Zegar

time, Grażyna Hajewski, countess, ink, pen, drawing, paper 25,4x17,7 cm, no 118919

Drewniana, wysoka i wąska szafa z ciemnego, najprawdopodobniej dębowego drewna i (jak wszystko tutaj) pokryta grubą warstwą brudnoszarego kurzu.
Oszklone drzwiczki w jej górnej części, oszklone drzwiczki w dolnej. Za tymi  w górnej kryje się tarcza staroświeckiego zegara, za tymi dolnymi zwisają łańcuchy z drobnych oczek. Mosiężne. Tak jak i nieskomplikowane zamknięcia drzwiczek – na haczyk. Górna część szafy skrywa okrągłą, najprawdopodobniej kiedyś pozłoconą, tarczę. Namalowane na niej cyfry tworzą dwa idealne kręgi – większych, oznaczających godziny i mniejszych, minutówek. Wszystkie czarne. Wszystkie łacińskie. No, może nieco upiększone kunsztownymi zawijasami… pewnie celem rozluźnienia atmosfery zamkniętej w sztywnych ramach pomiaru.
Ze środka tarczy, z jej centralnego punktu zegarmistrz wyprowadził wskazówki.
Dwie.
Jedna jest gruba i krótka – to najprawdopodobniej godzinowa a ta druga, długa i cienka to minutówka.
I one są czarne. Tak jak i cyfry.
Wyraźnie czarne. Mimo że lakier na nich zdążył już nieco przyblaknąć.
Stary jest ten zegar. Stał długie lata tu na strychu tej zapomnianej przez świat rudery, jakby czekając na swój czas.
Uruchomić go?
Ale jak, by nie uszkodzić przy tym tego antycznego mechanizmu.
Chociaż, tak prawdę mówiąc, to na zbyt precyzyjny ten rupieć nie wygląda – to ruska robota, solidna, widać od razu, że to takie gniotsja-nie-łamiotsja.
Już! Nie zastanawiać się zbyt długo i niepotrzebnie. Teraz i tak nie chodzi, a może będzie…
Tyka.
I to głośno.
Trach – gruba, godzinowa wskazówka odpadła.
Nie wytrzymała napięcia czasu.
Sprężyny pojękują jeszcze nad tą wielką stratą, głośno i z przejęciem – niczym płatne płaczki…
wreszcie uspokoiły się, przebolały.
Pozostała, długa minutowa wskazówka rusza.
Ale nie powoli, jak przystało wiekowej, dostojnej damie lecz gwałtownie – niczym w wybuchach niezrozumiałej histerii przeskakuje od jednej czarnej kreski oznaczającej minutę do drugiej.
Tak, tak, tak! – W nieustającym rytmie do przodu, po zakrzywionej linii, w kontynuacji nieskończoności czasu, której ktoś chciał nadać oblicze, wokół tarczy.
W jednym miejscu trze o nią wyraźnie, ale nie zatrzymuje się – pchana siłą zębatych kółek zgrzytającego mechanizmu. Ściera jedynie wieloletni kurz wraz z resztkami złotej farby.
Drobinki sypią się na podłogę pod zegarem.
Długą muszą przebyć drogę zanim do niej dotrą.

Jeśli w ogóle dotrą, bo może zdarzyć się, że przeszkodzi temu nieoczekiwany powiew zimnego powietrza.

©Ursula Vortag, Germany 2019

don Zabawny

enchanted forest, Grazyna Hajewski c. ink black of paper 24x32cmx300g m n 100716a

Był ktoś taki jeden w życiu,
Kto Zabawny zwał się, don.
Niczym heros znanych tomów,
Jednak nieco inny – von.

Nie wiatraki, zwidy, mary,
Celem były jego woli,
Lecz syn czasu i szczyt techno,
Computery bez kontroli.

Twórcza wena, podmuch mrozu –
Zuckerberg, to pestka.
Zacz Steve Jobs, albo Wozniak –
To już arabeska!

W różu jutrzni, w woni nurtu,
Elektronów pęki snuje,
W szklanym splocie uwięzione,
W czerń woalu rozsypuje.

Na adrenaliny rauszu,
Uaktywnić świat gotowy,
Antytalencie totalne,
Jego rum, to pomysł nowy.

