-sylvestrowo-noworoczne? Te kolorowojarmarczne wyskoki nielicznych Beta-mans, co o północy dźwięczny głos kukułki przespali – rozciągnięci pod stołem, nurzając policzki w niezupełnie przetrawionej, kwaśnej zawartości własnego żołądka. Ci to bohaterowie dopiero o poranku następnego dnia, nadrabiając wątpliwej tradycji zaległości, zakłócali spokój tym, co chcieliby dłużej cieszyć się relaksem, jaki przynosiły ze sobą pierwsze dni nowego czasu.

Tak… sporo mieliśmy tego relaksu w ostatnich trzech latach.

No może z niewielkimi przerwami i niekoniecznie jedynie zaraz po nowym roku. Ale był. Przyzwyczajeni do przebywania w ruchu zbuntowaliśmy się w końcu i idąc z duchem czasu pod ramię przekwalifikowaliśmy się na zdalne sterowanie. Firmy na tym zyskały, zyskały i gospodarstwa domowe. A gospodarka światowa? Ta też. No może początkowo zdawała się popaść w lekkie zakłopotanie, ale szybko otrząsnęła się i teraz prosperuje nieźle.

Pandemia minie któregoś dnia – tak samo niespodziewanie jak się pojawiła, a my – bogatsi o doświadczenia ostatnich lat otworzymy kolejną kartę naszych dziejów.

Z najlepszymi życzeniami szczęśliwego 2022 roku! – moim czytelnikom – Ursula Vortag

Charli

W 2006 dwanaście karykatur Mahometa opublikowanych w Danii przez satyryczne pisma Danii stało się dla wyznawców Islamu symbolem europejskiego zepsucia.

Oburzyli się na to zachodni dziennikarze broniący wolności słowa będącej jednym z głównych filarów demokracji. Tutaj można by polemizować, bo bardzo cienką jest granica pomiędzy wolnością słowa a wulgaryzmem…

w odpowiedzi rząd Danii zapraszał teoretycznie obrażonych do dyskusji, ale obrońcy proroka bali się konfrontacji z inteligentniejszymi od siebie, bo na piaskach pustyni nie rozmawiano, prawo pustyni znało jedynie zbrojną agresję – taką podstępną, taką spod piasku. Poza tym jeszcze czuli się na lepszej pozycji, bo jeszcze marzyło im się bezkresne uzależnienie reprezentantów noblistów oraz badaczy kosmosu od znajdujących się na ich terenach złóż ropy. Jeszcze… więc kuli żelazo puki gorące a każdy pretekst uważali za dobry. Ten był bardzo dobry.

w 2019 rozpoczęła swoje żniwo zbierać pandemia Covid-19.

Teoretycznie uspokoiło się…

zaniepokojenie, chwila zastanowienia się czy jedynie cisza przed burzą?

na jak długo?

Ursula Vortag

Z salonu do komórki

Złość w nim wzrasta, bo tyle nieprzyjemnych rzeczy nie wydarzyłoby się, gdyby nie zostali tutaj podstępem ściągnięci.

Potraktowano ich jak rzecz.

Bezosobową, bezduszną rzecz.

Niczym mebel, który można postawić tam, gdzie się chce, nie pytając go o to, czy właściwie zgadza się być w nowym otoczeniu.

Tak po prostu – z salonu do komórki. Bo tego wymaga sytuacja.

Zastanawiającym był fakt, że mebel, a było to krzesło, uważało początkowo to nowe otoczenie za interesujące, oczywiście, że zauważało nieścisłości, inności – meble z nowego otoczenia były staroświeckie i reprezentowały różne warstwy społeczne. Większość z nich była częściowo uszkodzona i z tego powodu prawdopodobnie zgorzkniała. Ta zgorzkniałość powodowała, że wspominając swoją przeszłość, chętnie porównywały niektóre jej szczegóły z aktualnymi zdarzeniami, starając się przy tym mieć zupełnie inne zdanie na niemal każdy temat. Bo niektóre z tych gratów (jak krzesło zaczęło je w myślach nazywać) stały kiedyś w salonach a pamiętając jeszcze swoją minioną świetność, dziwiły się temu nowemu. Krytykując jego nieskazitelny stan, mówiły, że nie pasuje do nich, że powinno poszukać sobie innego lokum.

