Translator’s work

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

This is the trust I have in a client who ask me to translate a text

closely related to his or her privet life.

Ursula Vortag

 

 

 

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

zainteresowanie i szachy

worry, Grażyna Hajewski, countess, oil, canvas, 50x20x2cm, no 1107819cm

„Kobieta potrzebuje zainteresowania…” napisał ktoś na jakimś tam portalu społecznościowym, po czym dodał „… a kiedy je otrzyma, zezwoli swojemu mężczyźnie na partyjkę szachów z kumplem”.
Dobrze ujęte, odpowiedziałam, zastrzegając, że – jeśli pod słowem ZAINTERESOWANIE skrywa się pokaźna gama uczynków służących związkowi a SCHACHY, to hobby, parę chwil dla siebie, mające na celu oderwanie się od problemów dnia codziennego i „zebranie myśli” – coś, co polecałabym każdemu.
©Ursula Vortag, Germany 2019

„Odrzut z eksportu”

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

Już miesiąc minął, jak wypadły z zawiasów drzwi kabiny prysznica a ich smutno-szare, plastykowe okruchy rozsypały się po czarnych kafelkach łazienki Lokatorki.

Lokatorka niezwłocznie zgłosiła sprawę do swojego Ubezpieczyciela, bo to była kabina mieszkania, które wynajmowała – więc nie jej rzecz – ubezpieczenie powinno pokryć koszty usunięcia szkody.

Tymczasem ono nie było takie chętne i zwróciło się do spółdzielni mieszkaniowej. Potem pogrążyło się w nieprzeniknionej mgle oczekiwania na odpowiedź, bo i spółdzielnia nie była taka znów rozrzutna – chociaż sprawa niby jasna, ale może jakieś inne rozwiązanie się trafi…

Czas mijał ale jakoś nic się nie trafiało.

Na szczęście w spółdzielni był Cieć – rozważny jak to na ciecia z długoletnią praktyką przystało:

poradził, by sprawę przeciągnąć w czasie, ale ponieważ Ubezpieczyciel naciskał, zaproponował zmienić taktykę i sprytnie podsunął pomysł przekonania Lokatorki:

– najlepiej będzie, jeśli ona sama zgłosi się do nas z prośbą o naprawę – twierdził i sugerował – wtedy my już podsuniemy tej kobiecie pomysł pokrycia kosztów z jej własnej kieszeni.

Jednak nie przewidział jednego, a mianowicie tego, że kobieta potrafi myśleć, a ta, po zakończonej rozmowie z Cieciem, zrobiła małe podsumowanie aktualnego stanu rzeczy – ona, zawierając w swoim czasie umowę ze spółdzielnią mieszkaniową, zobowiązała się regularnie opłacać komorne a w zamian za to spółdzielnia zobowiązała się dostarczyć jej odpowiednio wyposażone, funkcjonalne mieszkanie. Ponieważ uszkodzenie kabiny nastąpiło już po raz drugi i w tym samym miejscu, oznaczać może to jakieś błędne rozwiązanie konstrukcyjne urządzenia. A jeżeli tak jest, to troska o rozwikłanie problemu leży tym bardziej w kompetencjach spółdzielni, która przyzwoliła na instalację tego „odrzutu z eksportu”, tym samym nie wywiązując się z umowy, bo nie zapewniając najemcy swojego mieszkania prawidłowej funkcjonalności tegoż.

Na rozwiązywanie problemów, z którymi boryka się spółdzielnia Lokatorka nie miała specjalnej ochoty.

Żałosne, podsumowała jedynie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Dziesięć przykazań

 

– Nikt nie widział?
– Widział?!

Oj, to nie dobrze, bo teraz trzeba będzie jeszcze raz – tylko bardziej skrycie.
Wartości.
Czy mamy jeszcze wiedzę o nich?
Czy te wartości mają dla nas jeszcze jakąś wartość?
Dla nas mają.
Ale czy przekazujemy ją dalej, następnemu pokoleniu?
Czy może raczej zamykamy się w żalu nad upadkiem tego, co właściwie stanowi podstawę istnienia społeczeństwa? – Niczym ślimak w swojej muszli, kiedy chowa się w niej, reagując w ten sposób na najdrobniejszą wskazówkę o nadchodzącym z zewnątrz, możliwym niebezpieczeństwie.

