Słownik

Panu Prof. Janowi Miodkowi i Pani Dr Justynie Janus-Konarskiej dziękuję bardzo za dedykowany mi “Słownik polsko@polski z Miodkiem”!
Wczoraj dotarł do mnie.
Z wielką ostrożnością wymuskałam niedużą książkę z białej, wielowarstwowej koperty, zabezpieczającej ją przed trudami pocztowej drogi z Polski, z Wrocławia – ze znajdującego się tam, usytuowanego w kuluarach biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, studia audycji “Słownik polsko@polski z Miodkiem”, w której ostatnio miałam niewątpliwy zaszczyt jako gość (via skype) uczestniczyć. W tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję reżyserowi audycji, Panu Dariuszowi Dynerowi za zaproszenie!
Uprzejmie-pouczająco uśmiechający się z okładki “Słownika” profesor Miodek już zawsze będzie mi przypominał o tym, inspirującym mnie w moich dalszych studiach nad emigracją, wydarzeniu.
Niezwłocznie przystąpiłam do lektury, a już pierwsze strony książki wskazały na fakt, że będzie on mi wielką pomocą, bo tak, jak kultywowany także poza granicami kraju język ojczysty, również emigracja ulega rozwojowi – nieustannie wzbogacana o nowe doznania, ewoluowuje, przystosowując nieco swoje życie do wymagań obcych kultur oraz aktywnie wpływając na nie…

cdn.

©Grażyna Hajewski, Germany 2019
PS:  Właśnie pracuję nad powieścią, której główny wątek osnuty jest na kanwie życia na obczyźnie.

Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Mój udział w audycji “Słownik polsko@polski”

wroclaw_university_library_digitizing_rare_archival_texts

Udział w audycji „Słownik polsko-polski”

Dwudziesty pierwszy wiek, wszechobecny internet, połączenia video via skype, umożliwiają niemal bezpośrednią komunikację Polakom po całym świecie rozsianym, Polonusom oraz wszystkim innym ludziom o polskich korzeniach a zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami, w których udział biorą ich rodacy.

Jednym z takich wydarzeń jest audycja „Słownik polsko-polski” – znany program propagujący ich język ojczysty z uwzględnieniem zasad jego kultury, poprawnej wymowy, ortografii i pisowni.

Do mnie zaproszenie do udziału w programie przyszło w mailu.
Potem nastąpiło uzgodnienie terminu, przygotowania, podczas których starałam się nie ulegać rosnącej we mnie, paraliżującej świadomości faktu, że udział w tak prestiżowym programie jest również podkreśleniem mojej wartości w oczach wszystkich, związanych ze mną tak zawodowo, jak i prywatnie, bo to taka niecodzienna sytuacja, jaką jest spotkanie z ikoną polskiej mowy, wyrocznią od lat poświęcającą się krzewieniu kultury mojego ojczystego języka.
Udział w programie oznaczał współpracę z reżyserem audycji, który zadbał o wizję i fonię, ja musiałam zatroszczyć się jedynie o to, by dobrze wypaść… „być po prostu sobą”, jak podsunęła mi znajoma artystka-malarka, która już niejednokrotnie gościła w „Słowniku polsko@polskim, a którą poprosiłam o wskazówkę.
Dwunastego stycznia nastąpiło nagranie. Zgadzało się wszystko; pytałam o ‘przecinek w zdaniu’, sprawę na pozór niezbyt skomplikowaną, ale mogącą czasem przyprawić o lekki zawrót głowy, jeżeli (tak jak to jest w moim przypadku) niemal na co dzień operuje się trzema językami.
Pan profesor odpowiadał bardzo rzeczowo, wyjaśniając zawiłości języka i wspólnie z panią dr. Justyną Janus-Konarską postanowił uhonorować mój udział, dedykowanym mi osobiście, najnowszym wydaniem „Słownika polsko@polskiego z Miodkiem”.

Wyżej opisana audycja ukaże się na ekranie TVP 09.lutego br. o godz. 17:00.

