Translator’s work

before the time, s. time, Grażyna Hajewski c. mix, canvas, 40x30 cm n 104916dmmm

This is the trust I have in a client who ask me to translate a text

closely related to his or her privet life.

Ursula Vortag

 

 

 

Przerwana synfonia

spring, countess, oil, canvas, 80x40x2cm, no 119919o

Zmysłowa rzecz – mimo że raczej praktyczna niż ozdobna.

Ale osobista.

Może nawet bardziej osobista niż wanna, bo obraz damy w kąpieli nie ma żadnego porównania z wizerunkiem damy za zaparowanymi ściankami kabiny prysznica. Zwłaszcza, jeśli te ścianki są z półprzezroczystego pleksiglasu, pokrytego wzorami imitującymi spływającą wodę – podczas brania prysznica wytryskująca z jego srebrnej główki fontanna wartkich, błękitnych strumyków trafia nie tylko na pokryte mydlaną pianą ciało lecz także na boki kabiny, zmywając zbierającą się na nich parę, ściągając ją w dół i w ulotnych chwilach ukazując różane okrągłości kobiecego ciała. Tumany pary kłębiące się wokół znajdującej się tam, tajemniczej postaci na czas ułamka sekundy zakrywają całość obrazu, by w najmniej spodziewanym momencie odsłonić jakieś jego intymne miejsce – a może tylko stopę, może udo, jakąś część pośladków albo brzucha… ale może też  fragmencik piersi.

Symfonia piękna i spokoju, obiecująca chwilę wytchnienia po dniu pracy…

niestety przerwana gwałtownie – już w akcie pierwszym! zapowiadając katastrofalny przebieg dalszych wypadków oraz przejście utworu w nieznającą wyczucia miejsca i  czasu tragifarsę.

Rumor, który nastąpił nie trwał długo. Ułamek sekundy może.

To jeden z paneli drzwi kabiny wyzwolił się spod ucisku śrub władających jego regularnym ruchem wzdłuż szyny stanowiącej jednocześnie jej górną ramę, po czym – ulegając wpływowi ziemskiej grawitacji – wpadł do wnętrza. O włos ominął zroszoną damę a zatrzymał się dopiero na śnieżnych kafelkach ściany łazienki.

Biorąca prysznic (do tego momentu spowita w delikatną mgiełkę gorąca) poczuła nagły chłód przelatującego tuż obok niej panela – to powiew zimnego powietrza musnął jej przestraszone ciało.

Mogło skończyć się tragiczniej.

Dama chwilowo wolała nie myśleć o takiej wersji.

I co teraz?

Ostrożnie, tak aby jak najmniej wody wydostało się poza kabinę, spłukała z siebie resztki mydlanej piany, zamknęła dopływ wody, odwiesiła srebrną główkę prysznica, po czym przekroczyła wysoki brzeg brodzika.

Jej stopy zanurzyły się w głębokim granacie leżącego przed kabiną bawełnianego dywanika.

Teraz się zacznie, pomyślała.

I nie myliła się.

Nie chcąc samotnie wędrować przez tundrę biurokracji, zabrała na spacer prywatne ubezpieczenie.

Długo to trwało i kosztowało ją nieco nerwów, ale po licznych telefonach, próbach elektronicznego nawiązania kontaktu z zarządem wynajmu mieszkań, paru pismach wysłanych tradycyjną drogą (poleconym), paru rozmowach prowadzonych na żywo, wtajemniczeniu w problem rodziny, pożaleniu się obcym, rzuceniu pytania we wszechmocny Internet, po nielicznych nieefektywnych, prowizorycznych montażach, po zasięgnięciu istotnej i rozstrzygającej wszelkie wątpliwości porady jurystycznej, wreszcie po poinformowaniu wcześniej wspomnianego zarządu o finansowych, przez prawo przewidzianych, negatywnych skutkach niewywiązywania się z umowy o najem – dopięła swego.

Teraz stojąc przed zrekonstruowaną kabiną prysznica zapytuje się, czy podobnie wyglądała walka Davida z Goliatem.

