Wiewiórka Ruda

Wiewiórka Ruda

Wiosna tego roku przyszła wcześnie – tak jakby chciała wszystkim stworzeniom bytującym na Ziemi wynagrodzić nieprzyjemne dni do niedawna panującej, srogiej Zimy. W Starym Lesie pojawiły się jej pierwsze oznaki – u stóp drzew, przez szare podszycie tam leżące przedzierały się białe główki przebiśniegów. Drobne kwiatki z zaciekawieniem przyglądały się okolicy, ostrożnie wystawiając swoje delikatne buzie na działanie ciepłych, coraz cieplejszych promieni słonecznych. Te znowu, przewijając się między czarnymi jeszcze, grubymi i cienkimi gałęziami drzew, balansowały na nich elegancko, docierając bez przeszkód do ukrytych zazwyczaj zakątków lasu. Niechcący przemknęły się także po rudym grzbiecie Wiewiórki, sprawiając, że poszczególne włosy jej sierści zalśniły szeroką gamą kolorów – od świetliście żółtego, poprzez pomarańczowy do ogniście czerwonego.

Wiewiórka Ruda czując ich ciepło oraz życiodajną energię, postanowiła godnie przywitać swoją ulubioną porę roku. Chwilę tylko zabrało jej przypomnienie sobie, do którego ze swoich licznych schowków musi się udać, by wydostać z niego to, co potrzebuje – do tego pod starym dębem, co rośnie w Książęcym Parku. W samym jego centrum.

Żeby dostać się do Parku musi opuścić Stary Las a potem przedostać się na drugą stronę Małego Stawu…

ale dla Wiewiórki to nie było zbyt wielką przeszkodą, bowiem nigdy nie narzekała na swoją kondycje fizyczną i teraz też – śmigając niczym iskra pośród cienkich i wiotkich gałęzi wierzb porastających obrzeże stawu, przedarła się prędziutko w pobliże parku, potem: raz, dwa, trzy – w kilku długich susach przeskoczyła czarne, metalowe pręty jego ogrodzenia i już była wewnątrz. Tutaj szare, betonowe alejki spacerowiczów wiły się pomiędzy kobiercami białych zawilców, a z nich – niczym wykrzykniki wystawały ciemne pnie starych, wysokich drzew.

Wiewiórka Ruda – ciągnąc za sobą długi, puszysty ogon (swoją dumę) – błyskawicznie przebiegła, lekko przy tym podskakując, pustą przestrzeń dzielącą metalowy parkan od wnętrza Parku, zanurzając się od czasu do czasu w głębinach jednego z puszystych kobierców a niekiedy wyskakując z innego, by na ułamek sekundy zastygnąć w pozycji słupka, co dawało jej możliwość upewnienia się, że obrany kierunek jest dobry i nikt obcy nie stara się odwieść jej od pierwotnego zamiaru.

Zatrzymała się dopiero pod sędziwym dębem.

Jego, znajdujące się częściowo na powierzchni ziemi, pękate korzenie odchodząc od szorstkiego pnia we wszystkich kierunkach świata, wbijały się w twardą grudę wokół, dając jednocześnie schronienie licznym małym leśnym stworzonkom – żukom, myszom, dżdżownicom i podobnemu drobiazgowi – przyjaciołom i dobrym znajomym Wiewiórki.

– Tu gdzieś musi ona być, ta moja skrytka, tylko gdzie? – zamruczała cichutko parskając i marszcząc z niezadowolenia jasnobrązowy nosek.

Każde miejsce, w którym ukryła orzeszki wyczuwała już na odległość dzięki intensywnemu zapachowi, jaki unosił się ponad każdą jej spiżarnią, ponieważ jednak w tej skrytce nie było ani jednego orzeszka – musiała polegać jedynie na swoim instynkcie i pamięci.

Jej niezadowolone mruczenie okazało się jednak być nie tak bardzo cichym, bo z jamki znajdującej się pod jednym z korzeni wysunął się inny ruchliwy, ale tym razem różowy nosek. Potem cały pyszczek, za nim długie, sterczące na boki szare wąsiki, małe, okrągłe, błyszczące wilgotną czernią oczka, ciemna czuprynka a następnie sterczące na boki, niczym dwie obiadowe łyżki, uszy – na zewnątrz szarobure a wewnątrz również lekko różowe.

– A cóż to za hałasy? I to tak wczesnej porze!? – Wiewiórka Ruda usłyszała nagle poprzedzone rozzłoszczonym piskiem słowa.

– A witaj Myszko Bura, pora wstawać! – odparła wesoło, instynktownie usiłując wpłynąć na poprawę humoru Myszy Burej.

– Aaa… chyba jeszcze nie czas… – ziewnęła w odpowiedzi Mysz.

Malutkimi różowymi łapkami przetarła swoje zaspane oczka, po czym powoli, gderając z niezadowoleniem zaczęła cofać się w głąb jamki.

– Ależ moja droga, zatrzymaj się i spójrz tylko tam, na te kobierce zawilców.

Tu Wiewiórka Ruda wyciągnęła łapkę w głąb parku.

– Co ty za bzdury mówisz… przecież to tylko śnieg – stwierdziła Mysz powątpiewająco.

– Nie, to są zawilce – roześmiała się Wiewiórka.

Mysz wytrzeszczyła swoje oczka.

– Chwileczkę, tylko pójdę po okulary – powiedziała, po czym zniknęła w czeluściach swojego mieszkanka.

Kiedy wróciła, wyjaśniła Wiewiórce, że jest krótkowidzem i jeżeli chce dojrzeć coś, co jest daleko, to musi założyć okulary.

– Rzeczywiście… ale wczoraj jeszcze ich nie było… a jakie one ładne… – stwierdziła zdumiona, kiedy już okularach na nosie, dokładniej mogła przyjrzeć się okolicy.

– Tak, twój Park jest piękny wiosną – zgodziła się Wiewiórka Ruda.

– A powiedz – czego ty tutaj właściwie szukasz? Przecież ty mieszkasz w Starym Lesie – Mysz Bura zwróciła się do niej.

