Patyna

time, Grażyna Hajewski, countess

Nowa, miedziana kopuła dachu „Wiadomości Codziennych” z ryżej stała się blado-turkusową.
Szybko to nastąpiło.
Cztery deszczowe dni przedłużonego weekendu wystarczyły.
– Patyna okryła nasze tajemnice – żartowali pracownicy redakcji gazety – teraz mamy stuprocentową pewność, że nic z tego, co nie powinno, nie wydobędzie się na zewnątrz.
Na pocztę redaktorka zaniosła to, co powinno pójść dalej – korespondencję z parą, co prawda niewielkich, ale istotnych dla prestiżu redakcji, wydawnictw.

Oczywiście, że w czasach dygitalizacji niemal wszystkiego, także i poczta powoli traci na swoim pierwotnym znaczeniu, jako jedynego nośnika przesyłek listowych, ale niekiedy tradycja bierze górą i korzysta się ze starego, jakże zaufanego.

Tym razem też.
Jak tylko redaktorka położyła na blacie wysokiego, pocztowego kontuaru dwie duże, beżowe, A4 koperty, pojawiła się z drugiej strony urzędniczka.
– Zwykłe? – rzuciła krótko, pytająco-stwierdzająco, po czym, nie odczekując odpowiedzi,  z wprawą wzięła jedną po drugiej w dłonie.
Odważa, domyśliła się redaktorka, ciekawe ile lat tu pracuje i ile listów podczas tego okresu czasu miała w dłoniach, po czym potwierdziła przypuszczenie kobiety, dodając jeszcze, że chciałaby kupić kolorowe znaczki na nie i że motyw jest jej obojętny.
– Są u pana obok – odpowiedziała pospiesznie urzędniczka, nie wypuszczając listów z dłoni i dając tym samym ich dotychczasowej właścicielce do zrozumienia, że od tej pory to ona, przedstawicielka poczty, przejmuje pieczę nad nimi, zajęła się wystukiwaniem jakiegoś hasła na klawiaturze swojego computera.
Z niewielkiego urządzenia stojącego obok na blacie lady wysunął się wąski, biały pasek papieru z czarnym nadrukiem. Urzędniczka pospiesznie oderwała go, podzieliła na dwa, po czym każdy z tych nich przyłożyła do leżących przed nią kopert.
– Ale ja przecież prosiłam o kolorowe znaczki – zaprotestowała redaktorka, próbując wyrazić swoją dezaprobatę w możliwie przyjazny sposób.
– Są u pana obok – padło.
– A co stoi tutaj, u pani w okienku? – klientka wskazała na uplasowany przed komputerem urzędniczki, tak, by dobrze rzucał się klientom w oczy, niewielki stojaczek reklamujący jakąś nową kolekcję znaczków.
– To jest seria dziesięciu.
– No to co z tego, przecież każdy z nich możny oddzielić i nalepić na mój list – podpowiedziała redaktorka.
– Ale to są znaczki wartości siedemdziesięciu centów każdy, a pani listy mają większą wartość.
– No, to można wziąć po dwa z nich i dodać jeszcze inny – redaktorka zdziwiła się, bo przedtem była zdania, że wykład o zasadach pracy urzędniczki pocztowej w przypadku jej rozmówczyni jest zbędny…
– kolorowe znaczki dostanie pani u pana obok – pouczyła tamta.
– Ale jeżeli je teraz kupię, nie będę mogła już ich nakleić na te listy – zauważyła redaktorka, wzrokiem wskazując na powody sporu.
– No, nie, bo one zostały już owartościowane  – przyznała rezolutnie pani z okienka. Uśmiechnęła się nawet zwycięsko.

Po czym wyprzedzając świadka swojej niekompetencji w myślach, bo tego nauczyły ją lata pracy tutaj, tego decydowania za klienta (bo on i tak nic nie wie, nie zna się, nie zna tajników wielkiego urzędu) stwierdziła, że wobec tego musi przeprowadzić storno.
W tym momencie powinno klientce zrobić się jej żal i na to właśnie urzędniczka liczyła – na to, że redaktorka machnie ręką i pójdzie sobie, a ona (ważna panienka z okienka) będzie mogła swoją uwagę poświęcić następnemu klientowi. Z pewnością bardziej uległemu.
No i przeliczyła się, bo oszukana kobieta znalazła się w punkcie krytycznym –

niczym chmura wulkanicznego dymu wydobyła się z niej cała gorycz na wszystkich tych, co własne bałaganiarstwo usiłowali wciskać pod płaszczyk uprzejmości innych – lepiej wychowanych, niemalże niewolników wyniesionych z domu rodzinnego zasad dobrego obycia.