Krzesło przemilczało te nieprzyjemne szmery, starając się okazać, że spływają po nim, niczym woda po gęsi. Niezmiennie prościutko trzymając swoje oparcie, wmawiało sobie, że złe minie, że trzeba jedynie cierpliwie odczekać – nowe otoczenie musi się przecież przyzwyczaić do niego.

Ale nie wzięło jednego pod uwagę a mianowicie tego, że ono samo któregoś dnia dojdzie do wniosku, że coś tu nie tak. Że zdejmie różowe okulary i dokładniej przyjrzy się nieznanemu otoczeniu, że w następstwie tego stwierdzi, że to jedynie komórka pełna gratów z kontrowersyjną przeszłością.

Ursula Vortag

Patyna

time, Grażyna Hajewski, countess

Nowa, miedziana kopuła dachu „Wiadomości Codziennych” z ryżej stała się blado-turkusową.
Szybko to nastąpiło.
Cztery deszczowe dni przedłużonego weekendu wystarczyły.
– Patyna okryła nasze tajemnice – żartowali pracownicy redakcji gazety – teraz mamy stuprocentową pewność, że nic z tego, co nie powinno, nie wydobędzie się na zewnątrz.
Na pocztę redaktorka zaniosła to, co powinno pójść dalej – korespondencję z parą, co prawda niewielkich, ale istotnych dla prestiżu redakcji, wydawnictw.

Oczywiście, że w czasach dygitalizacji niemal wszystkiego, także i poczta powoli traci na swoim pierwotnym znaczeniu, jako jedynego nośnika przesyłek listowych, ale niekiedy tradycja bierze górą i korzysta się ze starego, jakże zaufanego.

Tym razem też.
Jak tylko redaktorka położyła na blacie wysokiego, pocztowego kontuaru dwie duże, beżowe, A4 koperty, pojawiła się z drugiej strony urzędniczka.
– Zwykłe? – rzuciła krótko, pytająco-stwierdzająco, po czym, nie odczekując odpowiedzi,  z wprawą wzięła jedną po drugiej w dłonie.
Odważa, domyśliła się redaktorka, ciekawe ile lat tu pracuje i ile listów podczas tego okresu czasu miała w dłoniach, po czym potwierdziła przypuszczenie kobiety, dodając jeszcze, że chciałaby kupić kolorowe znaczki na nie i że motyw jest jej obojętny.
– Są u pana obok – odpowiedziała pospiesznie urzędniczka, nie wypuszczając listów z dłoni i dając tym samym ich dotychczasowej właścicielce do zrozumienia, że od tej pory to ona, przedstawicielka poczty, przejmuje pieczę nad nimi, zajęła się wystukiwaniem jakiegoś hasła na klawiaturze swojego computera.
Z niewielkiego urządzenia stojącego obok na blacie lady wysunął się wąski, biały pasek papieru z czarnym nadrukiem. Urzędniczka pospiesznie oderwała go, podzieliła na dwa, po czym każdy z tych nich przyłożyła do leżących przed nią kopert.
– Ale ja przecież prosiłam o kolorowe znaczki – zaprotestowała redaktorka, próbując wyrazić swoją dezaprobatę w możliwie przyjazny sposób.
– Są u pana obok – padło.
– A co stoi tutaj, u pani w okienku? – klientka wskazała na uplasowany przed komputerem urzędniczki, tak, by dobrze rzucał się klientom w oczy, niewielki stojaczek reklamujący jakąś nową kolekcję znaczków.
– To jest seria dziesięciu.
– No to co z tego, przecież każdy z nich możny oddzielić i nalepić na mój list – podpowiedziała redaktorka.
– Ale to są znaczki wartości siedemdziesięciu centów każdy, a pani listy mają większą wartość.
– No, to można wziąć po dwa z nich i dodać jeszcze inny – redaktorka zdziwiła się, bo przedtem była zdania, że wykład o zasadach pracy urzędniczki pocztowej w przypadku jej rozmówczyni jest zbędny…
– kolorowe znaczki dostanie pani u pana obok – pouczyła tamta.
– Ale jeżeli je teraz kupię, nie będę mogła już ich nakleić na te listy – zauważyła redaktorka, wzrokiem wskazując na powody sporu.
– No, nie, bo one zostały już owartościowane  – przyznała rezolutnie pani z okienka. Uśmiechnęła się nawet zwycięsko.