Wiewiórka wyjaśniła, że także w Parku ma swoje zimowe spiżarnie i właśnie chciała otworzyć tę, która znajduje się pod dębem Myszy, tylko nie bardzo pamięta, pod którym korzeniem ona jest.

– Tutaj? Tutaj wszystkie jamki są zamieszkałe… chociaż… tak jedna była pusta… aaa – pewnie to ta jamka, która kiedyś służyła mi za pokój gościnny… – zastanowiła się Mysz – jak wiesz, mam bardzo liczną rodzinę i bardzo często zdarza się, że któryś z moich krewnych jest przejazdem u mnie, więc wypada mi go przenocować, ale latem zeszłego roku wykopałam nowy pokój gościnny – z tamtego już nie korzystam, ze względu na panujące tam przeciągi, czy to właśnie o tę skrytkę ci chodzi…

– Nie wiem, jeżeli jest przewiewna, to być może… – odpowiedziała Wiewiórka niepewnie.

– Zaraz sprawdzimy! No chodźmy, bo teraz i tak już nie zasnę – poleciła Mysz energicznie.

Potem widząc niepewność Rudej, dodała:

– Spokojnie, już nie jestem zła na ciebie a te pierwsze wiosenne kwiatki naprawdę są bardzo ładne. Właściwie to gdyby nie ty, to pewnie bym je przespała.

– Tak, długo to one nie kwitną.

Tak rozmawiając zwierzęta przeszły na północną stronę podnóża drzewa, gdzie pod wygięciem jednego z korzeni znajdowało się zejście do podziemnej komórki.

– Tak, to chyba tutaj, poznaję okolicę! – zawołała Wiewiórka uszczęśliwiona.

– Tak? – to świetnie! – ucieszyła się Mysz. – No, to teraz pokaż, co takiego ty tam ukryłaś!

Wiewiórka nie potrzebowała żadnej dodatkowej zachęty – pospiesznie zagłębiła się w otworze zmarzniętej ziemi (tak że jedynie koniuszek jej puszystego ogona wystawał na zewnątrz) a po chwili pojawiła się z szarą, pękata plastykową torbą.

– Wszędzie ten plastyk, nawet pod ziemią! – żachnęła się Mysz.

– Ale, widzisz – tłumaczyła się Wiewiórka – to jest naprawdę wyjątek.

Potem wyjaśniła, że i ją samą złości, kiedy widzi plastykowe śmieci porzucone przez odwiedzających jej Las ludzi, ale w tym wypadku główna właściwość plastyku, jaką jest nieprzepuszczalność wilgoci, okazała się bardzo pomocną, bo dzięki temu mogła pod ziemią ukryć swój skarb i być spokojną, że nie zamoknie.

– No już dobrze, pokazuj! – zgodziła się Mysz, bo jej ciekawość wzięła górę.

Wiewiórka postawiła torbę przy krawężniku jednej z alejek, po czym sięgnęła łapką do jej wnętrza.

– Czy to jest to, o czym myślę? – spytała zniecierpliwiona Mysz.

Mysz obserwowała każdy ruch koleżanki a wielkość i kształt pakunku pozwalały jej wysnuć pewne nieśmiałe podejrzenie.

– Nie wiem o czym myślisz – odparła Wiewiórka śmiejąc się.

Potem wyciągnęła jeden but z rolkami, ten pasujący na jej lewą nogę, a następnie drugi, pasujący na prawą.

Obydwa buty były przyjemnego dla oka ciemnozielonego koloru, a umocowane pod nimi rzędy rolek były białe.

Wiewiórka ustawiła je przy krawężniku, po czym sama usiadła na jego krawędzi i zaczęła je zakładać.

– Widzę, że ty jeszcze coś masz w torbie… – Mysz Bura zaciekawiona zajrzała do jej wnętrza.

– Ach, wierz mi, reszta jest nieistotna – zapewniła ją Wiewiórka.

– No ale pokaż, co tam masz… – nie ustępowała Mysz.

– To są jedynie osłony na kolana i łokcie oraz takie specjalne rękawice chroniące przeguby dłoni.

– Też je założysz?

– Nie, ja już ich nie potrzebuję, bo bardzo dobrze jeżdżę na rolkach. W tamtym roku byłam najlepsza w naszym Lesie, lepsza nawet od Brązowego Misia, co od lat jeździ na rolkach.

– No, ale przecież całą zimą nie jeździłaś…

– Nie szkodzi – odparła Wiewiórka – z jazdą na rolkach jest jak z jazdą na rowerze, to jest umiejętność, której nigdy się nie zapomina.

u.v.

Gąska Szara

Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy Gąska Szara się obudziła.

Zaspałam – stwierdziła z przerażeniem, mrużąc oczy, ale złociste promienie, które uprzednio przedarły się przez gęste listowie szuwarów, wyszukały ją i teraz ślizgając się po jej piórkach zachęcały do zabawy w zajączka, nie przestawały drażnić.

Jednak Gąska nie miała ochoty na zabawę – błyskawicznie uniosła się na swoich szarych nóżkach, rozprostowała mocne skrzydła przeciągając się a wstrząsając przy tym swoje szare upierzenie, strzepnęła z niego resztki snu. Słoneczne promyki, cofnęły się obrażone odmową a stateczne szuwary zaszumiały, kiedy Gąska wyskoczyła z nich w pośpiechu i nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone.

Wszystkiemu winien ten Rudy Lis, myślała będąc już w drodze – o późnej porze zachciało mu się jeść i o północy pobudził Kury z graniczącego ze stawem gospodarstwa. Te z kolei narobiły takiego hałasu, że Gąska nie mogła zmrużyć oka jeszcze długo po tym, jak ich napastnik ukrył się z powrotem w lesie. I to pomimo że sama znajdowała się wówczas w przytulnym gniazdku, co wymościła sobie w gęstych zaroślach trzciny wodnej, która tego roku wybujała prawdziwie – teraz, pod koniec lata, pyszniła się ciemnozielonym listowiem a plątanina, jaką tworzyła wraz z bagiennym skrzypem i wodną rzęsą, utrudniała przedarcie się w jej głąb każdemu drapieżnikowi.