Chmura gniewu zwisała chwilę ponad pocztowym kontuarem, by już w następnym momencie, niczym ostry, żrący deszcz skroplonego popiołu zawiści opaść na obydwie zwaśnione damy.
– Proszę – zgodziła się klientka zjadliwie-sucho.

Pani za pocztową ladą bez słowa poodklejała wydruki z kopert.
Na szczęście czas ich istnienia na papierze był krótki i wobec tego zerwanie nie zostawiło większych śladów. Teraz koperty, nagle takie obnażone, smutno leżały przed klientką.

Ta nie zastanawiała się długo, tylko sięgnęła po nie z zamiarem udania się do „pana obok” po kolorowe znaczki.
– Chwileczkę – zatrzymała ją urzędniczka, wystukując jakąś formułkę na klawiaturze swojego komputera.
– Tak? – padło uprzejme.
– Pani otrzyma jeszcze zwrot pieniędzy.
– Ależ ja jeszcze nie zapłaciłam – zastanowiła się redaktorka, spoglądając na trzymaną w dłoni kartę bankową – ale jeśli w ten sposób chce mi pani wynagrodzić swoją nieuprzejmość, to proszę!
Urzędniczka bez słowa odpowiedzi zgniotła w dłoni papierowe wydruki, po czym wpatrzyła się w ekran.
Co tu się dzieje?, myślała klientka, kierując się do „pana obok”.
„Pan obok” stał za innym pocztowym okienkiem, chociaż tak samo wysokim i tak samo ciemno brązowym, wykonanym z masywnego dębowego drzewa, takiego samego, jak cały wystrój tutaj. Jak długo ten urząd już istnieje – w tym miejscu, w tym budynku? Bo mury tej starej kamiennicy, w której ma swoją siedzibę, wskazują na kilkusetletnią tradycję – może nawet od samych początków istnienia poczty tego kraju… czy to stąd ta wyższość niektórych urzędników okazywana maluczkim.
Na to wygląda.
W okienku „pana obok” redaktorka podała listy, po czym ekstra precyzyjnie, wolno i wyraźnie wypowiedziała swoje życzenie:
– Poproszę o dwa znaczki pocztowe o wartości jeden euro czterdzieści pięć centów każdy.
„Pan obok”, postawny, rumiany starszy urzędnik z elegancką siwą bródką a’la Galileo Galilei uśmiechnął się jedynie pod równie siwym oraz równie gęstym wąsem, odebrał od niej cienkie, beżowe przedmioty niedawnej dyskusji, z leżącej przed nim na kontuarze serii znaczków odkleił dwa, by z wprawą przyłożyć je na odpowiednie miejsca na kopertach. W następnym momencie odłożył listy na półkę regału stojącego za jego plecami. Do wysłania. Potem jeszcze wystukał coś na klawiaturze swojego komputera, przyjął opłatę z jej karty bankowej, by, ponownie uśmiechając się pod wąsem, powiedzieć donośnym głosem:
– Dziękuję!
– Dziękuję! – pożegnała się.
Domyśliła się, że to jego „dziękuję” było za dostarczenie tematu na dzisiejszą rodzinną kolację – z wszelką pewnością przysłuchiwał się poprzedniej akcji, bo otwarta hala pocztowa pozwalała na to, by praktycznie wszyscy pracujący w niej urzędnicy byli dobrze poinformowani o przebiegu dnia kolegi „obok”.