Po czym wyprzedzając świadka swojej niekompetencji w myślach, bo tego nauczyły ją lata pracy tutaj, tego decydowania za klienta (bo on i tak nic nie wie, nie zna się, nie zna tajników wielkiego urzędu) stwierdziła, że wobec tego musi przeprowadzić storno.
W tym momencie powinno klientce zrobić się jej żal i na to właśnie urzędniczka liczyła – na to, że redaktorka machnie ręką i pójdzie sobie, a ona (ważna panienka z okienka) będzie mogła swoją uwagę poświęcić następnemu klientowi. Z pewnością bardziej uległemu.
No i przeliczyła się, bo oszukana kobieta znalazła się w punkcie krytycznym –

niczym chmura wulkanicznego dymu wydobyła się z niej cała gorycz na wszystkich tych, co własne bałaganiarstwo usiłowali wciskać pod płaszczyk uprzejmości innych – lepiej wychowanych, niemalże niewolników wyniesionych z domu rodzinnego zasad dobrego obycia.

Chmura gniewu zwisała chwilę ponad pocztowym kontuarem, by już w następnym momencie, niczym ostry, żrący deszcz skroplonego popiołu zawiści opaść na obydwie zwaśnione damy.
– Proszę – zgodziła się klientka zjadliwie-sucho.

Pani za pocztową ladą bez słowa poodklejała wydruki z kopert.
Na szczęście czas ich istnienia na papierze był krótki i wobec tego zerwanie nie zostawiło większych śladów. Teraz koperty, nagle takie obnażone, smutno leżały przed klientką.

Ta nie zastanawiała się długo, tylko sięgnęła po nie z zamiarem udania się do „pana obok” po kolorowe znaczki.
– Chwileczkę – zatrzymała ją urzędniczka, wystukując jakąś formułkę na klawiaturze swojego komputera.
– Tak? – padło uprzejme.
– Pani otrzyma jeszcze zwrot pieniędzy.
– Ależ ja jeszcze nie zapłaciłam – zastanowiła się redaktorka, spoglądając na trzymaną w dłoni kartę bankową – ale jeśli w ten sposób chce mi pani wynagrodzić swoją nieuprzejmość, to proszę!
Urzędniczka bez słowa odpowiedzi zgniotła w dłoni papierowe wydruki, po czym wpatrzyła się w ekran.
Co tu się dzieje?, myślała klientka, kierując się do „pana obok”.
„Pan obok” stał za innym pocztowym okienkiem, chociaż tak samo wysokim i tak samo ciemno brązowym, wykonanym z masywnego dębowego drzewa, takiego samego, jak cały wystrój tutaj. Jak długo ten urząd już istnieje – w tym miejscu, w tym budynku? Bo mury tej starej kamiennicy, w której ma swoją siedzibę, wskazują na kilkusetletnią tradycję – może nawet od samych początków istnienia poczty tego kraju… czy to stąd ta wyższość niektórych urzędników okazywana maluczkim.
Na to wygląda.
W okienku „pana obok” redaktorka podała listy, po czym ekstra precyzyjnie, wolno i wyraźnie wypowiedziała swoje życzenie:
– Poproszę o dwa znaczki pocztowe o wartości jeden euro czterdzieści pięć centów każdy.
„Pan obok”, postawny, rumiany starszy urzędnik z elegancką siwą bródką a’la Galileo Galilei uśmiechnął się jedynie pod równie siwym oraz równie gęstym wąsem, odebrał od niej cienkie, beżowe przedmioty niedawnej dyskusji, z leżącej przed nim na kontuarze serii znaczków odkleił dwa, by z wprawą przyłożyć je na odpowiednie miejsca na kopertach. W następnym momencie odłożył listy na półkę regału stojącego za jego plecami. Do wysłania. Potem jeszcze wystukał coś na klawiaturze swojego komputera, przyjął opłatę z jej karty bankowej, by, ponownie uśmiechając się pod wąsem, powiedzieć donośnym głosem:
– Dziękuję!
– Dziękuję! – pożegnała się.
Domyśliła się, że to jego „dziękuję” było za dostarczenie tematu na dzisiejszą rodzinną kolację – z wszelką pewnością przysłuchiwał się poprzedniej akcji, bo otwarta hala pocztowa pozwalała na to, by praktycznie wszyscy pracujący w niej urzędnicy byli dobrze poinformowani o przebiegu dnia kolegi „obok”.

Ukraść Księżyc

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Die magische Taffel

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18

Ein zauberhaftes Brett,
Das Innenraum eines Kristalls,
Der Abgrund der Finsternis,
Der blaue Dampf.