Dopiero nad świtem Gąskę zmorzył sen, było to tak jakoś na godzinę przed zbiórką – jeszcze mam trochę czasu, zdrzemnę się tylko na krótko a Kogut z gospodarstwa z pewnością mnie obudzi, myślała wtedy z nadzieją, rezygnując z walki z ciężko opadającymi powiekami.

No i przespała świt.

Czy Kogut też?

Może tak zdenerwował się tym nocnym wyskokiem Lisa, że i on zaspał… wysunęła jedynie możliwą tego dnia hipotezę, co i tak nie zmieniało rzeczywistości.

A rzeczywistość była taka, że kiedy dotarła na miejsce zbiórki, zastała jedynie ziejącą pustką przestrzeń unoszącą się ponad zieloną płaszczyzną łąki oddzielającej pszeniczne pola od starego lasu. Tylko smutnie połamane, wąskie liście porastającej łąkę trawy świadczyły o tym, że jeszcze niedawno coś tu się zdarzyło.

Nie czekały na mnie, pomyślała gorzko. Głupie szare gęsi! Czy one w ogóle zarejestrowały jej nieobecność?

Nie – to nie.

Ona za nimi nie będzie leciała.

Ma swoją dumę.

Zresztą one pewnie już nad Atlantykiem, a ona nie ma ochoty na samotną podróż.

No i została.

Na szczęście tegoroczna zima w Europie była bardzo łagodna a zieleniejąca się wokół stawu roślinność dostarczała jej sporo witamin.

W pierwszych dniach wiosny wybrała się w odwiedziny do kurnika i dowiedziała się, że tamtego pamiętnego dnia Kogut nie zapiał o świcie, bo już o północy pożegnał się z tym światem a Rudy Lis uniósł jego waleczne szczątki do lasu.

Co za splot wypadków… wzdrygnęła się Gąska Szara strząsając jednocześnie z piór wilgoć wiosennego kapuśniaczka.

Do siebie wracała piaszczystą dróżką obok parku.

Zamyślona nad dziwnymi kolejami losu nie baczyła zbytnio na otoczenie no i weszła w psią kupę.

Z obrzydzeniem wytarła lepką, kleistą maź w rosnącą przy drodze trawę i postanawiając unikać w przyszłości tego miejsca, poczłapała w stronę swojej wody.

Następnego dnia na stawie zaroiło się od jej gęgotliwych koleżanek i kolegów – tej nocy ptaki przyleciały z Afryki.

Wycieńczone długim lotem ale i uszczęśliwione znajomymi widokami, pluskały się w wodzie zbiornika – nurkując, pływając, chłepcząc ją i radośnie rozpryskując na wszystkie strony świata.

Nie minęło wiele dni a ich początkowy entuzjazm został przygnieciony przygnębiającą ciszą – całe stado (wszystkie ptaki jak jeden) rozchorowało się…

– W wodzie tego stawu roi się od wirusów i bakterii a bytujące tam algi nie są w stanie się z nimi uporać – stwierdził wioskowy Weterynarz i zabronił ptactwu z gospodarstwa zbliżać się do zainfekowanej wody.

Tylko skąd ta infekcja? – zastanawiał się jeszcze cicho.

Autor u.v.

Ryc. ghc

Myśl

Właściwie przyjechałam tutaj z zamiarem kontynuowania pracy nad swoim aktualnym projektem, którym jest video na temat malowania portretu w oleju – tak o jego tworzeniu od podstaw, to znaczy od momentu powstania samej idei.

Obecnie znajduję się na etapie formułowania tekstu, mającego opisać każdy poszczególny krok mojej pracy nad portretem.

Tego typu zajęcie wymaga bardzo dużej koncentracji, a jak podpowiada mi doświadczenie – tę mogę osiągnąć jedynie, mając wokół siebie otoczenie nie zakłócone jakimkolwiek zbędnym hałasem.

Takież miałam nadzieję znaleźć w miejskim parku a ponieważ przyjemna, słoneczna pogoda sprzyjała mojemu zamiarowi – spakowałam rowerową torbę wkładając do niej tabliczkę z niezbędnymi notatkami, długopis, okulary oraz iPhona ze zgromadzonym nań materiałem dokumentacyjnym, po czym wyruszyłam na poszukiwanie oazy spokoju.

Tę zamierzałam znaleźć nad brzegiem przepływającej przez miasto rzeki, jednak kiedy dojechałam do wiodącej tam rowerowej ścieżki, okazało się, że jest ona zamknięta dla ruchu ze względu na przeprowadzane jakieś bliżej nieokreślone (ale z pewnością niezbędne z punktu widzenia władz) prace budowlane. Wobec tego faktu musiałam objechać niemal pół miasta, by w rezultacie na ogrodzony poczerniałym, metalowym parkanem teren zieleńca dostać się od nieznanej mi strony. Po tym jak minęłam gościnnie na oścież otwartą parkową furtkę, udałam się na wstępny rekonesans – jadąc wysypaną drobnym, szarym żwirem aleją zwiedziłam teren, podziwiałam znajdujące się tam wieloletnie drzewa i rozłożyste krzewy, mijałam spacerowiczów (głównie mamy pchające wysokie, nowoczesne wózki z pociechami, choć czasem zdarzył się i szukający kontaktu z dzieckiem tata) pokonując przy tym liczne, wymoszczone szarym, drobnym żwirem alejki oraz malowniczo wybrzuszone, poczerniałe ze starości, drewniane mostki, przerzucone ponad ramionami leniwie płynącej rzeczki, odbijającej nieskazitelnie jasny błękit nieba.

Uwagę moją przyciągnął rozległy, o kształcie niemal idealnego koła skwer ze znajdującą się w jego centrum fontanną. Wokół niej leżała wysypana żółtym piachem dróżka, zachęcająca do przechadzek, a drewniane, na ciemnozielono pomalowane, o staroświeckim, wygodnym kształcie ławki, dyskretnie ustawione pod gęstymi zaroślami otaczającymi skwer, zapraszały spacerowiczów do odpoczynku. Wybrałam jedną z nich – stojącą pod bujnym krzewem czarnego bzu, którego gałęzie (obrzucone o zbliżonym odcieniu zieloności listowiem i baldachimami bladożółtego kwiecia) skłaniając się nad zakątkiem, tworzyły coś w rodzaju naturalnej, mile zacienionej altany.