To Mars with him

the irresitible, Grazyna Hajewski countess, Germany 2017, watercolor, paper 29,7x21cm no 110917

 „As you eat your appetite grows”
it is also according to the old adage.
It is a puzzling fact that it has not lost its relevance – despite the fact that we have the twenty first century and everything that he brought us: a highly developed technique in almost every field – from home appliances to precise medical instruments. Despite the fact that we have an orbital station, sputniki, probes traversing distant corners of the cosmos and providing us with information about its secrets; despite the fact that we are planning a housing estate on Mars.
Who will we send there?
Maybe those who did something. Those who did not like civil law on earth.
Such „a colony of those who disagree with the law „- it sounds good even.
In addition, the example of Australia proves that this type of experiment has a very good chance of success.
High there, they will rule their own rights.
Mars laws.
And whoever will not follow them will fly out into space.
Literally – hi will be excluded from the company, pushed out of the oxygen-rich zone of life. In the caustic atmosphere of the red planet the man will not survive more than two seconds. Weak gravity will not keep it on the surface of the planet
Yes, because prisoners, like any other community, will immediately establish some rights. Raw, like themselves and how ruthless they are.
This will be necessary to maintain the status of the group commander and the status of its members, and the condition for survival, for the use of the opportunity that has occurred to them, and the one who will get this chance of profanity outlawed.
Will they be dealing with current technical achievements there?
What a question – of course, yes, because it will depend on them to survive there.
And this will to survive will make them master all complex new things in the blink of an eye.
And what they will miss, will „borrow” from others. And so the Martian underworld will develop. Great. I can see the whole Martian company through the eyes of the imagination.
I’d like to be a witness to this.

©Ursula Vortag, Germany 2018

Na Marsa z nim!

the irresitible, Grazyna Hajewski countess, Germany 2017, watercolor, paper 29,7x21cm no 110917

„w miarę jedzenia apetyt rośnie”
to też według starego porzekadła.
Zastanawiającym jest fakt, że nie straciło ono na aktualności – mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko to, co on nam przyniósł: wysoko rozwiniętą technikę w każdym niemal zakresie – od urządzeń domowego użytku poczynając a na precyzyjnych instrumentach medycznych kończąc. Mimo, że mamy stację orbitalną, sputniki, sondy przemierzające dalekie zakątki kosmosu i dostarczające nam wiadomości o jego tajemnicach; mimo że planujemy osiedle na Marsie.
Kogo my tam wyślemy?
Może tych, co coś przeskrobali. Tych, którym prawo cywilne na ziemi nie odpowiadało.
Taka kolonia tych, co z prawem na bakier” – to nawet dobrze brzmi.

Poza tym przykład Australii dowodzi, że tego typu eksperyment ma bardzo duże szanse na powodzenie.
Tam, wysoko, będą rządzili się własnymi prawami.
Prawami Marsa.

A kto ich nie będzie przestrzegał, wyleci w Kosmos.
Dosłownie – zostanie wykluczony z towarzystwa, wypchnięty poza bogatą w tlen strefę życia a w żrącej atmosferze czerwonej planety nie przeżyje dłużej niż dwie sekundy. Słabe przyciąganie natomiast nie utrzyma go na jej powierzchni.
Tak, bo więźniowie, jak każda inna wspólnota, natychmiast ustanowią jakieś prawa.
Surowe, jak oni sami i jak oni sami bezwzględne.
Będzie to niezbędne dla utrzymania statusu dowodzącego grupą oraz statusu jej członków, no i warunkiem przeżycia, wykorzystania szansy, która im się nadarzyła, a ten, kto tę szansę zbezcześci stanie się banitą.
Czy będą tam mieli do czynienia z aktualnymi osiągnięciami techniki?
Co za pytanie – oczywiście, że tak, bo od niej będzie zależało ich przeżycie tam.
I właśnie ta chęć przeżycia spowoduje, że opanują wszelkie skomplikowane nowości w okamgnieniu.
A co będzie im brakowało, „pożyczą” sobie od innych. I tak rozwinie się marsjański półświatek. Wspaniale. Już widzę oczyma wyobraźni to całe marsjańskie towarzystwo.
Chciałabym być świadkiem tego.

©Ursula Vortag, Germany 2018

Ukraść Księżyc

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Die magische Taffel

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18

Ein zauberhaftes Brett,
Das Innenraum eines Kristalls,
Der Abgrund der Finsternis,
Der blaue Dampf.

Im Pixelformat,
Vom Banner der Informationen
Extrahieren Sie
Unseres Lebens Inhalte:

Die Bitterkeit des Abschieds,
Freude am Dasein,
Merkwürdigkeit der  Sachen,
Ein Ausbruch von Memoiren.

© Ursula Vortag, Deutschland 2018

Blackboard of Magic

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18
Blackboard of Magic,
The interior of the crystal,
The Abyss of Black,
The blue vapor.

A new banner
in pixels contens
Extract the Essences
of our Lives:

Parting Bitterness,
Joy of existence,
Insulting content,
A burst of memories.