Nowy parking

 

…hałas ogromny, huk nieznośny,
drzewa padają podcinane ostrzami elektrycznych pił,
czerwono-krwisty buldożer robi z chaosem porządek, zgarniając nikomu już nie potrzebną zieloność na potężne ciężarówki koloru bliżej nieokreślonego.
Kilka razy musiały one obrócić, zanim usunięte zostało wszystko.
Potem inny, żółty zrywa betonową nawierzchnię.
Wspierają go hydrauliczne młoty.
I znów znalazło się zajęcie dla potężnych, nieokreślonego koloru ciężarówek.
Odjechały.
Na ich miejsce wstąpił walec.
Ten wyrównał.
Wszystko.
Wkrótce i ta ciężka maszyna opuściła podwórze, pozostawiwszy po sobie pustkę, nagle rozjaśnioną jasnym błękitem nieba.
Przez ten błękit słońce przebiło swoje, niczym włos cieniutkie, promienie, a te wtargnęły do mieszkań na parterze, do tej pory przesłoniętych przez cienie rzucane przez korony stuletnich drzew. Z mozołem przeciskały się przez zapuszczone, zaparowane od panującej wewnątrz wilgoci i pleśni, szyby okien.
Przy okazji zajrzały też, przez malutkie piwniczne okienko, do wnętrza ciasnej komórki.
Kiedyś była tam pralnia. Dzień w dzień odwiedzana, zawsze przez któregoś z licznych mieszkańców kamiennicy. Dzisiaj straciła na znaczeniu.
Aktualnie panującym w niej spokojem zainteresował się stary, szary szczur.
Po dokładnej inspekcji pomieszczenia stwierdził, że tutaj może przyjemnie spędzić swój zasłużony czas emeryta.
Tu podobało mu się – z sufitu zwisały długie pajęczyny, jakieś kable plątały się wzdłuż, pokrytych brudno-zielonkawą pleśnią, ścian. Gruzy, kurz, rupiecie. Ciemno, ponuro, swojsko i tajemniczo.
A tu taka niespodzianka.
Nie był kretem, więc słońce aż tak bardzo go nie drażniło, ale mimo wszystko…
nie oczekiwał tej jasności i teraz nie bardzo wiedział, co robić – niby to nie światło latarki, za którym zazwyczaj czai się jego odwieczny wróg, człowiek, ale przecież gdyby on – szczur zamierzał wyjść na słońce, by ogrzać stare kości, to wyszedłby sobie na dwór (przecisnąłby się jednym z krętych, jemu tylko znanych korytarzy tej starej rudery)… blask słoneczny właśnie w tym miejscu… chyba trochę coś tu nie tak jest.
Na wszelki wypadek czmychnął (z szybkością, na jaką mu pozwalały krótkie łapki) w kąt utworzony przez niski, zimny, kaflowy piec (na którym niegdyś gotowano bieliznę) i pobieloną gipsem ścianę.
Z tego ukrycia obserwował, jak słoneczne promienie wesoło chichocząc przeskakują z jednego zakamarka w drugi, co rusz odkrywając grudy starego tynku, który osypał się ze ścian, albo wirują z unoszącymi się w powietrzu drobinkami kurzu.

 

©Ursula Vortag, Germany 2019

Chmury

  • Twój barszczyk jest mało ostry.

Oświadczyła, po czym ogłosiła wszem i wobec, tonem nie uznającym jakiegokolwiek sprzeciwu, że poszuka w internecie przepisu na ostry barszczyk.

  • W Internecie? I co, zaraz też zobaczysz na ekranie smak tego barszczyku? – zauważył złośliwie Mac.

A jednak.

Widziałam, że w ma wielką ochotę uśmiechnąć się, ale nie zrobi tego, by nie rozzłościć siostry, bo ta jego uwaga miała jedynie za zadanie wprowadzenie do przedświątecznej atmosfery niewielkiego elementu mającego ją rozładować. No bo po jakie licho to sztuczne napięcie, obowiązek pogoni za prezentami i te dyskusje o tym, co na stole musi być? Koniecznie! Nie musi. Każda pani domu jest jedyną i niepowtarzalną, jej dom i jej stół jest także jedynym i niepowtarzalnym. Wobec tego faktu nie powinna ona ulegać tym jakimś nieskoordynowanym próbom wpłynięcia na jej osobistą opinię, przeprowadzanym przez obciążonych nadproducyjnością własnych firm przedsiębiorców, którzy, nie za bardzo wiedząc, gdzie z własnym towarem, wykorzystują każdą okazję jego zbytu. Takie rodzinne uroczystości są wspaniałym rynkiem dla nich.

