Translator’s work

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

This is the trust I have in a client who ask me to translate a text

closely related to his or her privet life.

Ursula Vortag

 

 

 

„Odrzut z eksportu”

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

Już miesiąc minął, jak wypadły z zawiasów drzwi kabiny prysznica a ich smutno-szare, plastykowe okruchy rozsypały się po czarnych kafelkach łazienki Lokatorki.

Lokatorka niezwłocznie zgłosiła sprawę do swojego Ubezpieczyciela, bo to była kabina mieszkania, które wynajmowała – więc nie jej rzecz – ubezpieczenie powinno pokryć koszty usunięcia szkody.

Tymczasem ono nie było takie chętne i zwróciło się do spółdzielni mieszkaniowej. Potem pogrążyło się w nieprzeniknionej mgle oczekiwania na odpowiedź, bo i spółdzielnia nie była taka znów rozrzutna – chociaż sprawa niby jasna, ale może jakieś inne rozwiązanie się trafi…

Czas mijał ale jakoś nic się nie trafiało.

Na szczęście w spółdzielni był Cieć – rozważny jak to na ciecia z długoletnią praktyką przystało:

poradził, by sprawę przeciągnąć w czasie, ale ponieważ Ubezpieczyciel naciskał, zaproponował zmienić taktykę i sprytnie podsunął pomysł przekonania Lokatorki:

– najlepiej będzie, jeśli ona sama zgłosi się do nas z prośbą o naprawę – twierdził i sugerował – wtedy my już podsuniemy tej kobiecie pomysł pokrycia kosztów z jej własnej kieszeni.

Jednak nie przewidział jednego, a mianowicie tego, że kobieta potrafi myśleć, a ta, po zakończonej rozmowie z Cieciem, zrobiła małe podsumowanie aktualnego stanu rzeczy – ona, zawierając w swoim czasie umowę ze spółdzielnią mieszkaniową, zobowiązała się regularnie opłacać komorne a w zamian za to spółdzielnia zobowiązała się dostarczyć jej odpowiednio wyposażone, funkcjonalne mieszkanie. Ponieważ uszkodzenie kabiny nastąpiło już po raz drugi i w tym samym miejscu, oznaczać może to jakieś błędne rozwiązanie konstrukcyjne urządzenia. A jeżeli tak jest, to troska o rozwikłanie problemu leży tym bardziej w kompetencjach spółdzielni, która przyzwoliła na instalację tego „odrzutu z eksportu”, tym samym nie wywiązując się z umowy, bo nie zapewniając najemcy swojego mieszkania prawidłowej funkcjonalności tegoż.

Na rozwiązywanie problemów, z którymi boryka się spółdzielnia Lokatorka nie miała specjalnej ochoty.

Żałosne, podsumowała jedynie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Na Marsa z nim!

the irresitible, Grazyna Hajewski countess, Germany 2017, watercolor, paper 29,7x21cm no 110917

„w miarę jedzenia apetyt rośnie”
to też według starego porzekadła.
Zastanawiającym jest fakt, że nie straciło ono na aktualności – mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko to, co on nam przyniósł: wysoko rozwiniętą technikę w każdym niemal zakresie – od urządzeń domowego użytku poczynając a na precyzyjnych instrumentach medycznych kończąc. Mimo, że mamy stację orbitalną, sputniki, sondy przemierzające dalekie zakątki kosmosu i dostarczające nam wiadomości o jego tajemnicach; mimo że planujemy osiedle na Marsie.
Kogo my tam wyślemy?
Może tych, co coś przeskrobali. Tych, którym prawo cywilne na ziemi nie odpowiadało.
Taka kolonia tych, co z prawem na bakier” – to nawet dobrze brzmi.

Poza tym przykład Australii dowodzi, że tego typu eksperyment ma bardzo duże szanse na powodzenie.
Tam, wysoko, będą rządzili się własnymi prawami.
Prawami Marsa.

A kto ich nie będzie przestrzegał, wyleci w Kosmos.
Dosłownie – zostanie wykluczony z towarzystwa, wypchnięty poza bogatą w tlen strefę życia a w żrącej atmosferze czerwonej planety nie przeżyje dłużej niż dwie sekundy. Słabe przyciąganie natomiast nie utrzyma go na jej powierzchni.
Tak, bo więźniowie, jak każda inna wspólnota, natychmiast ustanowią jakieś prawa.
Surowe, jak oni sami i jak oni sami bezwzględne.
Będzie to niezbędne dla utrzymania statusu dowodzącego grupą oraz statusu jej członków, no i warunkiem przeżycia, wykorzystania szansy, która im się nadarzyła, a ten, kto tę szansę zbezcześci stanie się banitą.
Czy będą tam mieli do czynienia z aktualnymi osiągnięciami techniki?
Co za pytanie – oczywiście, że tak, bo od niej będzie zależało ich przeżycie tam.
I właśnie ta chęć przeżycia spowoduje, że opanują wszelkie skomplikowane nowości w okamgnieniu.
A co będzie im brakowało, „pożyczą” sobie od innych. I tak rozwinie się marsjański półświatek. Wspaniale. Już widzę oczyma wyobraźni to całe marsjańskie towarzystwo.
Chciałabym być świadkiem tego.

