Sport a corona

„… niech się dzieje wola Nieba!

Z nią się zawsze zgadzać trzeba.“ głosił Rejent Milczek, „Zemsta”, Aleksander Fredro

Już drugi rok pandemii mija.

Rozrosła się zaraza, dojrzała – już nie jest tym niezdarnie pełzającym, bladoróżowym pędrakiem z przełomu lat 2019 – 2020. W międzyczasie opuściła swój kokon a teraz rozwija skrzydła niczym tłusta, bura ćma. Chwilami zdaje się być pokonaną, bo medycyna chroniąc ludzkość, wypuszcza na rynek coraz to nowe środki przeciw niej. Wówczas zdaje się wycofywać. Jednak te zwodnicze momenty trwają krótko, coraz krócej – corona podnosi się i ze zdwojoną siłą uderza o jasno oświetlone szyby okien naszych domów. A może by tak zgasić te lampy? Może, kiedy zabraknie źródła pobudzającego ją do życia – zginie… ta ćma…

Zbliża się zima przełomu lat 2021/2022.

To według gregoriańskiego. Według żydowskiego będzie to już druga połowa Kisleva 5782 roku. Już teraz tak dzienne jak i nocne temperatury utrzymują się w tym zakątku Europy blisko punktu zerowego. Oczywiście mam tu na myśli skalę Celsjusza, bo według Fahrenheita albo i Kelwina miałyby inną wartość, co nie zmienia faktu, że jest – choć orzeźwiająco to jednak dokuczliwie zimno.

Przypuszczając, że zapowiada się przyjemny, prawdziwie zimowy okres, taki z zaspami i zasypanymi śniegiem rowerowymi ścieżkami (jednym słowem – wymarzony czas na narty) wyciągnęłam ze schowka swoje biegówki. Ostatni raz miałam je na nogach w zeszłym roku. Wtedy też musiałam pożegnać się z butami tego kompletu, bo ich trwający blisko dwadzieścia lat czas funkcjonowania niestety dobiegł końca. I tak długo wytrzymały, ale to „Salomony” co mówi samo za siebie. Pozytywnym był jedynie fakt, że rozleciały się pod koniec sezonu a nie na jego początku.

Wówczas rozsypujące się w palcach plastykowe resztki wyrzuciłam na śmietnik i więcej nie zaprzątałam sobie problemem głowy.

Dzisiaj, na kilka dni przed Chanuką, chcąc uczcić dzień wyzwolenia żydowskiej świątyni spod greckiego jarzma niewielkim prezentem – być też może wypadem w Alpy, postanowiłam zatroszczyć się o skompletowanie swojego wyposażenia narciarskiego.

W Sklepie Sportowym ekspedient tegoż poinformował mnie uprzejmie i niezobowiązująco, że umocowany na moich biegówkach typ wiązań wyszedł już z obiegu, co w praktyce oznaczało nie tylko kupno nowych butów ale i kupno praktycznie całego kompletu w postaci: biegówki, wiązania, buty i kijki.

Niezbyt byłam tym faktem zbytnio zachwycona, bo oznaczał on nieco większy wydatek niż zaplanowany, ale tak z drugiej strony na sprawę patrząc – czemu ten sprzedawca jest winien? Handluje tym co ma. Jakby miał buty pasujące do starego typu wiązań, to z pewnością by je chętnie sprzedał.

– No dobrze, jeśli tak sprawy stoją… – zgodziłam się nie namyślając się długo.

– Ale my nie mamy na składzie biegówek lecz jedynie narty zjazdowe – zastrzegł się.

– To wobec tego chciałabym złożyć zamówienie – powiedziałam uśmiechając się uprzejmie do niego.

Na to ekspedient podrapał się w głowę a potem oznajmił, że porozumie się z szefem:

– On jest lepiej obeznany w temacie – zapewnił mnie jeszcze, po czym przyłożył do ucha swój smartfon. Krótko porozumiał z kimś po drugiej stronie łącza, wyrzucając przed siebie kilka tajemniczo brzmiących pojęć – takich jak: klientka, zamówienie, nie wiem co robić, a następnie rozłączył się, by pospiesznie oddalić w głąb sklepu.

Widziałam jak stojąc w odpowiedniej odległości obserwował nadejście swojego szefa.

Ten pojawił się z niewielkim tabletem w dłoni.