Ale nie nasz stół.

Nie mój stół.

Na wiele spraw poglądy Maca były inne niż jego siostry a i on sam był inny.

Sprawiała to czteroletnia różnica wieku?

Niewielka, ale pozwalająca rodzeństwu, w jego pierwszych latach życia, na indywidualny rozwój.

Bardzo byli za sobą. Mimo, że pokończyli różne szkoły, mimo że nie mieli wspólnych znajomych, także ich życie zawodowe wyglądało zupełnie inaczej – Mac, kierujący prawniczą kancelarią, co prawda jeszcze nie jej szef (ale z widokiem na to stanowisko) i Malvina – krytycznie podchodząca do wszystkiego, co ją otacza i otwarcie komentująca wszystko, to, co ją drażniło.

Ona już była szefową biura, tyle, że transportowego.

Obydwoje pewni swojego zdania, lubiący przeforsowywać je i budzący zaufanie otoczenia.

  • Podobno został opracowany taki specjalny program, umożliwiający odbieranie zapachów przez internet – powiedziała na jej obronę Katarzyna, narzeczona Maca.

A moja córka w podzięce ugryzła ją w rękę:

  • Poważnie? Bo większej bzdury nie słyszałam.
  • A tak, poważnie, i to nie jest jakiś tani kawał aprilisowy – zapewnił Mac, stając po stronie swojej przyszłej i obecnej.

Po czym zaczął objaśniać, że w programie chodzi o konfrontację zmysłów wzroku ze zmysłami smaku, których to źródło znajduje się w odpowiednich obszarach mózgu.

Spojrzałam spod oka na Katarzynę.

Ta wielka, ta ruska nie pomagała i nie tłumaczyła nikogo. Nie oczekiwała też z żadnej strony wsparcia czy obrony swojego zdania – ona brała sobie to, na co akurat miała ochotę, nie zważając na spustoszenie, które za sobą pozostawiała.

Katarzyna Wielka.

Moja synowa była inna – przyjemna, ugodowo nastawiona do całego świata, ze zrozumieniem wszystkich jego problemów.

Dobrali się z Macem wspaniale.

Także i tym razem, przewidując nadciągające chmury, próbowała je zawczasu rozproszyć.

Przyszłam jej na pomoc, bo i ja zauważyłam szarość na horyzoncie:

  • Barszczyk nie musi być i nie będzie.
  • Nie?!

Trochę zdziwiłam się, obserwując ich reakcję.

Ale tak prawdę mówiąc, to niby skąd mieliby wiedzieć, że najlepszą potrawą uświetniającą przyjęcie rodzinne jest zupa grzybowa?

Ja sama nie przykładałam do tej pory wagi do rozmów właśnie na ten temat, bo w moim domu rodzinnym był on sprawą tabu. Bo za zasłonką w salonie ukrywała się minora. Bo ci, co jawnie obnosili się ze swoją tożsamością byli degradowani w społeczeństwie. Nieuznawani przez system.

A to, co przychodziło z zewnątrz mogło być nieścisłe (tak delikatnie sprawę przedstawiając), a mniej delikatnie – po prostu zanieczyszczone, nie koszerne.

Bo, co prawda zakłada się, że źródło jest jedno, ale te tysiące przekazów, różniących się między sobą nie tylko szczegółami ale i sensem tekstu.

A sens tej całej historii był taki, by w swoim czasie wprowadzić rozłam w starym porządku, bo znudził się, bo człowiek potrzebuje zmian.

Owszem, lubi to, co znane, ale od czasu do czasu pozwala sobie na coś nowego, by odmienić punkt spojrzenia na sprawy, z którymi nie daje sobie rady.

Nadeszła pora na zupę grzybową, z lanymi kluskami, ze smażonym sandaczem i sałatką z czerwonej kapusty. Oczywiście kompociku z suszu nie będzie mogło zabraknąć.

I hałki.

No i dreidel.

Koniecznie!

Hanukkah bez dreidla, to nie Hanukkah.

©Ursula Vortag

don Zabawny

enchanted forest, Grazyna Hajewski c. ink black of paper 24x32cmx300g m n 100716a

Był ktoś taki jeden w życiu,
Kto Zabawny zwał się, don.
Niczym heros znanych tomów,
Jednak nieco inny – von.