Usiadłam na ławeczce, obrzuciłam wzrokiem najbliższe otoczenie, po czym zawiesiłam go na pracy fontanny, która (z umieszczonego w jej centrum kręgu skierowanych w niebo ciemnych, żeliwnych rur) w niezmiennym rytmie wyrzucała w górę cienkie, białe niemal strugi spiętrzonej ciśnieniem wody. Stateczna siła przyciągania ziemskiego jedynie na określoną wysokość pozwalała im dotrzeć, wobec czego w pewnym momencie zawracały, by u podnóża płaskiego basenu opaść w utworzoną z tysięcy nieuporządkowanych, drobnych kropli i kropelek białą kipiel. Tam, niczym nieokiełzane języki wodnej lawiny, zanurzały się osiągając kamienne dno, by ułamek sekundy później, odbiwszy się uprzednio od kamiennego dna, wynurzyć się. Potem – przez chwilę jeszcze wzburzone i nieco zdezorientowane – już w następnym momencie rozpoczynały pospieszną wędrówkę w kierunku kamiennej cembrowiny – tym razem już zjednoczone w liczne, lśniące złociście w promieniach zachodzącego słońca kręgi, rozszerzające się i tracące w miarę oddalania się od centralnego punktu swoją energię.

Sama fontanna, niczym olbrzymich wymiarów stacja nadawcza, zdawała się słać jakieś konkretne, przeznaczone jedynie dla wtajemniczonych wieści i stanowiłaby dobry temat do rozważań dla poszukiwaczy śladów przybyszów z Kosmosu.

Usiadłam wygodnie, po czym przymknęłam na chwilę oczy kosztując odgłosy natury: śpiew ukrytych w gąszczach ptaków, pluskanie wody oraz szum wiatru liczącego liście w koronach otaczających mnie starych drzew. Wszystkie te odgłosy zlewały się w w jedną symfonię, którą poeta określiłby z pewnością jako „Majową” a ja bardziej prozaicznie – „ Natura contra COVID”, bo rzeczywiście – tutaj nie odczuwa się tych wszystkich niepokojów wywołanych panującą od dobrych dwu lat pandemią.

Wstałam, by przejść się i nieco dokładniej przyjrzeć najbliższemu otoczeniu…

po kilku krokach zaledwie, na kamiennej ścianie niskiego muru tuż za moją ławeczką, w miejscu, gdzie murek załamywał się tworząc swojego rodzaju otwarte wyjście ze skwerku, dojrzałam dwie metalowe tablice a na nich z wypukłych liter utworzone teksty.

Zainteresowana przystanęłam, by odczytać:

„Ta tablica znajduje się w miejscu,

gdzie przed laty stał dom,

w którym przyszła na świat poetka Ricarda Huch”

Poniżej znajdowały się dwie najistotniejsze daty jej bytności na ziemi:

„ur. 18.07.1864r.” oraz „zm. 17.11.1947r.”

Zamieszczony na tej samej wielkości tablicy obok fragment wiersza poetki mówił:

„Ukochany ojczysty kraju

trudne są drogi nasze,

… wszak chwały twojej przeminął blask,

bądź nam wspomnieniem czynów swoich,

misją i przesłaniem z dłoni tych,

których już brak.”

Ricarda Huch

U.V.

Ołów

Wewnątrz filiżanki łyżeczka pozostawiła brzydki, ciemny ślad.

Łyżeczka jest z metalu szlachetnego (o niezbyt jasnym znaczeniu tego określenia) a filiżanka jest fajansowa – barwiona pomarańczowo zewnątrz, wewnątrz natomiast jasnokremowa; cała pokryta przezroczystą glazurą. Właściwie jako chemiczka powinnam domyślić się powodu tego sinego śladu.

Domyślałam się, ale jeszcze nie chciałam uwierzyć – bo przecież mamy wiek dwudziesty pierwszy, wiek w którym taka sprawa jaką jest ujemny wpływ metali ciężkich na zdrowie człowieka, jest znana. Dzieci informowane są o niej w szkole a dorosłym przekazywany jest ten problem w codziennych wiadomościach, nie wspominając o licznych pracach naukowych, dostępnych praktycznie szerokim masom.

A wujcio google?

Mimo tego taki niewypał. Kto zawinił? Jak zwykle Chiny, bo produkują tanio, metodą – jak najwięcej przy najniższych kosztach produkcji.

Że to odbywa się kosztem zdrowia człowieka? – a niech tam – żyje się tylko raz a po mnie może być nawet potop.

Potop będzie, bo metale ciężkie wchłonięte przez ludzki organizm mają bardzo ujemny wpływ nań. Wywołane zaburzenia mogą przynieść nieoczekiwane skutki – przykładem jest upadek rzymskiego imperium, gdzie kuchnie zdobiły ołowiane garnki a doprowadzana do nich woda płynęła przez ołowiane rury. Kąpano się nawet w roztworze ołowiu, ale wszyscy byli szczęśliwi, bo ołów nie rdzewiał a produkcja wyrobów z niego była tania.

Ciężkie, sine chmury zasnuły niebo niczym ołowiana chandra. Caliguli chandra…

Ursula Vortag

Charli

W 2006 dwanaście karykatur Mahometa opublikowanych w Danii przez satyryczne pisma Danii stało się dla wyznawców Islamu symbolem europejskiego zepsucia.