Wysoki i wysportowany… sprawiał wrażenie człowieka, który każdą wolną chwilę spędzał w Alpach. Oczywiście w czasach sprzed pandemii…

Położył swój przenośny komputerek na blacie wysokiego kontuaru, przy którym stałam a następnie wywołał na jego ekranie oficjalną stronę Sportowca (firmy do której ten sklep należał) z szeregami aktualnie dostępnych na rynku wyposażeń narciarskich. Pospiesznie przewinął wizerunki biegówek, butów, wiązań i kijków. Wszystko to w ciemnych, ostrzegawczych kolorach, błyszczące nowością i na pierwszy rzut oka zdające się być dużo lepszym wyposażeniem niż to moje – dwudziestoletnie.

By przekonać mnie o wyższości nowych rozwiązań nad starymi, zaprezentował mi również krótki filmik ukazujący jak sprawdzają się one w praktyce.

– Dobrze, dziękuję, już zdecydowałam się dokonać zamówienia – skomentowałam ten pokaz nieco zdziwiona. Potem dodałam, że chciałabym jedynie przed transakcją dokładniej przyjrzeć się wskazanym przez niego modelom.

– Oczywiście, zgodził się, po czym dodał, że tak prawdę mówiąc, to oni są zobowiązani do wyprzedaży przede wszystkim tego, co aktualnie mają na stanie i właściwie nie wolno im zamawiać nic dodatkowego. Następnie dał mi adres innego, dużo Mniejszego Sklepu Sportowego, zapewniając, że prowadzi wyłącznie wyposażenie narciarskie, co może oznaczać, że być może akurat znajduje się tam na składzie to, co pani potrzebuje. Dodał jeszcze, że zwłaszcza kupna butów lepiej jest dokonać bezpośrednio, z przymiarką na miejscu.

Ekspedient w Mniejszym Sklepie Sportowym poinformował mnie uprzejmie, że nowego sprzętu narciarskiego a w tym i biegówek już od dłuższego czasu (praktycznie od początków pandemii, bo objęte nią kraje nie produkują) nie otrzymują, po czym wskazując dłonią na stojące wzdłuż ścian pomieszczenia regały, na których zalegały resztki zjazdowych larów i penatów powiedział, że zobowiązany jest do wysprzedaży tego, co ma na na składzie a zamawiać mu nic nowego nie wolno.

– Co się tu dzieje? – zapytałam samą siebie nieco podirytowana, kiedy z niczym opuszczałam sklep – przecież chyba niemożliwym jest zamknięcie wszystkich punktów z artykułami sportowymi w mieście. Jak tu wzmacniać własny system immunologiczny w obronie przed coroną, kiedy nie można uprawiać sportu!?

Pozwolić tej tłustej ćmie wziąć górę?!

u.v.

Myśl

Właściwie przyjechałam tutaj z zamiarem kontynuowania pracy nad swoim aktualnym projektem, którym jest video na temat malowania portretu w oleju – tak o jego tworzeniu od podstaw, to znaczy od momentu powstania samej idei.

Obecnie znajduję się na etapie formułowania tekstu, mającego opisać każdy poszczególny krok mojej pracy nad portretem.

Tego typu zajęcie wymaga bardzo dużej koncentracji, a jak podpowiada mi doświadczenie – tę mogę osiągnąć jedynie, mając wokół siebie otoczenie nie zakłócone jakimkolwiek zbędnym hałasem.

Takież miałam nadzieję znaleźć w miejskim parku a ponieważ przyjemna, słoneczna pogoda sprzyjała mojemu zamiarowi – spakowałam rowerową torbę wkładając do niej tabliczkę z niezbędnymi notatkami, długopis, okulary oraz iPhona ze zgromadzonym nań materiałem dokumentacyjnym, po czym wyruszyłam na poszukiwanie oazy spokoju.