Im Pixelformat,
Vom Banner der Informationen
Extrahieren Sie
Unseres Lebens Inhalte:

Die Bitterkeit des Abschieds,
Freude am Dasein,
Merkwürdigkeit der  Sachen,
Ein Ausbruch von Memoiren.

© Ursula Vortag, Deutschland 2018

Kaprys

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Prawda

Powiedz mi, co masz z tego,
Że, co innych, to zabierasz,
Obcą wartość masz za swoją
I znieważasz, poniewierasz?

Nic dla cię dekalogu treść –
Dumne słowa a tekst mądry,
Bo to Mojżesz, on posłańcem –
Głosem Twórcy rozsądnym.

Wiedza twa pomierna –
Lekkiej niefrasobliwości serce! 
Aczkolwiek prawda wciąż żywa –
Jak Kuba Bogu, tak – vice versa.

©Ursula Vortag, Germany 2018

 

 

Efekt Dopplera

Kto by pomyślał, że tyle można z wysokości własnego tarasu zaobserwować. I że to wszystko, co zauważone, może być interesującym…
Taras – wspaniały wynalazek. Obstawałam przy nim, szukając nowego kącika dla siebie.

Było to rok temu z górą, kiedy w pewnym momencie stwierdziłam, że nadszedł czas na zmianę tapet. Wizję swojego nowego mieszkania miałam już gotową. I nie chciałam absolutnie zgodzić się na jakiekolwiek kompromisy. „Moja droga” słyszałam ze wszystkich stron, „nie można mieć wszystkiego, bądź bardziej elastyczną”.
Nie chciałam. Nie. Bo niby i dlaczego? Ostatecznie to moje życie i mam prawo tak je urządzić, jak mi się podoba. To gwarantuje mi prawo.
No i ostałam przy swoim – mieszkam blisko centrum i mam wymarzony taras.
Mieszkanie jest na czwartym piętrze.
A że bez windy? Że pod dachem?…
Ach – dla mnie to żaden problem, bo na kondycję nie narzekałam nigdy a jeszcze zanim zaczęłam pracować jako instruktor gimnastyki zdrowotnej, wiedziałam, że ruch to zdrowie. Taras znajduje się na dachu budynku i jest wyłącznie do mojej dyspozycji, bo wyjście nań prowadzi jedynie z mojego mieszkania. Że podłoga tarasu, będąca jednocześnie dachem nie prezentowała się najlepiej – no cóż – położyłam na niej szarą wykładzinę trawnik i problem natury wizualnej zniknął. Później pozostało mi jedynie  brzegi tarasu ozdobić kwiatami w donicach, rozpiąć parasol ponad drewnianym stolikiem, przystawić krzesełka-składaki i czekać na pogodę. Świetnie! Lepiej być nie mogło.
Dzisiejszy piękny, słoneczny dzień zaskoczył wszystkich – nawet telewizyjna „pogodynka” zwijała się i skręcała, usiłując wytłumaczyć fenomen.
A miała z czego, bo jeszcze wczoraj zapewniała zrezygnowanym głosem, że trwające prawie od tygodnia ulewy przeciągną się także na następny okres. Tymczasem w nocy wiatr zmienił kierunek i o poranku przywitało nas ciepłe, różane niebo. Jutrzenka.  Wyszłam na taras z surfbookiem i rozgościłam się w pobliżu purpurowym kwieciem obrzuconych petunii. Lubię pracować w ciszy wczesnego poranka, jeszcze zanim da o sobie znak wielkomiejski ruch…

Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – niespodziewanie wdarły się w przestrzeń pode mną głośne, równomiernie skandujące słowa rapera. Zawirowały z niekontrolowaną prędkością w długiej szyi leja tajfunu, jaki utworzył się w wyniku nagłego zakłócenia teoretycznej pustki wypełniającej przepastną czeluść podwórza, by już po chwili, opuścić go i wysypać się na moim tarasie.