Oburzyli się na to zachodni dziennikarze broniący wolności słowa będącej jednym z głównych filarów demokracji. Tutaj można by polemizować, bo bardzo cienką jest granica pomiędzy wolnością słowa a wulgaryzmem…

w odpowiedzi rząd Danii zapraszał teoretycznie obrażonych do dyskusji, ale obrońcy proroka bali się konfrontacji z inteligentniejszymi od siebie, bo na piaskach pustyni nie rozmawiano, prawo pustyni znało jedynie zbrojną agresję – taką podstępną, taką spod piasku. Poza tym jeszcze czuli się na lepszej pozycji, bo jeszcze marzyło im się bezkresne uzależnienie reprezentantów noblistów oraz badaczy kosmosu od znajdujących się na ich terenach złóż ropy. Jeszcze… więc kuli żelazo puki gorące a każdy pretekst uważali za dobry. Ten był bardzo dobry.

w 2019 rozpoczęła swoje żniwo zbierać pandemia Covid-19.

Teoretycznie uspokoiło się…

zaniepokojenie, chwila zastanowienia się czy jedynie cisza przed burzą?

na jak długo?

Ursula Vortag

Z salonu do komórki

Złość w nim wzrasta, bo tyle nieprzyjemnych rzeczy nie wydarzyłoby się, gdyby nie zostali tutaj podstępem ściągnięci.

Potraktowano ich jak rzecz.

Bezosobową, bezduszną rzecz.

Niczym mebel, który można postawić tam, gdzie się chce, nie pytając go o to, czy właściwie zgadza się być w nowym otoczeniu.

Tak po prostu – z salonu do komórki. Bo tego wymaga sytuacja.

Zastanawiającym był fakt, że mebel, a było to krzesło, uważało początkowo to nowe otoczenie za interesujące, oczywiście, że zauważało nieścisłości, inności – meble z nowego otoczenia były staroświeckie i reprezentowały różne warstwy społeczne. Większość z nich była częściowo uszkodzona i z tego powodu prawdopodobnie zgorzkniała. Ta zgorzkniałość powodowała, że wspominając swoją przeszłość, chętnie porównywały niektóre jej szczegóły z aktualnymi zdarzeniami, starając się przy tym mieć zupełnie inne zdanie na niemal każdy temat. Bo niektóre z tych gratów (jak krzesło zaczęło je w myślach nazywać) stały kiedyś w salonach a pamiętając jeszcze swoją minioną świetność, dziwiły się temu nowemu. Krytykując jego nieskazitelny stan, mówiły, że nie pasuje do nich, że powinno poszukać sobie innego lokum.

Krzesło przemilczało te nieprzyjemne szmery, starając się okazać, że spływają po nim, niczym woda po gęsi. Niezmiennie prościutko trzymając swoje oparcie, wmawiało sobie, że złe minie, że trzeba jedynie cierpliwie odczekać – nowe otoczenie musi się przecież przyzwyczaić do niego.

Ale nie wzięło jednego pod uwagę a mianowicie tego, że ono samo któregoś dnia dojdzie do wniosku, że coś tu nie tak. Że zdejmie różowe okulary i dokładniej przyjrzy się nieznanemu otoczeniu, że w następstwie tego stwierdzi, że to jedynie komórka pełna gratów z kontrowersyjną przeszłością.

Ursula Vortag

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

„Odrzut z eksportu”

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

Już miesiąc minął, jak wypadły z zawiasów drzwi kabiny prysznica a ich smutno-szare, plastykowe okruchy rozsypały się po czarnych kafelkach łazienki Lokatorki.

Lokatorka niezwłocznie zgłosiła sprawę do swojego Ubezpieczyciela, bo to była kabina mieszkania, które wynajmowała – więc nie jej rzecz – ubezpieczenie powinno pokryć koszty usunięcia szkody.

Tymczasem ono nie było takie chętne i zwróciło się do spółdzielni mieszkaniowej. Potem pogrążyło się w nieprzeniknionej mgle oczekiwania na odpowiedź, bo i spółdzielnia nie była taka znów rozrzutna – chociaż sprawa niby jasna, ale może jakieś inne rozwiązanie się trafi…

Czas mijał ale jakoś nic się nie trafiało.

Na szczęście w spółdzielni był Cieć – rozważny jak to na ciecia z długoletnią praktyką przystało:

poradził, by sprawę przeciągnąć w czasie, ale ponieważ Ubezpieczyciel naciskał, zaproponował zmienić taktykę i sprytnie podsunął pomysł przekonania Lokatorki:

– najlepiej będzie, jeśli ona sama zgłosi się do nas z prośbą o naprawę – twierdził i sugerował – wtedy my już podsuniemy tej kobiecie pomysł pokrycia kosztów z jej własnej kieszeni.

Jednak nie przewidział jednego, a mianowicie tego, że kobieta potrafi myśleć, a ta, po zakończonej rozmowie z Cieciem, zrobiła małe podsumowanie aktualnego stanu rzeczy – ona, zawierając w swoim czasie umowę ze spółdzielnią mieszkaniową, zobowiązała się regularnie opłacać komorne a w zamian za to spółdzielnia zobowiązała się dostarczyć jej odpowiednio wyposażone, funkcjonalne mieszkanie. Ponieważ uszkodzenie kabiny nastąpiło już po raz drugi i w tym samym miejscu, oznaczać może to jakieś błędne rozwiązanie konstrukcyjne urządzenia. A jeżeli tak jest, to troska o rozwikłanie problemu leży tym bardziej w kompetencjach spółdzielni, która przyzwoliła na instalację tego „odrzutu z eksportu”, tym samym nie wywiązując się z umowy, bo nie zapewniając najemcy swojego mieszkania prawidłowej funkcjonalności tegoż.

Na rozwiązywanie problemów, z którymi boryka się spółdzielnia Lokatorka nie miała specjalnej ochoty.

Żałosne, podsumowała jedynie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Dziesięć przykazań

 

– Nikt nie widział?
– Widział?!

Oj, to nie dobrze, bo teraz trzeba będzie jeszcze raz – tylko bardziej skrycie.
Wartości.
Czy mamy jeszcze wiedzę o nich?
Czy te wartości mają dla nas jeszcze jakąś wartość?
Dla nas mają.
Ale czy przekazujemy ją dalej, następnemu pokoleniu?
Czy może raczej zamykamy się w żalu nad upadkiem tego, co właściwie stanowi podstawę istnienia społeczeństwa? – Niczym ślimak w swojej muszli, kiedy chowa się w niej, reagując w ten sposób na najdrobniejszą wskazówkę o nadchodzącym z zewnątrz, możliwym niebezpieczeństwie.