© Ursula Vortag, Germany 2018

„Miłe złego początki…”

Geisha, Grażyna Hajewski, Germany 2018, oil, canvas 80x60x2cm

Gdy w Ogrodzie Botanicznym…

„miłe złego początki…”,
ktoś powiedział, ktoś inny napisał, czyje to słowa?
Nie ważne, ale pasują tu znakomicie, bo dzień miły, letni, ciepły. Prawdziwie letnio.
Za kilka dni rozpocznie się astronomiczna jesień, ale wszystko wskazuje na to, że pogoda tego roku usiłuje nie dopasować się do wymagań astronomów. I czyni to z powodzeniem.
A ja staram się wykorzystać ten niespodziewany nadmiar słońca, jak tylko mogę i przez całe lato podróżuję rowerem.
Wszędzie, gdzie tylko mogę.
I bardzo szybko przekonałam się, że dla takiego dwukołowca możliwości egzystowania w wielkomiejskim ruchu są niemal nieograniczone, bo dzięki pasmom dla rowerzystów (przebiegającym wzdłuż niemal wszystkich ulic) jest bezpieczniejszy, można nim dotrzeć niemal wszędzie no i poza tym nie wymaga tych wszystkich skomplikowanych procedur związanych z parkowaniem.

Jednak do Ogrodu Botanicznego roweru nie mogłam wprowadzić.
Właściwie to logiczne, pomyślałam, czyste, wysypane jasnym żwirem alejki nie zniosłyby śladów rowerowych opon, a poza tym – gdzie miałabym odstawić pojazd? Oprzeć o któreś z chronionych drzew?
Bzdura.
Na szczęście w sąsiadującej z Ogrodem uliczce znajdował się rowerowy parking – nawet w cieniu wychylających się zza ogrodowego parkanu, bogato ulistnionych, grubych konarów drzewa. „Phellodendron amurense, korkowiec amurski” – przeczytałam wyjaśnienie znajdujące się na tabliczce umocowanej na paliku wbitym w ziemię tuż obok drzewa. Ależ im wyrósł, stwierdziłam usiłując przedrzeć się wzrokiem przez zieloną, rozłożystą gęstwę do jego wierzchołka. Będzie miał chyba z dziesięć metrów, uznałam, łącząc ramę roweru z metalowym stojakiem.
Tyle zielonego i to w samym środku miasta.
W środku ulicznego ruchu.
Pięć linii tramwajowych prowadziło tutaj.
Z turkotem, tym specjalnym, jaki jedynie tramwaje na całym świecie wydają, przetaczały się ich zjednoczone wagony, co jakiś czas zatrzymując się na usytuowanym nieopodal przystanku i wysypując tłumy pasażerów – równie głośnych, co zahukanych, rozbiegających się, z momentem postawienia stopy na szarym, rozpalonym betonie chodnika, w różne kierunki. Zupełnie, jakby pozostanie choćby na moment w miejscu równało się natychmiastowemu spłonięciu.                                                                              Ale z chwilą, kiedy przekroczyłam długi głaz, spełniający rolę czegoś w rodzaju progu i minęłam bure, kamienne kolumny średniowiecznej bramy ogrodu, ogarnęła mnie zaskakująca cisza. Zupełnie jakbym przekroczyła progi innego Universum. Udałam się na rekonesans z jednoczesnym zamiarem wyszukania odpowiedniego kącika, w którym mogłabym parę godzin dziennie popracować. Zaskoczona stwierdziłam, że już ktoś mnie ubiegł – w różnych zakątkach, tych najbardziej zielonych i zacienionych, siedząc za stoliczkami, pracowali już studenci nad skryptami, gdzieś indziej – na blacie okrągłego stolika, stojącego pod rozłożystym amerykańskim klonem jakiś mężczyzna uplasował plik lśniących białością dokumentów i pochłonięty ich zawartością absolutnie nie zwracał uwagi na to co się wokół niego dzieje; a w niewielkiej altance, stojącej u podnóża stromej skarpy, na której stałam,  rozgościły się dwie Japonki.
Ich otoczenie przypominało nieco japoński ogród w miniaturze – tu i tam skałki, głazy i kamienie, górska roślinność, spływające do ich stóp perliście pulsujące strumyczki… brak tylko przechadzającej się Gejszy, takiej w kwiecistym kimono i dzierżącej w dłoni papierową parasolkę.
Ogrodzie rozbrzmiewał wszechobecny trel ptaków, szum wody, jakieś bliżej niesprecyzowane trzepotanie… coś jakby – nie wiem, co…
ten Ogród rządzi się swoimi prawami.                                                                            Przechodząc się alejkami dalej, mijałam stojące wzdłuż alejek ławeczki, siedzących na ławeczkach ludzi – tych potrzebujący chwili wytchnienie, chwili ucieczki od upału oraz tych zajętych pisaniem, przeglądaniem dokumentów, korygowaniem obcych błędów, może też i własnych…
Tu i tam, tu i tam – tam było zbyt ustronnie, tu zbyt blisko wyjścia. W końcu zdecydowałam się usiąść na jednej z drewnianych ławeczek, stojących w cieniu wielkiego rododendronu. W pobliżu stuletnia, jeśli nie najstarsza na kontynencie, magnolia rozpościerała swoje grube, o poczerniałej korze konary. Rododendron był obrzucony kwieciem w kolorze lila. Magnolia miała już zielone, w górę wskazujące szyszki.
Dwudziesty pierwszy wiek.
Czemu winne drzewo, że przywodzi na myśl nieuczesane myśli?