©uv

zainteresowanie i szachy

worry, Grażyna Hajewski, countess, oil, canvas, 50x20x2cm, no 1107819cm

“Kobieta potrzebuje zainteresowania…” napisał ktoś na jakimś tam portalu społecznościowym, po czym dodał „… a kiedy je otrzyma, zezwoli swojemu mężczyźnie na partyjkę szachów z kumplem”.
Dobrze ujęte, odpowiedziałam, zastrzegając, że – jeśli pod słowem ZAINTERESOWANIE skrywa się pokaźna gama uczynków służących związkowi a SCHACHY, to hobby, parę chwil dla siebie, mające na celu oderwanie się od problemów dnia codziennego i „zebranie myśli” – coś, co polecałabym każdemu.
©Ursula Vortag, Germany 2019

Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Słownik

Panu Prof. Janowi Miodkowi i Pani Dr Justynie Janus-Konarskiej dziękuję bardzo za dedykowany mi “Słownik polsko@polski z Miodkiem”!
Wczoraj dotarł do mnie.
Z wielką ostrożnością wymuskałam niedużą książkę z białej, wielowarstwowej koperty, zabezpieczającej ją przed trudami pocztowej drogi z Polski, z Wrocławia – ze znajdującego się tam, usytuowanego w kuluarach biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, studia audycji “Słownik polsko@polski z Miodkiem”, w której ostatnio miałam niewątpliwy zaszczyt jako gość (via skype) uczestniczyć. W tym miejscu jeszcze raz serdecznie dziękuję reżyserowi audycji, Panu Dariuszowi Dynerowi za zaproszenie!
Uprzejmie-pouczająco uśmiechający się z okładki “Słownika” profesor Miodek już zawsze będzie mi przypominał o tym, inspirującym mnie w moich dalszych studiach nad emigracją, wydarzeniu.
Niezwłocznie przystąpiłam do lektury, a już pierwsze strony książki wskazały na fakt, że będzie on mi wielką pomocą, bo tak, jak kultywowany także poza granicami kraju język ojczysty, również emigracja ulega rozwojowi – nieustannie wzbogacana o nowe doznania, ewoluowuje, przystosowując nieco swoje życie do wymagań obcych kultur oraz aktywnie wpływając na nie…

cdn.

©Grażyna Hajewski, Germany 2019
PS:  Właśnie pracuję nad powieścią, której główny wątek osnuty jest na kanwie życia na obczyźnie.

Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Mój udział w audycji “Słownik polsko@polski”

wroclaw_university_library_digitizing_rare_archival_texts

Udział w audycji „Słownik polsko-polski”

Dwudziesty pierwszy wiek, wszechobecny internet, połączenia video via skype, umożliwiają niemal bezpośrednią komunikację Polakom po całym świecie rozsianym, Polonusom oraz wszystkim innym ludziom o polskich korzeniach a zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami, w których udział biorą ich rodacy.

Jednym z takich wydarzeń jest audycja „Słownik polsko-polski” – znany program propagujący ich język ojczysty z uwzględnieniem zasad jego kultury, poprawnej wymowy, ortografii i pisowni.

Do mnie zaproszenie do udziału w programie przyszło w mailu.
Potem nastąpiło uzgodnienie terminu, przygotowania, podczas których starałam się nie ulegać rosnącej we mnie, paraliżującej świadomości faktu, że udział w tak prestiżowym programie jest również podkreśleniem mojej wartości w oczach wszystkich, związanych ze mną tak zawodowo, jak i prywatnie, bo to taka niecodzienna sytuacja, jaką jest spotkanie z ikoną polskiej mowy, wyrocznią od lat poświęcającą się krzewieniu kultury mojego ojczystego języka.
Udział w programie oznaczał współpracę z reżyserem audycji, który zadbał o wizję i fonię, ja musiałam zatroszczyć się jedynie o to, by dobrze wypaść… „być po prostu sobą”, jak podsunęła mi znajoma artystka-malarka, która już niejednokrotnie gościła w „Słowniku polsko@polskim, a którą poprosiłam o wskazówkę.
Dwunastego stycznia nastąpiło nagranie. Zgadzało się wszystko; pytałam o ‘przecinek w zdaniu’, sprawę na pozór niezbyt skomplikowaną, ale mogącą czasem przyprawić o lekki zawrót głowy, jeżeli (tak jak to jest w moim przypadku) niemal na co dzień operuje się trzema językami.
Pan profesor odpowiadał bardzo rzeczowo, wyjaśniając zawiłości języka i wspólnie z panią dr. Justyną Janus-Konarską postanowił uhonorować mój udział, dedykowanym mi osobiście, najnowszym wydaniem „Słownika polsko@polskiego z Miodkiem”.