Dziesięć przykazań.
Powstały przed tysiącami lat i są niemal tak stare, jak żydowski lud.
Mose, który wyprowadził swój lud z Egiptu, uwalniając go w ten sposób od okrucieństw faraona, w pewnym momencie (po długich dniach wędrówki przez pustynię w kierunku ziem przodków) zorientował się, że traci panowanie nad ludem, któremu wycieńczenie dawało się we znaki, idzie na górę, by na osobności zebrać myśli, wymyśla objawienie, tworzy tablice, ryje na nich teksty, które miałyby za zadanie pomóc mu utrzymać lud w ryzach – przynajmniej do momentu dotarcia do „ziemi obiecanej”.
O tym, że to była ostatnia chwila, przekonał się po powrocie, kiedy ujrzał swój lud grabiący i mordujący się nawzajem. Wtedy to – zniechęcony – zniszczył tablice, oznajmiając, że nie ma ochoty opiekować się bandą rozbójników.
Uproszony ogłasza, że wraca do Boga, po radę, ale kiedy wróci, chce zastać w obozie spokój.
Na górze Synaj wyszukuje nowe, przydatne na tablice, kamienie, ponownie ryje w nich zdania, po czym wraca z nimi. Ludziom ogłasza, że tknięty przez Boga został ponownie, odczytuje wersety, nakazuje ich przestrzegać.
Było to dziesięć przykazań. Pierwsze wydanie Praw Obywatelskich.
Znane są one i nam, bo zostały przejęte przez wiele religii świata: katolicką, prawosławną, ewangelicką i są podstawą wychowania każdego młodego człowieka.

©Ursula Vortag

Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Nowy parking

 

…hałas ogromny, huk nieznośny,
drzewa padają podcinane ostrzami elektrycznych pił,
czerwono-krwisty buldożer robi z chaosem porządek, zgarniając nikomu już nie potrzebną zieloność na potężne ciężarówki koloru bliżej nieokreślonego.
Kilka razy musiały one obrócić, zanim usunięte zostało wszystko.
Potem inny, żółty zrywa betonową nawierzchnię.
Wspierają go hydrauliczne młoty.
I znów znalazło się zajęcie dla potężnych, nieokreślonego koloru ciężarówek.
Odjechały.
Na ich miejsce wstąpił walec.
Ten wyrównał.
Wszystko.
Wkrótce i ta ciężka maszyna opuściła podwórze, pozostawiwszy po sobie pustkę, nagle rozjaśnioną jasnym błękitem nieba.
Przez ten błękit słońce przebiło swoje, niczym włos cieniutkie, promienie, a te wtargnęły do mieszkań na parterze, do tej pory przesłoniętych przez cienie rzucane przez korony stuletnich drzew. Z mozołem przeciskały się przez zapuszczone, zaparowane od panującej wewnątrz wilgoci i pleśni, szyby okien.
Przy okazji zajrzały też, przez malutkie piwniczne okienko, do wnętrza ciasnej komórki.
Kiedyś była tam pralnia. Dzień w dzień odwiedzana, zawsze przez któregoś z licznych mieszkańców kamiennicy. Dzisiaj straciła na znaczeniu.
Aktualnie panującym w niej spokojem zainteresował się stary, szary szczur.
Po dokładnej inspekcji pomieszczenia stwierdził, że tutaj może przyjemnie spędzić swój zasłużony czas emeryta.
Tu podobało mu się – z sufitu zwisały długie pajęczyny, jakieś kable plątały się wzdłuż, pokrytych brudno-zielonkawą pleśnią, ścian. Gruzy, kurz, rupiecie. Ciemno, ponuro, swojsko i tajemniczo.
A tu taka niespodzianka.
Nie był kretem, więc słońce aż tak bardzo go nie drażniło, ale mimo wszystko…
nie oczekiwał tej jasności i teraz nie bardzo wiedział, co robić – niby to nie światło latarki, za którym zazwyczaj czai się jego odwieczny wróg, człowiek, ale przecież gdyby on – szczur zamierzał wyjść na słońce, by ogrzać stare kości, to wyszedłby sobie na dwór (przecisnąłby się jednym z krętych, jemu tylko znanych korytarzy tej starej rudery)… blask słoneczny właśnie w tym miejscu… chyba trochę coś tu nie tak jest.
Na wszelki wypadek czmychnął (z szybkością, na jaką mu pozwalały krótkie łapki) w kąt utworzony przez niski, zimny, kaflowy piec (na którym niegdyś gotowano bieliznę) i pobieloną gipsem ścianę.
Z tego ukrycia obserwował, jak słoneczne promienie wesoło chichocząc przeskakują z jednego zakamarka w drugi, co rusz odkrywając grudy starego tynku, który osypał się ze ścian, albo wirują z unoszącymi się w powietrzu drobinkami kurzu.

 

©Ursula Vortag, Germany 2019

Chmury

  • Twój barszczyk jest mało ostry.

Oświadczyła, po czym ogłosiła wszem i wobec, tonem nie uznającym jakiegokolwiek sprzeciwu, że poszuka w internecie przepisu na ostry barszczyk.

  • W Internecie? I co, zaraz też zobaczysz na ekranie smak tego barszczyku? – zauważył złośliwie Mac.

A jednak.

Widziałam, że w ma wielką ochotę uśmiechnąć się, ale nie zrobi tego, by nie rozzłościć siostry, bo ta jego uwaga miała jedynie za zadanie wprowadzenie do przedświątecznej atmosfery niewielkiego elementu mającego ją rozładować. No bo po jakie licho to sztuczne napięcie, obowiązek pogoni za prezentami i te dyskusje o tym, co na stole musi być? Koniecznie! Nie musi. Każda pani domu jest jedyną i niepowtarzalną, jej dom i jej stół jest także jedynym i niepowtarzalnym. Wobec tego faktu nie powinna ona ulegać tym jakimś nieskoordynowanym próbom wpłynięcia na jej osobistą opinię, przeprowadzanym przez obciążonych nadproducyjnością własnych firm przedsiębiorców, którzy, nie za bardzo wiedząc, gdzie z własnym towarem, wykorzystują każdą okazję jego zbytu. Takie rodzinne uroczystości są wspaniałym rynkiem dla nich.