Tę zamierzałam znaleźć nad brzegiem przepływającej przez miasto rzeki, jednak kiedy dojechałam do wiodącej tam rowerowej ścieżki, okazało się, że jest ona zamknięta dla ruchu ze względu na przeprowadzane jakieś bliżej nieokreślone (ale z pewnością niezbędne z punktu widzenia władz) prace budowlane. Wobec tego faktu musiałam objechać niemal pół miasta, by w rezultacie na ogrodzony poczerniałym, metalowym parkanem teren zieleńca dostać się od nieznanej mi strony. Po tym jak minęłam gościnnie na oścież otwartą parkową furtkę, udałam się na wstępny rekonesans – jadąc wysypaną drobnym, szarym żwirem aleją zwiedziłam teren, podziwiałam znajdujące się tam wieloletnie drzewa i rozłożyste krzewy, mijałam spacerowiczów (głównie mamy pchające wysokie, nowoczesne wózki z pociechami, choć czasem zdarzył się i szukający kontaktu z dzieckiem tata) pokonując przy tym liczne, wymoszczone szarym, drobnym żwirem alejki oraz malowniczo wybrzuszone, poczerniałe ze starości, drewniane mostki, przerzucone ponad ramionami leniwie płynącej rzeczki, odbijającej nieskazitelnie jasny błękit nieba.

Uwagę moją przyciągnął rozległy, o kształcie niemal idealnego koła skwer ze znajdującą się w jego centrum fontanną. Wokół niej leżała wysypana żółtym piachem dróżka, zachęcająca do przechadzek, a drewniane, na ciemnozielono pomalowane, o staroświeckim, wygodnym kształcie ławki, dyskretnie ustawione pod gęstymi zaroślami otaczającymi skwer, zapraszały spacerowiczów do odpoczynku. Wybrałam jedną z nich – stojącą pod bujnym krzewem czarnego bzu, którego gałęzie (obrzucone o zbliżonym odcieniu zieloności listowiem i baldachimami bladożółtego kwiecia) skłaniając się nad zakątkiem, tworzyły coś w rodzaju naturalnej, mile zacienionej altany.

Usiadłam na ławeczce, obrzuciłam wzrokiem najbliższe otoczenie, po czym zawiesiłam go na pracy fontanny, która (z umieszczonego w jej centrum kręgu skierowanych w niebo ciemnych, żeliwnych rur) w niezmiennym rytmie wyrzucała w górę cienkie, białe niemal strugi spiętrzonej ciśnieniem wody. Stateczna siła przyciągania ziemskiego jedynie na określoną wysokość pozwalała im dotrzeć, wobec czego w pewnym momencie zawracały, by u podnóża płaskiego basenu opaść w utworzoną z tysięcy nieuporządkowanych, drobnych kropli i kropelek białą kipiel. Tam, niczym nieokiełzane języki wodnej lawiny, zanurzały się osiągając kamienne dno, by ułamek sekundy później, odbiwszy się uprzednio od kamiennego dna, wynurzyć się. Potem – przez chwilę jeszcze wzburzone i nieco zdezorientowane – już w następnym momencie rozpoczynały pospieszną wędrówkę w kierunku kamiennej cembrowiny – tym razem już zjednoczone w liczne, lśniące złociście w promieniach zachodzącego słońca kręgi, rozszerzające się i tracące w miarę oddalania się od centralnego punktu swoją energię.

Sama fontanna, niczym olbrzymich wymiarów stacja nadawcza, zdawała się słać jakieś konkretne, przeznaczone jedynie dla wtajemniczonych wieści i stanowiłaby dobry temat do rozważań dla poszukiwaczy śladów przybyszów z Kosmosu.

Usiadłam wygodnie, po czym przymknęłam na chwilę oczy kosztując odgłosy natury: śpiew ukrytych w gąszczach ptaków, pluskanie wody oraz szum wiatru liczącego liście w koronach otaczających mnie starych drzew. Wszystkie te odgłosy zlewały się w w jedną symfonię, którą poeta określiłby z pewnością jako „Majową” a ja bardziej prozaicznie – „ Natura contra COVID”, bo rzeczywiście – tutaj nie odczuwa się tych wszystkich niepokojów wywołanych panującą od dobrych dwu lat pandemią.

Wstałam, by przejść się i nieco dokładniej przyjrzeć najbliższemu otoczeniu…

po kilku krokach zaledwie, na kamiennej ścianie niskiego muru tuż za moją ławeczką, w miejscu, gdzie murek załamywał się tworząc swojego rodzaju otwarte wyjście ze skwerku, dojrzałam dwie metalowe tablice a na nich z wypukłych liter utworzone teksty.

Zainteresowana przystanęłam, by odczytać:

„Ta tablica znajduje się w miejscu,

gdzie przed laty stał dom,

w którym przyszła na świat poetka Ricarda Huch”

Poniżej znajdowały się dwie najistotniejsze daty jej bytności na ziemi:

„ur. 18.07.1864r.” oraz „zm. 17.11.1947r.”