©Ursula Vortag, Germany 2018

Przed

 

chrismas fable, s.palaice, Grażyna Hajewski, countess, Grmany, acral, oil, canvas, 30x30cm, no 113114.17

…panna młoda przejmuje się bardzo, bo w ostatniej chwili okazało się, że dekoratorka nie te kwiaty zamówiła, co trzeba; pan młody mniej, bo on ze Śląska, więc przyzwyczajony do tego, że kobiety w rodzinie załatwiają wszystko, co na powierzchni ziemi. Ale też chciałby, by to całe zamieszanie już się skończyło. I to dobrze.

Właściwie robi to wszystko jedynie dla swojej mamy, bo ona chce widzieć najstarszego na ślubnym kobiercu. No i zobaczy.

Jemu samemu krótka wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego zupełnie by wystarczyła.

Teraz wolałby już widzieć siebie siedzącego wygodnie w samolocie do Australii, bo tam właśnie młodzi małżonkowie planują spędzić miodowy czas. Pośród kangurów. A jeśli będzie im dane opuścić hotelowy pokój, to może porzucają sobie bumerangiem, albo uda im się wspiąć na świętą górę Aborygenów…

Wspinaczka – to jest to, o czym od dawna marzył.

Razem z przyszłą żoną zdobył już Kilimandżaro a i inne K-s były im nieobce, ale australijska góra jeszcze nie. A warto ją zaliczyć – jakby na posumowanie pewnej ery. Ery swobody i wolności, bo później, kiedy na świecie pojawią się maluchy, nie tak od razu będzie można ponowić kontynuację pełnych przygód lat. A musi przyznać, że razem z wybranką swojego serca przeżył już wiele. Tak wiele, że teraz w stu procentach był pewien, iż postanowienie spędzenia reszty życia wspólnie jest bardzo dobrym postanowieniem.

Gdyby tylko mamusia nie patrzyła na Iwonę tak surowo.

Jeszcze do niedawna niepodzielnie królowała w jego sercu.

Ale może być pewna, że pozostanie tam na zawsze, tylko mogłaby ustąpić choć trochę miejsca swojej synowej. Przecież jest mądrą kobietą i wie, że wiek ma swoje prawa, że ożenek jej syna to sprawa naturalna i nieunikniona.

Właściwie to to wesele mogłoby odbyć się w Polsce, bo tam taniej i w związku z tym na więcej można sobie pozwolić, ale taki obrót sprawy oznaczałby przewagę mamusi, bo to ona praktycznie zajęłaby się całą inscenizację wesela, jako że zna język, teren i dysponuje adekwatnymi znajomościami. Dlatego też pewnie Iwona uparła się, by uroczystość zaślubin zorganizować tutaj – jako okazję do wykazania się i udowodnienia przyszłej teściowej, że jest równie gospodarna i zapobiegliwa jak ona.

Mimo tych wszystkich wpadek, mimo zapominalstwa dekoratorki, która ma podobno jeszcze dwa inne wesela do obsłużenia – ale co to ją Iwonę, właściwie obchodzi. Płaci tej kobicie za wykonanie konkretnej rzeczy (w dodatku wcale niemało), więc niech pokaże, że na te pieniądze rzeczywiście zapracowała. A tu – jak można nie tylko kolor kwiatów pomylić ale i gatunek!

Mama Iwony poradziła jej nie przejmować się tak bardzo.

To są naprawdę mało istotne drobiazgi a za kilka lat będziesz dziecko zaśmiewać się z tych drobnych wpadek – mówiła i zapewniała – ty jest tą najważniejszą osobą, królową całej uroczystości, więc dbaj o to byś właśnie ty bardzo dobrze wypadła.

 ©Ursula Vortag, Germany 2018, z cyklu „Karnawał niedyskrecji”

 

 

 

 

Prawda

Powiedz mi, co masz z tego,
Że, co innych, to zabierasz,
Obcą wartość masz za swoją
I znieważasz, poniewierasz?

Nic dla cię dekalogu treść –
Dumne słowa a tekst mądry,
Bo to Mojżesz, on posłańcem –
Głosem Twórcy rozsądnym.