©Ursula Vortag

Enigma czasu

Enigma czasu…

Johan zdawał się być zatroskanym. Dlaczego?
Czyżby Malvina pozbawiła go zdolności zdrowego analizowania faktów?
Najprawdopodobniej, bo teraz siedząc w  salonie jej matki, na kanapie (w tej części rogówki, której nie zdążył jeszcze naciąć) sprawiał wrażenie takiego jakiegoś zamkniętego w sobie.                                                                                            Unieszkodliwiony, podsumowała wesoło w myślach – no co, teściowej też wolno czasem roześmiać się nad przypadkami losu.
Pytaniem było – na jak długo został on wyłączony z obiegu?
Pytanie okazało się słusznym, bo już w chwilę później miała sposobność przekonać się o tym, że zbyt wcześnie go zlekceważyła – w tym stanie młody mężczyzna był bardziej niebezpiecznym, bo pozbawiony hamulców – niczym tonący, co i brzytwy się chwyci, byleby tylko wydostać się na powierzchnię ciemnej otchłani.
Tą ciemną otchłanią była polskość.

Polskość panująca w tym domu – bo na półkach  regału, stojącego wzdłuż najdłuższej ściany salonu, stały rzędy polskich wydań: jako książki, książeczki a także gry, w tych bardziej oraz tych mniej konwencjonalnych formach… bo na ławie leżała mapa Polski, według której  Malvinka z babcią studiowała trasę krajoznawczej podróży samochodzika Franka. 
Takie przynajmniej miała wrażenie. Już od dawna.
Ale przecież wiedział z kim się żeni.
Malviny ciąża była jeszcze nieznaczna, kiedy po raz pierwszy poruszyli ten temat. Sprawę chyba najbardziej istotną w wychowaniu Malvinki – ich dziecka ale i jej wnuczki.
Doskonale przypomina sobie ten moment na spacerze.
Dzień był wtedy słoneczny, a ona (w towarzystwie trójki swoich, dorosłych już, dzieci oraz ich partnerów) szła wąskim chodnikiem ocienionej rozłożystymi platanami alejki, ciągnącej się wzdłuż otoczonych niskimi, drewnianymi płotkami, przydomowych ogródków. Odbywali zwykły niedzielny spacer po, w restauracji spożytym, obiedzie urodzinowym. W jej dniu.
W pogodne nastroje odziani, szli i rozmawiali o wszystkim i o niczym.
Temat języka jeszcze nienarodzonego dziecięcia padł niespodziewanie i tak, jakby przypadkiem. Gdyby tylko wiedziała, że jej zięć miał już wtedy przygotowany, konkretny koncept, który chciał wprowadzić w życie, że czekał jedynie na sprzyjający moment, by ją o tym powiadomić.

Powiadomić – nie zapytać o zdanie, nie przedyskutować wszystkie “pro” i “contra”, lecz oznajmić ostateczną decyzję.

Być może tego dnia właśnie uznał, że dobry humor solenizantki pozwoli jej być bardziej elastyczną, że zajęta sobą, zlekceważy sprawę przyszłości wnuczki i nie zaprotestuje. No i wysunął problem przyszłego języka dziecka. Dla niej, jak i dla pozostałej rodziny, którą reprezentowała, sytuacja była jednoznaczną – dziecko ma krewnych po obu stronach granicy nad Odrą i Nysą, więc logicznym jest, że będzie posługiwać się dwoma językami.
Poza tym i te najstarsze i te najnowsze badania naukowe potwierdzają fakt, że dzieci wzrastające w wielokulturowej rodzinie są inteligentniejsze, bo już od urodzenia konfrontowane są ze znacznie większą ilością bodźców, co z kolei wpływa pozytywnie na rozwój  mózgu.
Podzieliła się swoim zdaniem z obecnymi. Spotkała się z aprobatą.
Wówczas wyłącznie Johan nie wypowiedział ani słowa – zdaje się zbierać informacje – młody tata, pomyślała, pragnie wszystkiego, co najlepsze dla swojego dziecka i nie chce popełnić błędu.
Teraz natomiast miała po prostu wrażenie, że jest on jedynie kontynuatorem sprzecznej z prawem polityki zniemczenia innych. W jakich czasach ten człowiek żyje? Nie widzi tego, co dzieje się na świecie? Nie przyjmuje do wiadomości tego, co wydarza się wokół niego?
Może popełniła wówczas jakąś gafę, może jej argumenty nie były zbyt oczywiste. Ale i później następowały dyskusje na ten temat.