Dziesięć przykazań.
Powstały przed tysiącami lat i są niemal tak stare, jak żydowski lud.
Mose, który wyprowadził swój lud z Egiptu, uwalniając go w ten sposób od okrucieństw faraona, w pewnym momencie (po długich dniach wędrówki przez pustynię w kierunku ziem przodków) zorientował się, że traci panowanie nad ludem, któremu wycieńczenie dawało się we znaki, idzie na górę, by na osobności zebrać myśli, wymyśla objawienie, tworzy tablice, ryje na nich teksty, które miałyby za zadanie pomóc mu utrzymać lud w ryzach – przynajmniej do momentu dotarcia do „ziemi obiecanej”.
O tym, że to była ostatnia chwila, przekonał się po powrocie, kiedy ujrzał swój lud grabiący i mordujący się nawzajem. Wtedy to – zniechęcony – zniszczył tablice, oznajmiając, że nie ma ochoty opiekować się bandą rozbójników.
Uproszony ogłasza, że wraca do Boga, po radę, ale kiedy wróci, chce zastać w obozie spokój.
Na górze Synaj wyszukuje nowe, przydatne na tablice, kamienie, ponownie ryje w nich zdania, po czym wraca z nimi. Ludziom ogłasza, że tknięty przez Boga został ponownie, odczytuje wersety, nakazuje ich przestrzegać.
Było to dziesięć przykazań. Pierwsze wydanie Praw Obywatelskich.
Znane są one i nam, bo zostały przejęte przez wiele religii świata: katolicką, prawosławną, ewangelicką i są podstawą wychowania każdego młodego człowieka.

©Ursula Vortag

Słownik

Panu Prof. Janowi Miodkowi i Pani Dr Justynie Janus-Konarskiej dziękuję bardzo za dedykowany mi “Słownik polsko@polski z Miodkiem”!
Wczoraj dotarł do mnie.
Z wielką ostrożnością wymuskałam niedużą książkę z białej, wielowarstwowej koperty, zabezpieczającej ją przed trudami pocztowej drogi z Polski, z Wrocławia – ze znajdującego się tam, usytuowanego w kuluarach biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, studia audycji “Słownik polsko@polski z Miodkiem”, w której ostatnio miałam niewątpliwy zaszczyt jako gość (via skype) uczestniczyć. W tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję reżyserowi audycji, Panu Dariuszowi Dynerowi za zaproszenie!
Uprzejmie-pouczająco uśmiechający się z okładki “Słownika” profesor Miodek już zawsze będzie mi przypominał o tym, inspirującym mnie w moich dalszych studiach nad emigracją, wydarzeniu.
Niezwłocznie przystąpiłam do lektury, a już pierwsze strony książki wskazały na fakt, że będzie on mi wielką pomocą, bo tak, jak kultywowany także poza granicami kraju język ojczysty, również emigracja ulega rozwojowi – nieustannie wzbogacana o nowe doznania, ewoluowuje, przystosowując nieco swoje życie do wymagań obcych kultur oraz aktywnie wpływając na nie…

cdn.

©Grażyna Hajewski, Germany 2019
PS:  Właśnie pracuję nad powieścią, której główny wątek osnuty jest na kanwie życia na obczyźnie.

Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Mój udział w audycji „Słownik polsko@polski”

wroclaw_university_library_digitizing_rare_archival_texts

Udział w audycji „Słownik polsko-polski”

Dwudziesty pierwszy wiek, wszechobecny internet, połączenia video via skype, umożliwiają niemal bezpośrednią komunikację Polakom po całym świecie rozsianym, Polonusom oraz wszystkim innym ludziom o polskich korzeniach a zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami, w których udział biorą ich rodacy.

Jednym z takich wydarzeń jest audycja „Słownik polsko-polski” – znany program propagujący ich język ojczysty z uwzględnieniem zasad jego kultury, poprawnej wymowy, ortografii i pisowni.