Zamieszczony na tej samej wielkości tablicy obok fragment wiersza poetki mówił:

„Ukochany ojczysty kraju

trudne są drogi nasze,

… wszak chwały twojej przeminął blask,

bądź nam wspomnieniem czynów swoich,

misją i przesłaniem z dłoni tych,

których już brak.”

Ricarda Huch

U.V.

Czym skorupka…

Spostrzeżenia, wnioski…

każdy zainteresowany sprawą chce usłyszeć zdanie innych, by rozwiać własną niepewność – bo może jednak zdecydować się na szczepienie?

Ale tak z drugiej strony na tę sprawę patrzeć – szczepionka też nie daje stuprocentowej pewności, że wzmocni organizm na tyle, iż stanie się on odpornym na tego niemiłego wirusa.

System immunologiczny każdego człowieka jest inny, bo i same organizmy ludzkie różnią się nieco – mając za sobą różne historie chorobowe, rodzaj wykonywanej pracy czy ogólny tryb życia. Szczepionka natomiast, mimo że produkowana przez różne, rozrzucone w świecie firmy, posiada niezmienny skład i wywołuje u poddanych iniekcji niemal identyczne skutki uboczne – skutki bardzo niekorzystne dla organizmu, czasem nawet doprowadzające osłabiony jej działaniem organizm do śmierci.

Kiedy podczas jednego ze swoich codziennych biegów po zdrowie usłyszałam ze strony stojących na skraju mojej drogi osób słowa „Astrazeneka”, natychmiast zatrzymałam się, po czym podeszłam do nich, by spytać o pozwolenie przyłączenia się do kręgu słuchaczy.

Opowiadającą była starsza pani, która chętnie pozwoliła na to.

Odziana w strój do „biegu po zdrowie” stała w towarzystwie kilku młodych ludzi i z przejęciem relacjonowała przejścia kilku ostatnich dni swojego życia. Przysłuchujący się jej, z wyglądu najprawdopodobniej Azjaci nie odrywali wzroku od jej ust, a starsza pani chcąc zaspokoić ciekawość nowej słuchaczki, uprzejmie postanowiła rozpocząć swoją relację od początku.

I opowiedziała o tym, że od swojej kasy chorych otrzymała propozycję szczepienia.

Propozycja ta była rodzajem propozycji nie do odrzucenia, bo uzasadniona bardzo mocnymi argumentami przemawiającymi na korzyść zabiegu, wobec czego starsza pani, i tak przestraszona nękającymi ją codziennie czarnymi prognozami mediów, przystała nań.

Przystała, a już w kilka minut po szczepieniu, jeszcze w drodze z kliniki do domu, wpadła w panikę.

W domu chcąc uspokoić nerwy, postanowiła skierować myśli na coś nie związanego z tematem i włączyła telewizor, po czym usiadła na salonowej kanapie. Pech chciał, że akurat na ekranie ukazała się twarz redaktorki z kanału o aktualnych wiadomościach – pani redaktor zaznajomiła starszą panią z aktualnymi statystykami dotyczącymi reakcji zaszczepionych na szczepionkę.

Ogólnie przyjmuje się, że media mają obowiązek informowania społeczeństwa o wszelkiego rodzaju zagrożeniach – w związku z tym faktem ponownie dopadły starszą panią argumenty przemawiające przeciwko szczepieniu.

Chwilę później starsza pani odczuła niezmierną suchość w gardle, po czym opuściły ją siły a już wkrótce dało o sobie znać przyspieszone bicie serca. Po chwili starsza pani sięgnęła po leżący na stojącym obok niskim stoliku termometr. Zaniepokoiła się dodatkowo, ponieważ wskazał on jedynie trzydzieści cztery stopnie w skali Celsjusza i postanowiła nie zwlekając zasięgnąć rady lekarza domowego. Ten zmierzył pacjentce ciśnienie, a ponieważ było bardzo wysokie, skierował ją na pogotowie. Na pogotowiu otrzymała roztwór elektrolitów bezpośrednio zaaplikowany do żyły. Po dwóch godzinach ciśnienie jej na tyle spadło, że mogła pójść do domu. Na pożegnanie polecono uzupełniać płyny, w przypadku bólu głowy brać aspirynę oraz dużo spacerować.

