Bal

dance, Grażyna Hajewski Germany 2017, drawing ink, pen, paper, no 113817 (3)

“Niech żyje bal!

  • – Nie odmawiaj, gdy proszą do walca!

Orkiestra gra –

innym razem będzie to megance.”

©Ursula Vortag, Germany 2019

Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Patyna

time, Grażyna Hajewski, countess

Nowa, miedziana kopuła dachu „Wiadomości Codziennych” z ryżej stała się blado-turkusową.
Szybko to nastąpiło.
Cztery deszczowe dni przedłużonego weekendu wystarczyły.
– Patyna okryła nasze tajemnice – żartowali pracownicy redakcji gazety – teraz mamy stuprocentową pewność, że nic z tego, co nie powinno, nie wydobędzie się na zewnątrz.
Na pocztę redaktorka zaniosła to, co powinno pójść dalej – korespondencję z parą, co prawda niewielkich, ale istotnych dla prestiżu redakcji, wydawnictw.

Oczywiście, że w czasach dygitalizacji niemal wszystkiego, także i poczta powoli traci na swoim pierwotnym znaczeniu, jako jedynego nośnika przesyłek listowych, ale niekiedy tradycja bierze górą i korzysta się ze starego, jakże zaufanego.

Tym razem też.
Jak tylko redaktorka położyła na blacie wysokiego, pocztowego kontuaru dwie duże, beżowe, A4 koperty, pojawiła się z drugiej strony urzędniczka.
– Zwykłe? – rzuciła krótko, pytająco-stwierdzająco, po czym, nie odczekując odpowiedzi,  z wprawą wzięła jedną po drugiej w dłonie.
Odważa, domyśliła się redaktorka, ciekawe ile lat tu pracuje i ile listów podczas tego okresu czasu miała w dłoniach, po czym potwierdziła przypuszczenie kobiety, dodając jeszcze, że chciałaby kupić kolorowe znaczki na nie i że motyw jest jej obojętny.
– Są u pana obok – odpowiedziała pospiesznie urzędniczka, nie wypuszczając listów z dłoni i dając tym samym ich dotychczasowej właścicielce do zrozumienia, że od tej pory to ona, przedstawicielka poczty, przejmuje pieczę nad nimi, zajęła się wystukiwaniem jakiegoś hasła na klawiaturze swojego computera.
Z niewielkiego urządzenia stojącego obok na blacie lady wysunął się wąski, biały pasek papieru z czarnym nadrukiem. Urzędniczka pospiesznie oderwała go, podzieliła na dwa, po czym każdy z tych nich przyłożyła do leżących przed nią kopert.
– Ale ja przecież prosiłam o kolorowe znaczki – zaprotestowała redaktorka, próbując wyrazić swoją dezaprobatę w możliwie przyjazny sposób.
– Są u pana obok – padło.
– A co stoi tutaj, u pani w okienku? – klientka wskazała na uplasowany przed komputerem urzędniczki, tak, by dobrze rzucał się klientom w oczy, niewielki stojaczek reklamujący jakąś nową kolekcję znaczków.
– To jest seria dziesięciu.
– No to co z tego, przecież każdy z nich możny oddzielić i nalepić na mój list – podpowiedziała redaktorka.
– Ale to są znaczki wartości siedemdziesięciu centów każdy, a pani listy mają większą wartość.
– No, to można wziąć po dwa z nich i dodać jeszcze inny – redaktorka zdziwiła się, bo przedtem była zdania, że wykład o zasadach pracy urzędniczki pocztowej w przypadku jej rozmówczyni jest zbędny…
– kolorowe znaczki dostanie pani u pana obok – pouczyła tamta.
– Ale jeżeli je teraz kupię, nie będę mogła już ich nakleić na te listy – zauważyła redaktorka, wzrokiem wskazując na powody sporu.
– No, nie, bo one zostały już owartościowane  – przyznała rezolutnie pani z okienka. Uśmiechnęła się nawet zwycięsko.