Do mnie zaproszenie do udziału w programie przyszło w mailu.
Potem nastąpiło uzgodnienie terminu, przygotowania, podczas których starałam się nie ulegać rosnącej we mnie, paraliżującej świadomości faktu, że udział w tak prestiżowym programie jest również podkreśleniem mojej wartości w oczach wszystkich, związanych ze mną tak zawodowo, jak i prywatnie, bo to taka niecodzienna sytuacja, jaką jest spotkanie z ikoną polskiej mowy, wyrocznią od lat poświęcającą się krzewieniu kultury mojego ojczystego języka.
Udział w programie oznaczał współpracę z reżyserem audycji, który zadbał o wizję i fonię, ja musiałam zatroszczyć się jedynie o to, by dobrze wypaść… „być po prostu sobą”, jak podsunęła mi znajoma artystka-malarka, która już niejednokrotnie gościła w „Słowniku polsko@polskim, a którą poprosiłam o wskazówkę.
Dwunastego stycznia nastąpiło nagranie. Zgadzało się wszystko; pytałam o ‚przecinek w zdaniu’, sprawę na pozór niezbyt skomplikowaną, ale mogącą czasem przyprawić o lekki zawrót głowy, jeżeli (tak jak to jest w moim przypadku) niemal na co dzień operuje się trzema językami.
Pan profesor odpowiadał bardzo rzeczowo, wyjaśniając zawiłości języka i wspólnie z panią dr. Justyną Janus-Konarską postanowił uhonorować mój udział, dedykowanym mi osobiście, najnowszym wydaniem „Słownika polsko@polskiego z Miodkiem”.

Wyżej opisana audycja ukaże się na ekranie TVP 09.lutego br. o godz. 17:00.

Patyna

time, Grażyna Hajewski, countess

Nowa, miedziana kopuła dachu „Wiadomości Codziennych” z ryżej stała się blado-turkusową.
Szybko to nastąpiło.
Cztery deszczowe dni przedłużonego weekendu wystarczyły.
– Patyna okryła nasze tajemnice – żartowali pracownicy redakcji gazety – teraz mamy stuprocentową pewność, że nic z tego, co nie powinno, nie wydobędzie się na zewnątrz.
Na pocztę redaktorka zaniosła to, co powinno pójść dalej – korespondencję z parą, co prawda niewielkich, ale istotnych dla prestiżu redakcji, wydawnictw.

Oczywiście, że w czasach dygitalizacji niemal wszystkiego, także i poczta powoli traci na swoim pierwotnym znaczeniu, jako jedynego nośnika przesyłek listowych, ale niekiedy tradycja bierze górą i korzysta się ze starego, jakże zaufanego.

Tym razem też.
Jak tylko redaktorka położyła na blacie wysokiego, pocztowego kontuaru dwie duże, beżowe, A4 koperty, pojawiła się z drugiej strony urzędniczka.
– Zwykłe? – rzuciła krótko, pytająco-stwierdzająco, po czym, nie odczekując odpowiedzi,  z wprawą wzięła jedną po drugiej w dłonie.
Odważa, domyśliła się redaktorka, ciekawe ile lat tu pracuje i ile listów podczas tego okresu czasu miała w dłoniach, po czym potwierdziła przypuszczenie kobiety, dodając jeszcze, że chciałaby kupić kolorowe znaczki na nie i że motyw jest jej obojętny.
– Są u pana obok – odpowiedziała pospiesznie urzędniczka, nie wypuszczając listów z dłoni i dając tym samym ich dotychczasowej właścicielce do zrozumienia, że od tej pory to ona, przedstawicielka poczty, przejmuje pieczę nad nimi, zajęła się wystukiwaniem jakiegoś hasła na klawiaturze swojego computera.
Z niewielkiego urządzenia stojącego obok na blacie lady wysunął się wąski, biały pasek papieru z czarnym nadrukiem. Urzędniczka pospiesznie oderwała go, podzieliła na dwa, po czym każdy z tych nich przyłożyła do leżących przed nią kopert.
– Ale ja przecież prosiłam o kolorowe znaczki – zaprotestowała redaktorka, próbując wyrazić swoją dezaprobatę w możliwie przyjazny sposób.
– Są u pana obok – padło.
– A co stoi tutaj, u pani w okienku? – klientka wskazała na uplasowany przed komputerem urzędniczki, tak, by dobrze rzucał się klientom w oczy, niewielki stojaczek reklamujący jakąś nową kolekcję znaczków.
– To jest seria dziesięciu.
– No to co z tego, przecież każdy z nich możny oddzielić i nalepić na mój list – podpowiedziała redaktorka.
– Ale to są znaczki wartości siedemdziesięciu centów każdy, a pani listy mają większą wartość.
– No, to można wziąć po dwa z nich i dodać jeszcze inny – redaktorka zdziwiła się, bo przedtem była zdania, że wykład o zasadach pracy urzędniczki pocztowej w przypadku jej rozmówczyni jest zbędny…
– kolorowe znaczki dostanie pani u pana obok – pouczyła tamta.
– Ale jeżeli je teraz kupię, nie będę mogła już ich nakleić na te listy – zauważyła redaktorka, wzrokiem wskazując na powody sporu.
– No, nie, bo one zostały już owartościowane  – przyznała rezolutnie pani z okienka. Uśmiechnęła się nawet zwycięsko.