Ale nie nasz stół.

Nie mój stół.

Na wiele spraw poglądy Maca były inne niż jego siostry a i on sam był inny.

Sprawiała to czteroletnia różnica wieku?

Niewielka, ale pozwalająca rodzeństwu, w jego pierwszych latach życia, na indywidualny rozwój.

Bardzo byli za sobą. Mimo, że pokończyli różne szkoły, mimo że nie mieli wspólnych znajomych, także ich życie zawodowe wyglądało zupełnie inaczej – Mac, kierujący prawniczą kancelarią, co prawda jeszcze nie jej szef (ale z widokiem na to stanowisko) i Malvina – krytycznie podchodząca do wszystkiego, co ją otacza i otwarcie komentująca wszystko, to, co ją drażniło.

Ona już była szefową biura, tyle, że transportowego.

Obydwoje pewni swojego zdania, lubiący przeforsowywać je i budzący zaufanie otoczenia.

  • Podobno został opracowany taki specjalny program, umożliwiający odbieranie zapachów przez internet – powiedziała na jej obronę Katarzyna, narzeczona Maca.

A moja córka w podzięce ugryzła ją w rękę:

  • Poważnie? Bo większej bzdury nie słyszałam.
  • A tak, poważnie, i to nie jest jakiś tani kawał aprilisowy – zapewnił Mac, stając po stronie swojej przyszłej i obecnej.

Po czym zaczął objaśniać, że w programie chodzi o konfrontację zmysłów wzroku ze zmysłami smaku, których to źródło znajduje się w odpowiednich obszarach mózgu.

Spojrzałam spod oka na Katarzynę.

Ta wielka, ta ruska nie pomagała i nie tłumaczyła nikogo. Nie oczekiwała też z żadnej strony wsparcia czy obrony swojego zdania – ona brała sobie to, na co akurat miała ochotę, nie zważając na spustoszenie, które za sobą pozostawiała.

Katarzyna Wielka.

Moja synowa była inna – przyjemna, ugodowo nastawiona do całego świata, ze zrozumieniem wszystkich jego problemów.

Dobrali się z Macem wspaniale.

Także i tym razem, przewidując nadciągające chmury, próbowała je zawczasu rozproszyć.

Przyszłam jej na pomoc, bo i ja zauważyłam szarość na horyzoncie:

  • Barszczyk nie musi być i nie będzie.
  • Nie?!

Trochę zdziwiłam się, obserwując ich reakcję.

Ale tak prawdę mówiąc, to niby skąd mieliby wiedzieć, że najlepszą potrawą uświetniającą przyjęcie rodzinne jest zupa grzybowa?

Ja sama nie przykładałam do tej pory wagi do rozmów właśnie na ten temat, bo w moim domu rodzinnym był on sprawą tabu. Bo za zasłonką w salonie ukrywała się minora. Bo ci, co jawnie obnosili się ze swoją tożsamością byli degradowani w społeczeństwie. Nieuznawani przez system.

A to, co przychodziło z zewnątrz mogło być nieścisłe (tak delikatnie sprawę przedstawiając), a mniej delikatnie – po prostu zanieczyszczone, nie koszerne.

Bo, co prawda zakłada się, że źródło jest jedno, ale te tysiące przekazów, różniących się między sobą nie tylko szczegółami ale i sensem tekstu.

A sens tej całej historii był taki, by w swoim czasie wprowadzić rozłam w starym porządku, bo znudził się, bo człowiek potrzebuje zmian.

Owszem, lubi to, co znane, ale od czasu do czasu pozwala sobie na coś nowego, by odmienić punkt spojrzenia na sprawy, z którymi nie daje sobie rady.

Nadeszła pora na zupę grzybową, z lanymi kluskami, ze smażonym sandaczem i sałatką z czerwonej kapusty. Oczywiście kompociku z suszu nie będzie mogło zabraknąć.

I hałki.

No i dreidel.

Koniecznie!

Hanukkah bez dreidla, to nie Hanukkah.

©Ursula Vortag

Patyna

time, Grażyna Hajewski, countess

Nowa, miedziana kopuła dachu „Wiadomości Codziennych” z ryżej stała się blado-turkusową.
Szybko to nastąpiło.
Cztery deszczowe dni przedłużonego weekendu wystarczyły.
– Patyna okryła nasze tajemnice – żartowali pracownicy redakcji gazety – teraz mamy stuprocentową pewność, że nic z tego, co nie powinno, nie wydobędzie się na zewnątrz.
Na pocztę redaktorka zaniosła to, co powinno pójść dalej – korespondencję z parą, co prawda niewielkich, ale istotnych dla prestiżu redakcji, wydawnictw.

Oczywiście, że w czasach dygitalizacji niemal wszystkiego, także i poczta powoli traci na swoim pierwotnym znaczeniu, jako jedynego nośnika przesyłek listowych, ale niekiedy tradycja bierze górą i korzysta się ze starego, jakże zaufanego.