Po czym wyprzedzając świadka swojej niekompetencji w myślach, bo tego nauczyły ją lata pracy tutaj, tego decydowania za klienta (bo on i tak nic nie wie, nie zna się, nie zna tajników wielkiego urzędu) stwierdziła, że wobec tego musi przeprowadzić storno.
W tym momencie powinno klientce zrobić się jej żal i na to właśnie urzędniczka liczyła – na to, że redaktorka machnie ręką i pójdzie sobie, a ona (ważna panienka z okienka) będzie mogła swoją uwagę poświęcić następnemu klientowi. Z pewnością bardziej uległemu.
No i przeliczyła się, bo oszukana kobieta znalazła się w punkcie krytycznym –

niczym chmura wulkanicznego dymu wydobyła się z niej cała gorycz na wszystkich tych, co własne bałaganiarstwo usiłowali wciskać pod płaszczyk uprzejmości innych – lepiej wychowanych, niemalże niewolników wyniesionych z domu rodzinnego zasad dobrego obycia.

Chmura gniewu zwisała chwilę ponad pocztowym kontuarem, by już w następnym momencie, niczym ostry, żrący deszcz skroplonego popiołu zawiści opaść na obydwie zwaśnione damy.
– Proszę – zgodziła się klientka zjadliwie-sucho.

Pani za pocztową ladą bez słowa poodklejała wydruki z kopert.
Na szczęście czas ich istnienia na papierze był krótki i wobec tego zerwanie nie zostawiło większych śladów. Teraz koperty, nagle takie obnażone, smutno leżały przed klientką.

Ta nie zastanawiała się długo, tylko sięgnęła po nie z zamiarem udania się do „pana obok” po kolorowe znaczki.
– Chwileczkę – zatrzymała ją urzędniczka, wystukując jakąś formułkę na klawiaturze swojego komputera.
– Tak? – padło uprzejme.
– Pani otrzyma jeszcze zwrot pieniędzy.
– Ależ ja jeszcze nie zapłaciłam – zastanowiła się redaktorka, spoglądając na trzymaną w dłoni kartę bankową – ale jeśli w ten sposób chce mi pani wynagrodzić swoją nieuprzejmość, to proszę!
Urzędniczka bez słowa odpowiedzi zgniotła w dłoni papierowe wydruki, po czym wpatrzyła się w ekran.
Co tu się dzieje?, myślała klientka, kierując się do „pana obok”.
“Pan obok” stał za innym pocztowym okienkiem, chociaż tak samo wysokim i tak samo ciemno brązowym, wykonanym z masywnego dębowego drzewa, takiego samego, jak cały wystrój tutaj. Jak długo ten urząd już istnieje – w tym miejscu, w tym budynku? Bo mury tej starej kamiennicy, w której ma swoją siedzibę, wskazują na kilkusetletnią tradycję – może nawet od samych początków istnienia poczty tego kraju… czy to stąd ta wyższość niektórych urzędników okazywana maluczkim.
Na to wygląda.
W okienku „pana obok” redaktorka podała listy, po czym ekstra precyzyjnie, wolno i wyraźnie wypowiedziała swoje życzenie:
– Poproszę o dwa znaczki pocztowe o wartości jeden euro czterdzieści pięć centów każdy.
„Pan obok”, postawny, rumiany starszy urzędnik z elegancką siwą bródką a’la Galileo Galilei uśmiechnął się jedynie pod równie siwym oraz równie gęstym wąsem, odebrał od niej cienkie, beżowe przedmioty niedawnej dyskusji, z leżącej przed nim na kontuarze serii znaczków odkleił dwa, by z wprawą przyłożyć je na odpowiednie miejsca na kopertach. W następnym momencie odłożył listy na półkę regału stojącego za jego plecami. Do wysłania. Potem jeszcze wystukał coś na klawiaturze swojego komputera, przyjął opłatę z jej karty bankowej, by, ponownie uśmiechając się pod wąsem, powiedzieć donośnym głosem:
– Dziękuję!
– Dziękuję! – pożegnała się.
Domyśliła się, że to jego „dziękuję” było za dostarczenie tematu na dzisiejszą rodzinną kolację – z wszelką pewnością przysłuchiwał się poprzedniej akcji, bo otwarta hala pocztowa pozwalała na to, by praktycznie wszyscy pracujący w niej urzędnicy byli dobrze poinformowani o przebiegu dnia kolegi „obok”.