Po czym wyprzedzając świadka swojej niekompetencji w myślach, bo tego nauczyły ją lata pracy tutaj, tego decydowania za klienta (bo on i tak nic nie wie, nie zna się, nie zna tajników wielkiego urzędu) stwierdziła, że wobec tego musi przeprowadzić storno.
W tym momencie powinno klientce zrobić się jej żal i na to właśnie urzędniczka liczyła – na to, że redaktorka machnie ręką i pójdzie sobie, a ona (ważna panienka z okienka) będzie mogła swoją uwagę poświęcić następnemu klientowi. Z pewnością bardziej uległemu.
No i przeliczyła się, bo oszukana kobieta znalazła się w punkcie krytycznym –

niczym chmura wulkanicznego dymu wydobyła się z niej cała gorycz na wszystkich tych, co własne bałaganiarstwo usiłowali wciskać pod płaszczyk uprzejmości innych – lepiej wychowanych, niemalże niewolników wyniesionych z domu rodzinnego zasad dobrego obycia.

Chmura gniewu zwisała chwilę ponad pocztowym kontuarem, by już w następnym momencie, niczym ostry, żrący deszcz skroplonego popiołu zawiści opaść na obydwie zwaśnione damy.
– Proszę – zgodziła się klientka zjadliwie-sucho.

Pani za pocztową ladą bez słowa poodklejała wydruki z kopert.
Na szczęście czas ich istnienia na papierze był krótki i wobec tego zerwanie nie zostawiło większych śladów. Teraz koperty, nagle takie obnażone, smutno leżały przed klientką.

Ta nie zastanawiała się długo, tylko sięgnęła po nie z zamiarem udania się do „pana obok” po kolorowe znaczki.
– Chwileczkę – zatrzymała ją urzędniczka, wystukując jakąś formułkę na klawiaturze swojego komputera.
– Tak? – padło uprzejme.
– Pani otrzyma jeszcze zwrot pieniędzy.
– Ależ ja jeszcze nie zapłaciłam – zastanowiła się redaktorka, spoglądając na trzymaną w dłoni kartę bankową – ale jeśli w ten sposób chce mi pani wynagrodzić swoją nieuprzejmość, to proszę!
Urzędniczka bez słowa odpowiedzi zgniotła w dłoni papierowe wydruki, po czym wpatrzyła się w ekran.
Co tu się dzieje?, myślała klientka, kierując się do „pana obok”.
„Pan obok” stał za innym pocztowym okienkiem, chociaż tak samo wysokim i tak samo ciemno brązowym, wykonanym z masywnego dębowego drzewa, takiego samego, jak cały wystrój tutaj. Jak długo ten urząd już istnieje – w tym miejscu, w tym budynku? Bo mury tej starej kamiennicy, w której ma swoją siedzibę, wskazują na kilkusetletnią tradycję – może nawet od samych początków istnienia poczty tego kraju… czy to stąd ta wyższość niektórych urzędników okazywana maluczkim.
Na to wygląda.
W okienku „pana obok” redaktorka podała listy, po czym ekstra precyzyjnie, wolno i wyraźnie wypowiedziała swoje życzenie:
– Poproszę o dwa znaczki pocztowe o wartości jeden euro czterdzieści pięć centów każdy.
„Pan obok”, postawny, rumiany starszy urzędnik z elegancką siwą bródką a’la Galileo Galilei uśmiechnął się jedynie pod równie siwym oraz równie gęstym wąsem, odebrał od niej cienkie, beżowe przedmioty niedawnej dyskusji, z leżącej przed nim na kontuarze serii znaczków odkleił dwa, by z wprawą przyłożyć je na odpowiednie miejsca na kopertach. W następnym momencie odłożył listy na półkę regału stojącego za jego plecami. Do wysłania. Potem jeszcze wystukał coś na klawiaturze swojego komputera, przyjął opłatę z jej karty bankowej, by, ponownie uśmiechając się pod wąsem, powiedzieć donośnym głosem:
– Dziękuję!
– Dziękuję! – pożegnała się.
Domyśliła się, że to jego „dziękuję” było za dostarczenie tematu na dzisiejszą rodzinną kolację – z wszelką pewnością przysłuchiwał się poprzedniej akcji, bo otwarta hala pocztowa pozwalała na to, by praktycznie wszyscy pracujący w niej urzędnicy byli dobrze poinformowani o przebiegu dnia kolegi „obok”.