Wiedza twa pomierna –
Lekkiej niefrasobliwości serce! 
Aczkolwiek prawda wciąż żywa –
Jak Kuba Bogu, tak – vice versa.

©Ursula Vortag, Germany 2018

 

 

Efekt Dopplera

Kto by pomyślał, że tyle można z wysokości własnego tarasu zaobserwować. I że to wszystko, co zauważone, może być interesującym…
Taras – wspaniały wynalazek. Obstawałam przy nim, szukając nowego kącika dla siebie.

Było to rok temu z górą, kiedy w pewnym momencie stwierdziłam, że nadszedł czas na zmianę tapet. Wizję swojego nowego mieszkania miałam już gotową. I nie chciałam absolutnie zgodzić się na jakiekolwiek kompromisy. „Moja droga” słyszałam ze wszystkich stron, „nie można mieć wszystkiego, bądź bardziej elastyczną”.
Nie chciałam. Nie. Bo niby i dlaczego? Ostatecznie to moje życie i mam prawo tak je urządzić, jak mi się podoba. To gwarantuje mi prawo.
No i ostałam przy swoim – mieszkam blisko centrum i mam wymarzony taras.
Mieszkanie jest na czwartym piętrze.
A że bez windy? Że pod dachem?…
Ach – dla mnie to żaden problem, bo na kondycję nie narzekałam nigdy a jeszcze zanim zaczęłam pracować jako instruktor gimnastyki zdrowotnej, wiedziałam, że ruch to zdrowie. Taras znajduje się na dachu budynku i jest wyłącznie do mojej dyspozycji, bo wyjście nań prowadzi jedynie z mojego mieszkania. Że podłoga tarasu, będąca jednocześnie dachem nie prezentowała się najlepiej – no cóż – położyłam na niej szarą wykładzinę trawnik i problem natury wizualnej zniknął. Później pozostało mi jedynie  brzegi tarasu ozdobić kwiatami w donicach, rozpiąć parasol ponad drewnianym stolikiem, przystawić krzesełka-składaki i czekać na pogodę. Świetnie! Lepiej być nie mogło.
Dzisiejszy piękny, słoneczny dzień zaskoczył wszystkich – nawet telewizyjna „pogodynka” zwijała się i skręcała, usiłując wytłumaczyć fenomen.
A miała z czego, bo jeszcze wczoraj zapewniała zrezygnowanym głosem, że trwające prawie od tygodnia ulewy przeciągną się także na następny okres. Tymczasem w nocy wiatr zmienił kierunek i o poranku przywitało nas ciepłe, różane niebo. Jutrzenka.  Wyszłam na taras z surfbookiem i rozgościłam się w pobliżu purpurowym kwieciem obrzuconych petunii. Lubię pracować w ciszy wczesnego poranka, jeszcze zanim da o sobie znak wielkomiejski ruch…

Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – niespodziewanie wdarły się w przestrzeń pode mną głośne, równomiernie skandujące słowa rapera. Zawirowały z niekontrolowaną prędkością w długiej szyi leja tajfunu, jaki utworzył się w wyniku nagłego zakłócenia teoretycznej pustki wypełniającej przepastną czeluść podwórza, by już po chwili, opuścić go i wysypać się na moim tarasie.

Dotarły w każdy jego zakątek.
Słowa rapera…
jakiegoś tam, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co nadpłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziałby ktoś wcześniej. Zalali Europę, bo niby to nieszczęście u nich.
Tak, wiemy o tym, współczujemy z całego serca i chcemy pomóc. Tam.
Tymczasem ktoś niekompetentny rozporządził inaczej i zaoferował ofiarom nieszczęścia pomoc tutaj.
No i mamy teraz klops, bo zwolennicy pewnej drażliwej „organizacji” skorzystali z okazji i zabrali się z potrzebującymi, fundując nam w podzięce wyprawę krzyżową.
Autostopem.
Modnie i na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały samochód, z którego radia, przez otwarte okna, wydobywają się te obłędne dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Kurczowo trzymający się kierownicy Arab, głęboko wierząc, że wyprowadzi go ona z dusznego, peryferyjnego osiedla na jeszcze bardziej zagęszczoną zabudowę centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Wreszcie – niechętnie ulegając natarczywemu zdecydowaniu młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje.
Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz – jedynie to pozostawił po sobie, znikając w oddali.
Głos rappera stawał się coraz niższy, jakby głębszy, by chwilę później kompletnie zaniknąć, potwierdzając istnienie uznanego przez cywilizację dwudziestego pierwszego wieku efektu Dopplera.
Gdyby tak i pozostali zechcieli na naszym kontynencie pozostawić po sobie jedynie kurz…

© Ursula Vortag, Germany 2018