Wyżej opisana audycja ukaże się na ekranie TVP 09.lutego br. o godz. 17:00.

Nowy parking

 

…hałas ogromny, huk nieznośny,
drzewa padają podcinane ostrzami elektrycznych pił,
czerwono-krwisty buldożer robi z chaosem porządek, zgarniając nikomu już nie potrzebną zieloność na potężne ciężarówki koloru bliżej nieokreślonego.
Kilka razy musiały one obrócić, zanim usunięte zostało wszystko.
Potem inny, żółty zrywa betonową nawierzchnię.
Wspierają go hydrauliczne młoty.
I znów znalazło się zajęcie dla potężnych, nieokreślonego koloru ciężarówek.
Odjechały.
Na ich miejsce wstąpił walec.
Ten wyrównał.
Wszystko.
Wkrótce i ta ciężka maszyna opuściła podwórze, pozostawiwszy po sobie pustkę, nagle rozjaśnioną jasnym błękitem nieba.
Przez ten błękit słońce przebiło swoje, niczym włos cieniutkie, promienie, a te wtargnęły do mieszkań na parterze, do tej pory przesłoniętych przez cienie rzucane przez korony stuletnich drzew. Z mozołem przeciskały się przez zapuszczone, zaparowane od panującej wewnątrz wilgoci i pleśni, szyby okien.
Przy okazji zajrzały też, przez malutkie piwniczne okienko, do wnętrza ciasnej komórki.
Kiedyś była tam pralnia. Dzień w dzień odwiedzana, zawsze przez któregoś z licznych mieszkańców kamiennicy. Dzisiaj straciła na znaczeniu.
Aktualnie panującym w niej spokojem zainteresował się stary, szary szczur.
Po dokładnej inspekcji pomieszczenia stwierdził, że tutaj może przyjemnie spędzić swój zasłużony czas emeryta.
Tu podobało mu się – z sufitu zwisały długie pajęczyny, jakieś kable plątały się wzdłuż, pokrytych brudno-zielonkawą pleśnią, ścian. Gruzy, kurz, rupiecie. Ciemno, ponuro, swojsko i tajemniczo.
A tu taka niespodzianka.
Nie był kretem, więc słońce aż tak bardzo go nie drażniło, ale mimo wszystko…
nie oczekiwał tej jasności i teraz nie bardzo wiedział, co robić – niby to nie światło latarki, za którym zazwyczaj czai się jego odwieczny wróg, człowiek, ale przecież gdyby on – szczur zamierzał wyjść na słońce, by ogrzać stare kości, to wyszedłby sobie na dwór (przecisnąłby się jednym z krętych, jemu tylko znanych korytarzy tej starej rudery)… blask słoneczny właśnie w tym miejscu… chyba trochę coś tu nie tak jest.
Na wszelki wypadek czmychnął (z szybkością, na jaką mu pozwalały krótkie łapki) w kąt utworzony przez niski, zimny, kaflowy piec (na którym niegdyś gotowano bieliznę) i pobieloną gipsem ścianę.
Z tego ukrycia obserwował, jak słoneczne promienie wesoło chichocząc przeskakują z jednego zakamarka w drugi, co rusz odkrywając grudy starego tynku, który osypał się ze ścian, albo wirują z unoszącymi się w powietrzu drobinkami kurzu.

 

©Ursula Vortag, Germany 2019