Na Marsa z nim!

the irresitible, Grazyna Hajewski countess, Germany 2017, watercolor, paper 29,7x21cm no 110917

„w miarę jedzenia apetyt rośnie”
to też według starego porzekadła.
Zastanawiającym jest fakt, że nie straciło ono na aktualności – mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko to, co on nam przyniósł: wysoko rozwiniętą technikę w każdym niemal zakresie – od urządzeń domowego użytku poczynając a na precyzyjnych instrumentach medycznych kończąc. Mimo, że mamy stację orbitalną, sputniki, sondy przemierzające dalekie zakątki kosmosu i dostarczające nam wiadomości o jego tajemnicach; mimo że planujemy osiedle na Marsie.
Kogo my tam wyślemy?
Może tych, co coś przeskrobali. Tych, którym prawo cywilne na ziemi nie odpowiadało.
Taka kolonia tych, co z prawem na bakier” – to nawet dobrze brzmi.

Poza tym przykład Australii dowodzi, że tego typu eksperyment ma bardzo duże szanse na powodzenie.
Tam, wysoko, będą rządzili się własnymi prawami.
Prawami Marsa.

A kto ich nie będzie przestrzegał, wyleci w Kosmos.
Dosłownie – zostanie wykluczony z towarzystwa, wypchnięty poza bogatą w tlen strefę życia a w żrącej atmosferze czerwonej planety nie przeżyje dłużej niż dwie sekundy. Słabe przyciąganie natomiast nie utrzyma go na jej powierzchni.
Tak, bo więźniowie, jak każda inna wspólnota, natychmiast ustanowią jakieś prawa.
Surowe, jak oni sami i jak oni sami bezwzględne.
Będzie to niezbędne dla utrzymania statusu dowodzącego grupą oraz statusu jej członków, no i warunkiem przeżycia, wykorzystania szansy, która im się nadarzyła, a ten, kto tę szansę zbezcześci stanie się banitą.
Czy będą tam mieli do czynienia z aktualnymi osiągnięciami techniki?
Co za pytanie – oczywiście, że tak, bo od niej będzie zależało ich przeżycie tam.
I właśnie ta chęć przeżycia spowoduje, że opanują wszelkie skomplikowane nowości w okamgnieniu.
A co będzie im brakowało, „pożyczą” sobie od innych. I tak rozwinie się marsjański półświatek. Wspaniale. Już widzę oczyma wyobraźni to całe marsjańskie towarzystwo.
Chciałabym być świadkiem tego.

©Ursula Vortag, Germany 2018

Ukraść Księżyc

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Blackboard of Magic

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18
Blackboard of Magic,
The interior of the crystal,
The Abyss of Black,
The blue vapor.

A new banner
in pixels contens
Extract the Essences
of our Lives:

Parting Bitterness,
Joy of existence,
Insulting content,
A burst of memories.

© Ursula Vortag, Germany 2018

Przed

 

chrismas fable, s.palaice, Grażyna Hajewski, countess, Grmany, acral, oil, canvas, 30x30cm, no 113114.17

…panna młoda przejmuje się bardzo, bo w ostatniej chwili okazało się, że dekoratorka nie te kwiaty zamówiła, co trzeba; pan młody mniej, bo on ze Śląska, więc przyzwyczajony do tego, że kobiety w rodzinie załatwiają wszystko, co na powierzchni ziemi. Ale też chciałby, by to całe zamieszanie już się skończyło. I to dobrze.