Tym razem też.
Jak tylko redaktorka położyła na blacie wysokiego, pocztowego kontuaru dwie duże, beżowe, A4 koperty, pojawiła się z drugiej strony urzędniczka.
– Zwykłe? – rzuciła krótko, pytająco-stwierdzająco, po czym, nie odczekując odpowiedzi,  z wprawą wzięła jedną po drugiej w dłonie.
Odważa, domyśliła się redaktorka, ciekawe ile lat tu pracuje i ile listów podczas tego okresu czasu miała w dłoniach, po czym potwierdziła przypuszczenie kobiety, dodając jeszcze, że chciałaby kupić kolorowe znaczki na nie i że motyw jest jej obojętny.
– Są u pana obok – odpowiedziała pospiesznie urzędniczka, nie wypuszczając listów z dłoni i dając tym samym ich dotychczasowej właścicielce do zrozumienia, że od tej pory to ona, przedstawicielka poczty, przejmuje pieczę nad nimi, zajęła się wystukiwaniem jakiegoś hasła na klawiaturze swojego computera.
Z niewielkiego urządzenia stojącego obok na blacie lady wysunął się wąski, biały pasek papieru z czarnym nadrukiem. Urzędniczka pospiesznie oderwała go, podzieliła na dwa, po czym każdy z tych nich przyłożyła do leżących przed nią kopert.
– Ale ja przecież prosiłam o kolorowe znaczki – zaprotestowała redaktorka, próbując wyrazić swoją dezaprobatę w możliwie przyjazny sposób.
– Są u pana obok – padło.
– A co stoi tutaj, u pani w okienku? – klientka wskazała na uplasowany przed komputerem urzędniczki, tak, by dobrze rzucał się klientom w oczy, niewielki stojaczek reklamujący jakąś nową kolekcję znaczków.
– To jest seria dziesięciu.
– No to co z tego, przecież każdy z nich możny oddzielić i nalepić na mój list – podpowiedziała redaktorka.
– Ale to są znaczki wartości siedemdziesięciu centów każdy, a pani listy mają większą wartość.
– No, to można wziąć po dwa z nich i dodać jeszcze inny – redaktorka zdziwiła się, bo przedtem była zdania, że wykład o zasadach pracy urzędniczki pocztowej w przypadku jej rozmówczyni jest zbędny…
– kolorowe znaczki dostanie pani u pana obok – pouczyła tamta.
– Ale jeżeli je teraz kupię, nie będę mogła już ich nakleić na te listy – zauważyła redaktorka, wzrokiem wskazując na powody sporu.
– No, nie, bo one zostały już owartościowane  – przyznała rezolutnie pani z okienka. Uśmiechnęła się nawet zwycięsko.

Po czym wyprzedzając świadka swojej niekompetencji w myślach, bo tego nauczyły ją lata pracy tutaj, tego decydowania za klienta (bo on i tak nic nie wie, nie zna się, nie zna tajników wielkiego urzędu) stwierdziła, że wobec tego musi przeprowadzić storno.
W tym momencie powinno klientce zrobić się jej żal i na to właśnie urzędniczka liczyła – na to, że redaktorka machnie ręką i pójdzie sobie, a ona (ważna panienka z okienka) będzie mogła swoją uwagę poświęcić następnemu klientowi. Z pewnością bardziej uległemu.
No i przeliczyła się, bo oszukana kobieta znalazła się w punkcie krytycznym –

niczym chmura wulkanicznego dymu wydobyła się z niej cała gorycz na wszystkich tych, co własne bałaganiarstwo usiłowali wciskać pod płaszczyk uprzejmości innych – lepiej wychowanych, niemalże niewolników wyniesionych z domu rodzinnego zasad dobrego obycia.

Chmura gniewu zwisała chwilę ponad pocztowym kontuarem, by już w następnym momencie, niczym ostry, żrący deszcz skroplonego popiołu zawiści opaść na obydwie zwaśnione damy.
– Proszę – zgodziła się klientka zjadliwie-sucho.

Pani za pocztową ladą bez słowa poodklejała wydruki z kopert.
Na szczęście czas ich istnienia na papierze był krótki i wobec tego zerwanie nie zostawiło większych śladów. Teraz koperty, nagle takie obnażone, smutno leżały przed klientką.

Ta nie zastanawiała się długo, tylko sięgnęła po nie z zamiarem udania się do „pana obok” po kolorowe znaczki.
– Chwileczkę – zatrzymała ją urzędniczka, wystukując jakąś formułkę na klawiaturze swojego komputera.
– Tak? – padło uprzejme.
– Pani otrzyma jeszcze zwrot pieniędzy.
– Ależ ja jeszcze nie zapłaciłam – zastanowiła się redaktorka, spoglądając na trzymaną w dłoni kartę bankową – ale jeśli w ten sposób chce mi pani wynagrodzić swoją nieuprzejmość, to proszę!
Urzędniczka bez słowa odpowiedzi zgniotła w dłoni papierowe wydruki, po czym wpatrzyła się w ekran.
Co tu się dzieje?, myślała klientka, kierując się do „pana obok”.
„Pan obok” stał za innym pocztowym okienkiem, chociaż tak samo wysokim i tak samo ciemno brązowym, wykonanym z masywnego dębowego drzewa, takiego samego, jak cały wystrój tutaj. Jak długo ten urząd już istnieje – w tym miejscu, w tym budynku? Bo mury tej starej kamiennicy, w której ma swoją siedzibę, wskazują na kilkusetletnią tradycję – może nawet od samych początków istnienia poczty tego kraju… czy to stąd ta wyższość niektórych urzędników okazywana maluczkim.
Na to wygląda.
W okienku „pana obok” redaktorka podała listy, po czym ekstra precyzyjnie, wolno i wyraźnie wypowiedziała swoje życzenie:
– Poproszę o dwa znaczki pocztowe o wartości jeden euro czterdzieści pięć centów każdy.
„Pan obok”, postawny, rumiany starszy urzędnik z elegancką siwą bródką a’la Galileo Galilei uśmiechnął się jedynie pod równie siwym oraz równie gęstym wąsem, odebrał od niej cienkie, beżowe przedmioty niedawnej dyskusji, z leżącej przed nim na kontuarze serii znaczków odkleił dwa, by z wprawą przyłożyć je na odpowiednie miejsca na kopertach. W następnym momencie odłożył listy na półkę regału stojącego za jego plecami. Do wysłania. Potem jeszcze wystukał coś na klawiaturze swojego komputera, przyjął opłatę z jej karty bankowej, by, ponownie uśmiechając się pod wąsem, powiedzieć donośnym głosem:
– Dziękuję!
– Dziękuję! – pożegnała się.
Domyśliła się, że to jego „dziękuję” było za dostarczenie tematu na dzisiejszą rodzinną kolację – z wszelką pewnością przysłuchiwał się poprzedniej akcji, bo otwarta hala pocztowa pozwalała na to, by praktycznie wszyscy pracujący w niej urzędnicy byli dobrze poinformowani o przebiegu dnia kolegi „obok”.