Wówczas moje myśli skierowały się w stronę znajomej mi osoby, która w ostatnią sobotę poddała się szczepieniu – ona również przedtem otrzymała manipulacyjny list swojej Kasy Chorych, określający ją jako „pacjenta z przeszłością” i zalecający niezwłoczne poddanie się szczepieniu. Osobie tej po zabiegu również polecono uzupełniać płyny, brać aspirynę a w razie bólu serca czy nóg – konsultację lekarską.

By rozproszyć złe myśli, podziękowawszy uprzednio za możliwość usłyszenia historii, pożegnałam się życząc zebranym „trwania w zdrowiu”, następnie wznowiłam swój bieg po zdrowie.

Po powrocie do domu telewizyjne media powiadomiły mnie o tym, że duża ilość dorosłych pacjentów po iniekcji szczepionki o nazwie „BioNTech” zapadła na zapalenie mięśnia sercowego.

Zajrzałam do google i znalazłam artykuł zachwalający BioNTech oraz polecający tę szczepionkę nawet dzieciom od dwunastego roku życia wzwyż jako zupełnie bezpieczną.

I komu wierzyć?

U.V.

Ołów

Wewnątrz filiżanki łyżeczka pozostawiła brzydki, ciemny ślad.

Łyżeczka jest z metalu szlachetnego (o niezbyt jasnym znaczeniu tego określenia) a filiżanka jest fajansowa – barwiona pomarańczowo zewnątrz, wewnątrz natomiast jasnokremowa; cała pokryta przezroczystą glazurą. Właściwie jako chemiczka powinnam domyślić się powodu tego sinego śladu.

Domyślałam się, ale jeszcze nie chciałam uwierzyć – bo przecież mamy wiek dwudziesty pierwszy, wiek w którym taka sprawa jaką jest ujemny wpływ metali ciężkich na zdrowie człowieka, jest znana. Dzieci informowane są o niej w szkole a dorosłym przekazywany jest ten problem w codziennych wiadomościach, nie wspominając o licznych pracach naukowych, dostępnych praktycznie szerokim masom.

A wujcio google?

Mimo tego taki niewypał. Kto zawinił? Jak zwykle Chiny, bo produkują tanio, metodą – jak najwięcej przy najniższych kosztach produkcji.

Że to odbywa się kosztem zdrowia człowieka? – a niech tam – żyje się tylko raz a po mnie może być nawet potop.

Potop będzie, bo metale ciężkie wchłonięte przez ludzki organizm mają bardzo ujemny wpływ nań. Wywołane zaburzenia mogą przynieść nieoczekiwane skutki – przykładem jest upadek rzymskiego imperium, gdzie kuchnie zdobiły ołowiane garnki a doprowadzana do nich woda płynęła przez ołowiane rury. Kąpano się nawet w roztworze ołowiu, ale wszyscy byli szczęśliwi, bo ołów nie rdzewiał a produkcja wyrobów z niego była tania.

Ciężkie, sine chmury zasnuły niebo niczym ołowiana chandra. Caliguli chandra…

Ursula Vortag

Charli

W 2006 dwanaście karykatur Mahometa opublikowanych w Danii przez satyryczne pisma Danii stało się dla wyznawców Islamu symbolem europejskiego zepsucia.

Oburzyli się na to zachodni dziennikarze broniący wolności słowa będącej jednym z głównych filarów demokracji. Tutaj można by polemizować, bo bardzo cienką jest granica pomiędzy wolnością słowa a wulgaryzmem…

w odpowiedzi rząd Danii zapraszał teoretycznie obrażonych do dyskusji, ale obrońcy proroka bali się konfrontacji z inteligentniejszymi od siebie, bo na piaskach pustyni nie rozmawiano, prawo pustyni znało jedynie zbrojną agresję – taką podstępną, taką spod piasku. Poza tym jeszcze czuli się na lepszej pozycji, bo jeszcze marzyło im się bezkresne uzależnienie reprezentantów noblistów oraz badaczy kosmosu od znajdujących się na ich terenach złóż ropy. Jeszcze… więc kuli żelazo puki gorące a każdy pretekst uważali za dobry. Ten był bardzo dobry.

w 2019 rozpoczęła swoje żniwo zbierać pandemia Covid-19.

Teoretycznie uspokoiło się…

zaniepokojenie, chwila zastanowienia się czy jedynie cisza przed burzą?

na jak długo?

Ursula Vortag

Ropucha

– Już czas, Calineczko wstań, dziecko, czas do szkoły, dzisiaj twój pierwszy dzień!