Nie wiatraki, zwidy, mary,
Celem były jego woli,
Lecz syn czasu i szczyt techno,
Computery bez kontroli.

Twórcza wena, podmuch mrozu –
Zuckerberg, to pestka.
Zacz Steve Jobs, albo Wozniak –
To już arabeska!

W różu jutrzni, w woni nurtu,
Elektronów pęki snuje,
W szklanym splocie uwięzione,
W czerń woalu rozsypuje.

Na adrenaliny rauszu,
Uaktywnić świat gotowy,
Antytalencie totalne,
Jego rum, to pomysł nowy.

©Ursula Vortag

Patyna

time, Grażyna Hajewski, countess

Nowa, miedziana kopuła dachu „Wiadomości Codziennych” z ryżej stała się blado-turkusową.
Szybko to nastąpiło.
Cztery deszczowe dni przedłużonego weekendu wystarczyły.
– Patyna okryła nasze tajemnice – żartowali pracownicy redakcji gazety – teraz mamy stuprocentową pewność, że nic z tego, co nie powinno, nie wydobędzie się na zewnątrz.
Na pocztę redaktorka zaniosła to, co powinno pójść dalej – korespondencję z parą, co prawda niewielkich, ale istotnych dla prestiżu redakcji, wydawnictw.

Oczywiście, że w czasach dygitalizacji niemal wszystkiego, także i poczta powoli traci na swoim pierwotnym znaczeniu, jako jedynego nośnika przesyłek listowych, ale niekiedy tradycja bierze górą i korzysta się ze starego, jakże zaufanego.

Tym razem też.
Jak tylko redaktorka położyła na blacie wysokiego, pocztowego kontuaru dwie duże, beżowe, A4 koperty, pojawiła się z drugiej strony urzędniczka.
– Zwykłe? – rzuciła krótko, pytająco-stwierdzająco, po czym, nie odczekując odpowiedzi,  z wprawą wzięła jedną po drugiej w dłonie.
Odważa, domyśliła się redaktorka, ciekawe ile lat tu pracuje i ile listów podczas tego okresu czasu miała w dłoniach, po czym potwierdziła przypuszczenie kobiety, dodając jeszcze, że chciałaby kupić kolorowe znaczki na nie i że motyw jest jej obojętny.
– Są u pana obok – odpowiedziała pospiesznie urzędniczka, nie wypuszczając listów z dłoni i dając tym samym ich dotychczasowej właścicielce do zrozumienia, że od tej pory to ona, przedstawicielka poczty, przejmuje pieczę nad nimi, zajęła się wystukiwaniem jakiegoś hasła na klawiaturze swojego computera.
Z niewielkiego urządzenia stojącego obok na blacie lady wysunął się wąski, biały pasek papieru z czarnym nadrukiem. Urzędniczka pospiesznie oderwała go, podzieliła na dwa, po czym każdy z tych nich przyłożyła do leżących przed nią kopert.
– Ale ja przecież prosiłam o kolorowe znaczki – zaprotestowała redaktorka, próbując wyrazić swoją dezaprobatę w możliwie przyjazny sposób.
– Są u pana obok – padło.
– A co stoi tutaj, u pani w okienku? – klientka wskazała na uplasowany przed komputerem urzędniczki, tak, by dobrze rzucał się klientom w oczy, niewielki stojaczek reklamujący jakąś nową kolekcję znaczków.
– To jest seria dziesięciu.
– No to co z tego, przecież każdy z nich możny oddzielić i nalepić na mój list – podpowiedziała redaktorka.
– Ale to są znaczki wartości siedemdziesięciu centów każdy, a pani listy mają większą wartość.
– No, to można wziąć po dwa z nich i dodać jeszcze inny – redaktorka zdziwiła się, bo przedtem była zdania, że wykład o zasadach pracy urzędniczki pocztowej w przypadku jej rozmówczyni jest zbędny…
– kolorowe znaczki dostanie pani u pana obok – pouczyła tamta.
– Ale jeżeli je teraz kupię, nie będę mogła już ich nakleić na te listy – zauważyła redaktorka, wzrokiem wskazując na powody sporu.
– No, nie, bo one zostały już owartościowane  – przyznała rezolutnie pani z okienka. Uśmiechnęła się nawet zwycięsko.