Dotarły w każdy jego zakątek.
Słowa rapera…
jakiegoś tam, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co nadpłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziałby ktoś wcześniej. Zalali Europę, bo niby to nieszczęście u nich.
Tak, wiemy o tym, współczujemy z całego serca i chcemy pomóc. Tam.
Tymczasem ktoś niekompetentny rozporządził inaczej i zaoferował ofiarom nieszczęścia pomoc tutaj.
No i mamy teraz klops, bo zwolennicy pewnej drażliwej „organizacji” skorzystali z okazji i zabrali się z potrzebującymi, fundując nam w podzięce wyprawę krzyżową.
Autostopem.
Modnie i na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały samochód, z którego radia, przez otwarte okna, wydobywają się te obłędne dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Kurczowo trzymający się kierownicy Arab, głęboko wierząc, że wyprowadzi go ona z dusznego, peryferyjnego osiedla na jeszcze bardziej zagęszczoną zabudowę centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Wreszcie – niechętnie ulegając natarczywemu zdecydowaniu młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje.
Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz – jedynie to pozostawił po sobie, znikając w oddali.
Głos rappera stawał się coraz niższy, jakby głębszy, by chwilę później kompletnie zaniknąć, potwierdzając istnienie uznanego przez cywilizację dwudziestego pierwszego wieku efektu Dopplera.
Gdyby tak i pozostali zechcieli na naszym kontynencie pozostawić po sobie jedynie kurz…

© Ursula Vortag, Germany 2018

 

 

Metoda na wnuczka

Metoda „na wnuczka”

Różne działań są sposoby:
te łatwiejsze, inne mniej
I jest jeden – taki, siaki
W jego myśl – „chcesz, to bierz!”.

Metodą „na wnuczka” lud go zwie.
Tam jego żniwo i ordery,
Tam jego źródło, tam jego treść  –
Atoli zmian nowej ery.

Ach ten dwudziesty pierwszy –
Jest, niczym oczko w grze,
Lecz ktoś pomieszał karty i –
As jest znowu Trumfem.

W dobie obecnej każda dama,
To spec od elektroniki –
Ma swój prywatny, w Chmurze zaklęty,
Bursztynowy Sezam mistyki.

Mały Kosmos wspomnień,
Uniwersum na pięćdziesięciu calach.
Strzeże go słowa moc tajemna,
Niesiona na eteru falach.

Ukryty w pajęczynie kryształowych splotów,
Jedynie jej dostępny.

Lecz dla „chcącego, nic trudnego” –
Huzia na „gordyjskie węzły”.

© Ursula Vortag, Germany 2018

Niełatwe jest życie tłumacza.