– To już?! – spytała dziewczynka.

Ostrożnie otworzyła oczy, chroniąc je przed rażącymi promieniami słońca, przeciskającymi się przez szczeliny kolorowych, dziecinnych żaluzji – początkowo z trudem, bo powieki sklejone porannym snem zazwyczaj niechętnie unoszą się, ale przypomnienie oczekującego ją wielkiego wydarzenia pomogło – momentalnie przebiegły przez jej pamięć dni przygotowań: pożegnanie z przedszkolem, uroczyste i nieco zabawne, bo przecież przedszkole jest i zawsze będzie i pani powiedziała, że ona, Calineczka, zawsze może przyjść tam z wizytą i bawić się z innymi dziećmi, tylko że ona już jest duża i nie ma ochoty na te głupie przedszkolne zabawy – ona ma teraz poważniejsze sprawy do załatwienia, dla przykładu takie kupno tornistra, albo przymiarkę sukienki, którą dostała od Paci w prezencie na otwarcie nowego rozdziału w jej życiu. To są ważne sprawy. A tornister jest wspaniały – wyposażony w kompletny zestaw pierwszoklasisty: piórnik z mazakami i kredkami w dwudziestu czterech kolorach (Calineczka policzyła je wszystkie, bo potrafi już liczyć) i ołówek jest w nim i pióro na naboje. Tym piórem to będzie pisać, kiedy nauczy już się pisania wszystkich literek ołówkiem; wie o tym od innych dzieci, co do szkoły już chodzą. Poza tym w plecaku znalazł miejsce worek na długim sznurku. Ten jest na rzeczy do sportu i są w nim elastyczne adidasy, takie specjalnie do ćwiczeń w sali gimnastycznej i koszulka do sportu i spodenki gimnastyczne. Razem z mamą to wszystko wybierała. Spodenki są czerwone a koszulka biała – takie same kolory mają trykoty polskich sportowców. Paci też była na pożegnaniu z przedszkolem, a sukienka od niej wisi w szafie i czeka tylko na swój wielki dzień. Ona też się cieszy. Razem z Calineczką. Ta sukienka jest bardzo ładna – w prawdziwie szkolnym, granatowym kolorze, z cienkiej bawełny a na ramionach ma falbanki. Paci powiedziała, że to angielski haft. Ładna. Założę się, że nikt takiej samej nie ma. Ale najpierw poranna toaleta – Calineczka energicznie odrzuciła lekką, letnią kołdrę na bok, po czym wyskoczyła ze swojego łóżka. Jej nóżki zlekceważyły stojące na wąskim dywaniku domowe bamboszki i skierowały się prosto do łazienki. Po drodze dziewczynka zarejestrowała, że wszyscy są już na nogach – mama, tata i jej dwuletni braciszek Pawełek.

– Śniadanie – woła mama.

Jak można tracić czas na śniadanie? – w taki ważny dzień! Ci dorośli nie mają pojęcia o tym co ważne.

– No dobrze – zgodziła się, bo jednak jej brzuszek domagał się jedzenia.

Całą noc przecież nic nie jadła a i wczoraj wieczorem nie miała specjalnie dużego apetytu. To z przejęcia, powiedział tata, no i po tym, jak to powiedział Calineczka już w ogóle nic nie mogła przełknąć. Tylko jeszcze ząbki umyła, bo tak jest zdrowo i poszła spać.

Ach ten brzuszek! Dobrze że dzisiaj jest manna na mleku, o i jeszcze jajko na miękko i wystarczy, nic więcej nie przełknie. W taki ważny dzień przed człowiekiem sześcioletnim, no prawie, ale za miesiąc już ukończy szósty rok i wejdzie w siódmy. Mama mówiła, że dopiero jak miała siedem lat, to poszła do szkoły.

Wreszcie – wszyscy zjedli, Pawełek też – jemu to wolno nie jeść, jak nie chce – wystarczy jedynie, że zamacha rączkami, zamknie buzię, pokręci główką tak mocno, że te jego złote loczki aż rozwiewają się po bokach i mama akceptuje to jego „nie”, a ona, Calineczka, musi wszystko jeść. No, ona nie ma loczków, ale za to ma „fale” – wczoraj, kiedy jej włosy były jeszcze lekko wilgotne po kąpieli, mama splotła je w cztery warkoczyki. Teraz można już je rozpleść. Jeszcze ząbki i tubka pasty dla dzieci w wieku od zera do sześciu lat. Już niedługo będzie używać pasty dla starszych dzieci. Tak, dużo się zmieni.