©Ursula Vortag, Germany 2018

Przed

 

chrismas fable, s.palaice, Grażyna Hajewski, countess, Grmany, acral, oil, canvas, 30x30cm, no 113114.17

…panna młoda przejmuje się bardzo, bo w ostatniej chwili okazało się, że dekoratorka nie te kwiaty zamówiła, co trzeba; pan młody mniej, bo on ze Śląska, więc przyzwyczajony do tego, że kobiety w rodzinie załatwiają wszystko, co na powierzchni ziemi. Ale też chciałby, by to całe zamieszanie już się skończyło. I to dobrze.

Właściwie robi to wszystko jedynie dla swojej mamy, bo ona chce widzieć najstarszego na ślubnym kobiercu. No i zobaczy.

Jemu samemu krótka wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego zupełnie by wystarczyła.

Teraz wolałby już widzieć siebie siedzącego wygodnie w samolocie do Australii, bo tam właśnie młodzi małżonkowie planują spędzić miodowy czas. Pośród kangurów. A jeśli będzie im dane opuścić hotelowy pokój, to może porzucają sobie bumerangiem, albo uda im się wspiąć na świętą górę Aborygenów…

Wspinaczka – to jest to, o czym od dawna marzył.

Razem z przyszłą żoną zdobył już Kilimandżaro a i inne K-s były im nieobce, ale australijska góra jeszcze nie. A warto ją zaliczyć – jakby na posumowanie pewnej ery. Ery swobody i wolności, bo później, kiedy na świecie pojawią się maluchy, nie tak od razu będzie można ponowić kontynuację pełnych przygód lat. A musi przyznać, że razem z wybranką swojego serca przeżył już wiele. Tak wiele, że teraz w stu procentach był pewien, iż postanowienie spędzenia reszty życia wspólnie jest bardzo dobrym postanowieniem.

Gdyby tylko mamusia nie patrzyła na Iwonę tak surowo.

Jeszcze do niedawna niepodzielnie królowała w jego sercu.

Ale może być pewna, że pozostanie tam na zawsze, tylko mogłaby ustąpić choć trochę miejsca swojej synowej. Przecież jest mądrą kobietą i wie, że wiek ma swoje prawa, że ożenek jej syna to sprawa naturalna i nieunikniona.

Właściwie to to wesele mogłoby odbyć się w Polsce, bo tam taniej i w związku z tym na więcej można sobie pozwolić, ale taki obrót sprawy oznaczałby przewagę mamusi, bo to ona praktycznie zajęłaby się całą inscenizację wesela, jako że zna język, teren i dysponuje adekwatnymi znajomościami. Dlatego też pewnie Iwona uparła się, by uroczystość zaślubin zorganizować tutaj – jako okazję do wykazania się i udowodnienia przyszłej teściowej, że jest równie gospodarna i zapobiegliwa jak ona.

Mimo tych wszystkich wpadek, mimo zapominalstwa dekoratorki, która ma podobno jeszcze dwa inne wesela do obsłużenia – ale co to ją Iwonę, właściwie obchodzi. Płaci tej kobicie za wykonanie konkretnej rzeczy (w dodatku wcale niemało), więc niech pokaże, że na te pieniądze rzeczywiście zapracowała. A tu – jak można nie tylko kolor kwiatów pomylić ale i gatunek!