Właściwie robi to wszystko jedynie dla swojej mamy, bo ona chce widzieć najstarszego na ślubnym kobiercu. No i zobaczy.

Jemu samemu krótka wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego zupełnie by wystarczyła.

Teraz wolałby już widzieć siebie siedzącego wygodnie w samolocie do Australii, bo tam właśnie młodzi małżonkowie planują spędzić miodowy czas. Pośród kangurów. A jeśli będzie im dane opuścić hotelowy pokój, to może porzucają sobie bumerangiem, albo uda im się wspiąć na świętą górę Aborygenów…

Wspinaczka – to jest to, o czym od dawna marzył.

Razem z przyszłą żoną zdobył już Kilimandżaro a i inne K-s były im nieobce, ale australijska góra jeszcze nie. A warto ją zaliczyć – jakby na posumowanie pewnej ery. Ery swobody i wolności, bo później, kiedy na świecie pojawią się maluchy, nie tak od razu będzie można ponowić kontynuację pełnych przygód lat. A musi przyznać, że razem z wybranką swojego serca przeżył już wiele. Tak wiele, że teraz w stu procentach był pewien, iż postanowienie spędzenia reszty życia wspólnie jest bardzo dobrym postanowieniem.

Gdyby tylko mamusia nie patrzyła na Iwonę tak surowo.

Jeszcze do niedawna niepodzielnie królowała w jego sercu.

Ale może być pewna, że pozostanie tam na zawsze, tylko mogłaby ustąpić choć trochę miejsca swojej synowej. Przecież jest mądrą kobietą i wie, że wiek ma swoje prawa, że ożenek jej syna to sprawa naturalna i nieunikniona.

Właściwie to to wesele mogłoby odbyć się w Polsce, bo tam taniej i w związku z tym na więcej można sobie pozwolić, ale taki obrót sprawy oznaczałby przewagę mamusi, bo to ona praktycznie zajęłaby się całą inscenizację wesela, jako że zna język, teren i dysponuje adekwatnymi znajomościami. Dlatego też pewnie Iwona uparła się, by uroczystość zaślubin zorganizować tutaj – jako okazję do wykazania się i udowodnienia przyszłej teściowej, że jest równie gospodarna i zapobiegliwa jak ona.

Mimo tych wszystkich wpadek, mimo zapominalstwa dekoratorki, która ma podobno jeszcze dwa inne wesela do obsłużenia – ale co to ją Iwonę, właściwie obchodzi. Płaci tej kobicie za wykonanie konkretnej rzeczy (w dodatku wcale niemało), więc niech pokaże, że na te pieniądze rzeczywiście zapracowała. A tu – jak można nie tylko kolor kwiatów pomylić ale i gatunek!

Mama Iwony poradziła jej nie przejmować się tak bardzo.

To są naprawdę mało istotne drobiazgi a za kilka lat będziesz dziecko zaśmiewać się z tych drobnych wpadek – mówiła i zapewniała – ty jest tą najważniejszą osobą, królową całej uroczystości, więc dbaj o to byś właśnie ty bardzo dobrze wypadła.

 ©Ursula Vortag, Germany 2018, z cyklu „Karnawał niedyskrecji”

 

 

 

 

Kaprys

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Prawda

Powiedz mi, co masz z tego,
Że, co innych, to zabierasz,
Obcą wartość masz za swoją
I znieważasz, poniewierasz?

Nic dla cię dekalogu treść –
Dumne słowa a tekst mądry,
Bo to Mojżesz, on posłańcem –
Głosem Twórcy rozsądnym.

Wiedza twa pomierna –
Lekkiej niefrasobliwości serce! 
Aczkolwiek prawda wciąż żywa –
Jak Kuba Bogu, tak – vice versa.

©Ursula Vortag, Germany 2018

 

 

Efekt Dopplera

Kto by pomyślał, że tyle można z wysokości własnego tarasu zaobserwować. I że to wszystko, co zauważone, może być interesującym…
Taras – wspaniały wynalazek. Obstawałam przy nim, szukając nowego kącika dla siebie.