Dobrze. Teraz sukienka. Ale na łóżku w jej pokoju leży jakaś inna. W różowe kwiatki. Do szkoły w różowe kwiatki? A gdzie jest rożek od Paci? Razem go zrobiły.

– No, ubieraj się , już czas! – do pokoju wszedł tata.

– Gdzie jest mama? Chcę mamy! Gdzie jest moja sukienka? – Calineczka buntuje się, chociaż wie, że musi się pospieszyć.

– Załóż tę! Mama ubiera się.

Tak, jako dziecko nie ma się specjalnie dużo wyboru.

Dzwonek do drzwi – Paci!

– Calineczka nie w sukience ode mnie? – zauważa zdziwiona.

– Założy ją na inną okazję – usiłuje załagodzić Mama, stając w drzwiach łazienki.

– Nie za dużo tych kwiatków? – spytała jedynie Paci.

Dlaczego nie broni swojej racji?, zapytuje się Calineczka w myślach, gdyby się zbuntowała, tak, jak ja nieraz, to bym nie musiała w takim stroju pójść do szkoły w mój pierwszy dzień. Ostatecznie to jest mój dzień, a ja wyglądam jak łączka – rożek szkolnych niespodzianek w kwiatki, sukienka w kwiatki, sandałki w kwiatki – jeszcze jakaś pszczoła się pomyli i mnie użądli…

Paci zmienia temat i chwali kreację mamy.

Wychodzimy.

Pod szkołą czeka już Ropucha ze swoim synem.

O, właśnie zarechotał – Ree!

©Ursula Vortag, Germany 2019

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

„Odrzut z eksportu”

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

Już miesiąc minął, jak wypadły z zawiasów drzwi kabiny prysznica a ich smutno-szare, plastykowe okruchy rozsypały się po czarnych kafelkach łazienki Lokatorki.

Lokatorka niezwłocznie zgłosiła sprawę do swojego Ubezpieczyciela, bo to była kabina mieszkania, które wynajmowała – więc nie jej rzecz – ubezpieczenie powinno pokryć koszty usunięcia szkody.

Tymczasem ono nie było takie chętne i zwróciło się do spółdzielni mieszkaniowej. Potem pogrążyło się w nieprzeniknionej mgle oczekiwania na odpowiedź, bo i spółdzielnia nie była taka znów rozrzutna – chociaż sprawa niby jasna, ale może jakieś inne rozwiązanie się trafi…

Czas mijał ale jakoś nic się nie trafiało.

Na szczęście w spółdzielni był Cieć – rozważny jak to na ciecia z długoletnią praktyką przystało:

poradził, by sprawę przeciągnąć w czasie, ale ponieważ Ubezpieczyciel naciskał, zaproponował zmienić taktykę i sprytnie podsunął pomysł przekonania Lokatorki:

– najlepiej będzie, jeśli ona sama zgłosi się do nas z prośbą o naprawę – twierdził i sugerował – wtedy my już podsuniemy tej kobiecie pomysł pokrycia kosztów z jej własnej kieszeni.

Jednak nie przewidział jednego, a mianowicie tego, że kobieta potrafi myśleć, a ta, po zakończonej rozmowie z Cieciem, zrobiła małe podsumowanie aktualnego stanu rzeczy – ona, zawierając w swoim czasie umowę ze spółdzielnią mieszkaniową, zobowiązała się regularnie opłacać komorne a w zamian za to spółdzielnia zobowiązała się dostarczyć jej odpowiednio wyposażone, funkcjonalne mieszkanie. Ponieważ uszkodzenie kabiny nastąpiło już po raz drugi i w tym samym miejscu, oznaczać może to jakieś błędne rozwiązanie konstrukcyjne urządzenia. A jeżeli tak jest, to troska o rozwikłanie problemu leży tym bardziej w kompetencjach spółdzielni, która przyzwoliła na instalację tego „odrzutu z eksportu”, tym samym nie wywiązując się z umowy, bo nie zapewniając najemcy swojego mieszkania prawidłowej funkcjonalności tegoż.

Na rozwiązywanie problemów, z którymi boryka się spółdzielnia Lokatorka nie miała specjalnej ochoty.

Żałosne, podsumowała jedynie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019