Mama Iwony poradziła jej nie przejmować się tak bardzo.

To są naprawdę mało istotne drobiazgi a za kilka lat będziesz dziecko zaśmiewać się z tych drobnych wpadek – mówiła i zapewniała – ty jest tą najważniejszą osobą, królową całej uroczystości, więc dbaj o to byś właśnie ty bardzo dobrze wypadła.

 ©Ursula Vortag, Germany 2018, z cyklu „Karnawał niedyskrecji”

 

 

 

 

Dekalog

Things, Grazyna Hajewski, oil, canvas 120x 80 cm, no 116814.18

Szedł z nimi dni wiele
W gorączce, znoju i rozpaczy.
Gnany tęsknotą i pragnieniem
Ku temu, co we mgle majaczy.

Gdy żądny wiedzy parł do przodu
Swój wielki, czarnooki lud,
Gnany nadzieją i ułudą,
Przychylić nieba chciałby mu.

Chronić od głodu i zarazy,
W czystości serc, w czerwieni wód,
Prosić o mannę z nieba…
Lecz niesmak waści okrył lud.

Żądny porady, czasu brak,
Zbyt mało wiary, potrzeby plot,
Na górze Synaj spędza czas,
W kamieniu ryje wiedzy mot.

To ten Jedyny, to jego twór,
To on jedynie wiódł mą dłoń,
To jego słowo, jego głos,
Kto mu przeciwny, wara stąd.

To jego słowo i jego głos,
On wiódł mą dłoń we śnie kamiennym,
W białości myśli i w lśnieniu gwiazd
W radości serca bezdennej.

Kaprys

nocturne, Grażyna Hajewski, Germany 2004, oil, canvas, 40x30x2 cm, no 116018c

Chciał ukraść księżyc.
No tak, ale to Słońce…
zdaje się być przeszkodą nie do pokonania…
ten szary głaz należy przecież do jego Systemu, a Słońce, niczym dobry szef, broni swoich podwładnych.
Tak, ale czy Ziemia nie ma do niego większych praw? Podobno był niegdyś jej częścią – według starej legendy, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości kosmosu w Ziemię uderzyła planetoida Thea, a w wyniku tej katastrofy ukruszył się spory Głaz, po czym wystrzelił w przestrzeń niczym odłamek granatu. Ziemia nie chciała tracić swojego i omotała Głaz sidłami swojej grawitacji.
Teraz zdają się być nierozłączni… ich wpływ na siebie jest olbrzymi, przypomina nieco wzajemne uzależnienie się małżonków od siebie. Najistotniejszym są zmiany pogody na planecie, ruchy mórz i oceanów, ba nawet nastroje Ziemian.
Na Ziemi.
Jaki jest wpływ Ziemi na Księżyc? – tego jeszcze nie wiemy.
Dowiemy się pewnie dopiero wówczas, kiedy na Księżycu wybudujemy stację Meteo.
Może wobec tego będzie mógł liczyć na jej wsparcie w tym przedsięwzięciu. Jakby nie było chce naprawić błąd Universum.
Gdzie ukryje zdobycz w razie powodzenia?
No – w wodach Pacyfiku.
Dlaczego właśnie tam?
No, bo to właśnie on zawdzięcza swoje istnienie tej katastrofie.
Wówczas wyrwa po Księżycu szybko napełniła się wodą. Dzisiaj nazywamy ją Pacyfikiem.
Podniosą się wody Planety, jeśli to zrobi?
Chyba nie tak bardzo, a poza tym są na Ziemi regiony, które koniecznie potrzebują nawodnienia – choćby taka Sahara czy Indie…

Prawda

Powiedz mi, co masz z tego,
Że, co innych, to zabierasz,
Obcą wartość masz za swoją
I znieważasz, poniewierasz?

Nic dla cię dekalogu treść –
Dumne słowa a tekst mądry,
Bo to Mojżesz, on posłańcem –
Głosem Twórcy rozsądnym.

Wiedza twa pomierna –
Lekkiej niefrasobliwości serce! 
Aczkolwiek prawda wciąż żywa –
Jak Kuba Bogu, tak – vice versa.

©Ursula Vortag, Germany 2018