Po czym wyprzedzając świadka swojej niekompetencji w myślach, bo tego nauczyły ją lata pracy tutaj, tego decydowania za klienta (bo on i tak nic nie wie, nie zna się, nie zna tajników wielkiego urzędu) stwierdziła, że wobec tego musi przeprowadzić storno.
W tym momencie powinno klientce zrobić się jej żal i na to właśnie urzędniczka liczyła – na to, że redaktorka machnie ręką i pójdzie sobie, a ona (ważna panienka z okienka) będzie mogła swoją uwagę poświęcić następnemu klientowi. Z pewnością bardziej uległemu.
No i przeliczyła się, bo oszukana kobieta znalazła się w punkcie krytycznym –

niczym chmura wulkanicznego dymu wydobyła się z niej cała gorycz na wszystkich tych, co własne bałaganiarstwo usiłowali wciskać pod płaszczyk uprzejmości innych – lepiej wychowanych, niemalże niewolników wyniesionych z domu rodzinnego zasad dobrego obycia.

Chmura gniewu zwisała chwilę ponad pocztowym kontuarem, by już w następnym momencie, niczym ostry, żrący deszcz skroplonego popiołu zawiści opaść na obydwie zwaśnione damy.
– Proszę – zgodziła się klientka zjadliwie-sucho.

Pani za pocztową ladą bez słowa poodklejała wydruki z kopert.
Na szczęście czas ich istnienia na papierze był krótki i wobec tego zerwanie nie zostawiło większych śladów. Teraz koperty, nagle takie obnażone, smutno leżały przed klientką.

Ta nie zastanawiała się długo, tylko sięgnęła po nie z zamiarem udania się do „pana obok” po kolorowe znaczki.
– Chwileczkę – zatrzymała ją urzędniczka, wystukując jakąś formułkę na klawiaturze swojego komputera.
– Tak? – padło uprzejme.
– Pani otrzyma jeszcze zwrot pieniędzy.
– Ależ ja jeszcze nie zapłaciłam – zastanowiła się redaktorka, spoglądając na trzymaną w dłoni kartę bankową – ale jeśli w ten sposób chce mi pani wynagrodzić swoją nieuprzejmość, to proszę!
Urzędniczka bez słowa odpowiedzi zgniotła w dłoni papierowe wydruki, po czym wpatrzyła się w ekran.
Co tu się dzieje?, myślała klientka, kierując się do „pana obok”.
“Pan obok” stał za innym pocztowym okienkiem, chociaż tak samo wysokim i tak samo ciemno brązowym, wykonanym z masywnego dębowego drzewa, takiego samego, jak cały wystrój tutaj. Jak długo ten urząd już istnieje – w tym miejscu, w tym budynku? Bo mury tej starej kamiennicy, w której ma swoją siedzibę, wskazują na kilkusetletnią tradycję – może nawet od samych początków istnienia poczty tego kraju… czy to stąd ta wyższość niektórych urzędników okazywana maluczkim.
Na to wygląda.
W okienku „pana obok” redaktorka podała listy, po czym ekstra precyzyjnie, wolno i wyraźnie wypowiedziała swoje życzenie:
– Poproszę o dwa znaczki pocztowe o wartości jeden euro czterdzieści pięć centów każdy.
„Pan obok”, postawny, rumiany starszy urzędnik z elegancką siwą bródką a’la Galileo Galilei uśmiechnął się jedynie pod równie siwym oraz równie gęstym wąsem, odebrał od niej cienkie, beżowe przedmioty niedawnej dyskusji, z leżącej przed nim na kontuarze serii znaczków odkleił dwa, by z wprawą przyłożyć je na odpowiednie miejsca na kopertach. W następnym momencie odłożył listy na półkę regału stojącego za jego plecami. Do wysłania. Potem jeszcze wystukał coś na klawiaturze swojego komputera, przyjął opłatę z jej karty bankowej, by, ponownie uśmiechając się pod wąsem, powiedzieć donośnym głosem:
– Dziękuję!
– Dziękuję! – pożegnała się.
Domyśliła się, że to jego „dziękuję” było za dostarczenie tematu na dzisiejszą rodzinną kolację – z wszelką pewnością przysłuchiwał się poprzedniej akcji, bo otwarta hala pocztowa pozwalała na to, by praktycznie wszyscy pracujący w niej urzędnicy byli dobrze poinformowani o przebiegu dnia kolegi „obok”.