Zwłaszcza tłumacza Poety Zasłużonego.
Przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a potem, z zamiarem ich opublikowania, zwróciłam się do wydawcy. Ten nagabuje o prawa autorskie:
– Najlepiej będzie – radzi – jeśli zwróci się Pani z tym bezpośrednio do spadkobierców Poety.
Dobrze, pomyślałam łatwowiernie. W internecie wyszukałam Fundację opiekującą się spuścizną pa Poecie, po czym drogą elektroniczną wysłałam do niej zapytanie w sprawie praw.
No i czekałam.
Czekałam.
Minął miesiąc – nic.
Mają z pewnością dużo pracy, myślałam i czekałam dalej.
Minął drugi miesiąc – nic nie uległo zmianie.
Po trzech miesiącach wysłałam drugiego Maila.
Tym razem odczekałam jedynie tydzień, po czym sięgnęłam za słuchawkę telefonu.
– Jesteśmy bardzo zajęci, proszę uzbroić się w cierpliwość – oświadczył mi młody, kobiecy głos.
– Tak, – roześmiałam się w odpowiedzi – a jak duża ma być ta moja cierpliwość, bo ja już czekam czasu spory kawałek?
– Proszę poczekać chwilkę przy telefonie – po drugiej stronie kabla dały się słyszeć jakieś konspiracyjne szepty, świadczące o lekkiej konsternacji, o co tam chodzi…
– Dzień dobry, jestem przewodniczącą Fundacji Opiekującej się Spuścizną Poety! – zabrzmiał nieoczekiwanie głos jakiejś Pani. Poważny był to głos. Głos starszy od tamtego i bardzo dostojny.
– Dzień dobry, jestem Tłumaczem, właśnie przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a ponieważ zamierzam je opublikować, zwracam się do Państwa w sprawie Praw Autorskich.
– Ależ proszę Pani! – donośnie zabrzmiały pouczające słowa – to jest sprawa dotycząca jedynie Wydawnictwa i Nas. Z tłumaczem nie mamy zazwyczaj żadnego kontaktu.
– Ach, tak…. – udało mi się wtrącić, po czym już śpieszę z wyjaśnieniem – sprawa wygląda tak, że moje Wydawnictwo, poradziło mi zwrócić się do Państwa bezpośrednio.
– Nie, to jest błędne, bo my z tłumaczem nie mamy żadnego kontaktu, jedynie z wydawcą – powtarza dostojna Pani.
– Tak, rozumiem – odpowiedziałam, z zamierzając zakończyć rozmowę.
Nie pozwolono mi jednak, bo Pani z Fundacji właśnie wpadła na pomysł zapoznania mnie z rolą, jaką Fundacja odgrywa w ochronie spuścizny Poety. Co miałam jej powiedzieć? – że już wcześniej, jeszcze zanim nawiązałam z nią kontakt, zapoznałam się z chwalebnymi zamiarami i przedsięwzięciami Fundacji na jej stronie internetowej.
Mimo to, może tak trochę zapobiegawczo, wysłuchałam słów jej dostojnej Przedstawicielki, od czasu do czasu rzucając w słuchawkę telefonu głośne słowa poparcia.
– Nie chcemy – powiedziała i (z góry przepraszając za użycie wyrażenia) zapewniła – nie chcemy, by poezja Poety została zbezczeszczona.
– Tak rozumiem – zgodziłam się z nią, a ciarki przeszły mi po plecach.
A ona sama, chcąc pewnie nieco załagodzić gorycz swoich słów no i bo nie chciała, bym poczuła się urażona: –  pani z pewnością spotkała się już z niezbyt udanymi tłumaczeniami.
– Tak, internet jest pełen różnych kwiatków…-  przytaknęłam, po czym wygłosiłam z żarem – mogę Panią zapewnić, że przetłumaczone przeze mnie teksty przekazują myśl oryginału w stu procentach. Pracowałam nad nimi długi czas, starając się także, by nie tylko odpowiednia składnia zdań ale i pierwotna melodyka wierszy została zachowana.
Potem zwierzyłam się jej, że robiąc to tłumaczenie myślałam, między innymi o swoich wnukach, którym chciałabym przyswoić język ich matki i dziadów i oczywiście korzystać przy tym ze źródeł najwyższej jakości. – Wydaje mi się, że powinniście być Państwo z mojej pracy zadowoleni – dodałam na zakończenie.
Wtedy ona zaproponowała:
– Proszę przysłać nam przetłumaczone teksty.
– No, to jak to – zaskoczenie moje było zbyt duże, by pojąć logikę takiego nagłego obrotu sprawy, więc spytałam naiwnie – Pani chce otrzymać moje teksty?
– Tak. Ja chcę otrzymać przetłumaczone przez panią teksty – padło potwierdzenie z Fundacji.
A mnie najzwyczajniej strach obleciał. No, bo tego nie spodziewałam się. I wydało mi się nagle, że moje własne prawa autorskie są w tym momencie zagrożone…
– to ja już zwrócę się do Państwa przez Wydawcę – usłyszałam samą siebie tę bzdurę mówiącą.
Na to ona obraziła się. Najwyraźniej. Czułam to mimo odległości.
Potem stała się złośliwą:
– Czy wydawca rozumie język polski?
– Chyba tak, bo przecież specjalizuje się w wydawaniu tłumaczeń.
– My załatwiamy wszystkie sprawy Fundacji w języku angielskim.
– To dobrze, to z pewnością ułatwia sprawę – odetchnęłam z ulgą, bo już naprawdę zaczęłam podejrzewać swojego wydawcę o nieznajomość języka polskiego.
– No to wyjaśniłyśmy sobie wszystko? – spytała jeszcze dostojna Pani.
– Tak, dziękuję bardzo, do usłyszenia!
Ostatnim moim słowom towarzyszył sygnał rozłączonej rozmowy.

copyright Ursula Vortag, Germany 2018

 

Wina innych

black, Grażyna Hajewski, Germany 2017, drawing ink, pen, paper A4, no 113717

Przykrość i zaskoczenie,
a w żałości złość…
jakieś nieśmiałe przypuszczenie –
tak wiotkie, a jednak:

pewnie to słów niezrozumienie…
treść przesłania wyjaśnić mus –
niczym koszmaru tchnienie
z jakiegoś dawnego snu.

W niwecz poszły chwile pomnień dni bolesnych,
czarnym dymem goryczy wypełnionych dni?
Nie pozwól uczniom mistrza rzezi i pożogi
W wodach Wisły spłukać winę ojców swych!

Ursula Vortag, Germany 2018