Było to rok temu z górą, kiedy w pewnym momencie stwierdziłam, że nadszedł czas na zmianę tapet. Wizję swojego nowego mieszkania miałam już gotową. I nie chciałam absolutnie zgodzić się na jakiekolwiek kompromisy. „Moja droga” słyszałam ze wszystkich stron, „nie można mieć wszystkiego, bądź bardziej elastyczną”.
Nie chciałam. Nie. Bo niby i dlaczego? Ostatecznie to moje życie i mam prawo tak je urządzić, jak mi się podoba. To gwarantuje mi prawo.
No i ostałam przy swoim – mieszkam blisko centrum i mam wymarzony taras.
Mieszkanie jest na czwartym piętrze.
A że bez windy? Że pod dachem?…
Ach – dla mnie to żaden problem, bo na kondycję nie narzekałam nigdy a jeszcze zanim zaczęłam pracować jako instruktor gimnastyki zdrowotnej, wiedziałam, że ruch to zdrowie. Taras znajduje się na dachu budynku i jest wyłącznie do mojej dyspozycji, bo wyjście nań prowadzi jedynie z mojego mieszkania. Że podłoga tarasu, będąca jednocześnie dachem nie prezentowała się najlepiej – no cóż – położyłam na niej szarą wykładzinę trawnik i problem natury wizualnej zniknął. Później pozostało mi jedynie  brzegi tarasu ozdobić kwiatami w donicach, rozpiąć parasol ponad drewnianym stolikiem, przystawić krzesełka-składaki i czekać na pogodę. Świetnie! Lepiej być nie mogło.
Dzisiejszy piękny, słoneczny dzień zaskoczył wszystkich – nawet telewizyjna „pogodynka” zwijała się i skręcała, usiłując wytłumaczyć fenomen.
A miała z czego, bo jeszcze wczoraj zapewniała zrezygnowanym głosem, że trwające prawie od tygodnia ulewy przeciągną się także na następny okres. Tymczasem w nocy wiatr zmienił kierunek i o poranku przywitało nas ciepłe, różane niebo. Jutrzenka.  Wyszłam na taras z surfbookiem i rozgościłam się w pobliżu purpurowym kwieciem obrzuconych petunii. Lubię pracować w ciszy wczesnego poranka, jeszcze zanim da o sobie znak wielkomiejski ruch…

Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – niespodziewanie wdarły się w przestrzeń pode mną głośne, równomiernie skandujące słowa rapera. Zawirowały z niekontrolowaną prędkością w długiej szyi leja tajfunu, jaki utworzył się w wyniku nagłego zakłócenia teoretycznej pustki wypełniającej przepastną czeluść podwórza, by już po chwili, opuścić go i wysypać się na moim tarasie.

Dotarły w każdy jego zakątek.
Słowa rapera…
jakiegoś tam, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co nadpłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziałby ktoś wcześniej. Zalali Europę, bo niby to nieszczęście u nich.
Tak, wiemy o tym, współczujemy z całego serca i chcemy pomóc. Tam.
Tymczasem ktoś niekompetentny rozporządził inaczej i zaoferował ofiarom nieszczęścia pomoc tutaj.
No i mamy teraz klops, bo zwolennicy pewnej drażliwej „organizacji” skorzystali z okazji i zabrali się z potrzebującymi, fundując nam w podzięce wyprawę krzyżową.
Autostopem.
Modnie i na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały samochód, z którego radia, przez otwarte okna, wydobywają się te obłędne dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Kurczowo trzymający się kierownicy Arab, głęboko wierząc, że wyprowadzi go ona z dusznego, peryferyjnego osiedla na jeszcze bardziej zagęszczoną zabudowę centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Wreszcie – niechętnie ulegając natarczywemu zdecydowaniu młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje.
Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz – jedynie to pozostawił po sobie, znikając w oddali.
Głos rappera stawał się coraz niższy, jakby głębszy, by chwilę później kompletnie zaniknąć, potwierdzając istnienie uznanego przez cywilizację dwudziestego pierwszego wieku efektu Dopplera.
Gdyby tak i pozostali zechcieli na naszym kontynencie pozostawić po sobie jedynie kurz…

© Ursula Vortag, Germany 2018