I pozostawiały problem otwartym.

Nie dla niej, dla niego.

Właściwie to nie były dyskusje – to były rozmowy, w których każdy z ich uczestników wygłaszał tezy, w nadziei przeforsowania ich. Oczywiście. Ale z jakiegoś powodu nigdy nie dochodziło do jednoznacznego postawienia kropki nad „i”.
Właściwie dlaczego?
I dlaczego ten jego dziwny stosunek do sprawy? – przecież i tutaj, jak i w każdym innym kraju świata, żyją rodziny wielojęzyczne. Konfrontowane są one z wieloma problemami, ale z całą pewnością nie z zagadnieniem: uczyć przyszłe pokolenie języka dziadów, czy może raczej zabronić dostępu do niego. Bo język, to bogactwo, to furtka do ogrodu przyszłości, to umiejętność praktycznie włożona do kołyski, dodatkowy bodziec stymulujący rozwój mózgu dziecka. Rodzice takiego szkraba są dumni z tej dodatkowej umiejętności swojej pociechy. Umiejętności, która wyróżnia kształtującego się człowieka spośród przeciętności.
Same dodatnie aspekty tego.
Matką jej zięcia była Niemka a przybranym ojcem Polak, syn byłego jeńca wojennego, który jeszcze po pierwszej wojnie światowej tutaj się zawieruszył, potem osiadł.                                                                                                                                           On sam przyszedł na świat w czasach, kiedy wstydem było na tych terenach mówić po polsku. W jego świadomości pozostało uczucie poniżenia, z którym wzrastał, bo ukryć związku z Polską było nie w sposób. Może matka zdradziła mu, że tak naprawdę, to jego prawdziwym ojcem jest Polak, a on sam owocem wakacyjnej przygody; przygody ostatnich dni lata, pożegnaniem i nadzieją niespełnioną nigdy. Bo ten, który przyczynił się do jego pojawienia się na świecie, odszedł i nigdy więcej nie wrócił: ani wiosną – do tych rozległych pól jej ojców, naszpikowanych białymi szparagami, ani latem – do tych sąsiadowych, czerwieniejących kosmatą truskawką. Także jesienne jabłka zbierali inni. Ojca jej syna wśród nich nie było.
Dwa lata czekała, może trzy… dziecko rośnie, co będzie, gdy zacznie stawiać pytania? co odpowiedzieć, gdy postawi to jedno? To wstydliwe…
jeśli nie odpowie, postarają się o to sąsiedzi… osada niewielka…
jest tu taki jeden, co ani dobrze po polsku, ani po niemiecku, uśmiechnie się do niego, lepsze takie coś niż nic. Mąż przy boku zamknie usta innym…
tak, nie miał chłopak najciekawszego dzieciństwa…
ale przecież teraz jest inaczej.
Ha! – „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci…”
przed jego dzieckiem leży przyszłość, Europa, świat, czy będzie przeciwny nauce także innych języków?

Ursula Vortag, Germany 2018

chata

Chata rozpada się. 

Proces następuje powoli, ale z brzemienną w skutki konsekwencją.

Rysy w ścianach i w podłodze powiększają się, pojawiają się też nowe –

w zupełnie nieoczekiwanych miejscach.

Dom zaczyna przenikać dziwna woń – 

woń strachu tych z dołu zmieszana się z zapachem czosnku, duszonej papryki, brudnych słów i wystawianych przed próg mieszkania butów.

Tych z góry.

Rzecz jasna, bo ci z dołu mają szafki na obuwie z dworu i wyrażają się oględnie.

Pojawia się jakiś service –

wymywa to, co wypełzło ze szczelin,

otwiera okna, by dać uciec wilgoci.

Przy okazji ulatuje też ta “dziwna woń”.

Lecz brudne słowo, na wiatr rzucone – wraca wołem…

Pozostaje jedynie odczekać.

Ursula Vortag, Germany 2018  

 

 

 

Enigma północy

Wielka żałość, niespełnienie
Czegoś, co być miało.
Źle się dzieje – bory, knieje,
Myśli mary i głębie moczarów…

To nie mrok ponad światem –
To północy enigma,
Rozpościera całun mglisty
Właśnie tego dnia.

Koniec starych czasów – niespełnione
W nowym znajdzie kontynuacje swe.
Być może, lecz czy na pewno?
Pozostaje żałość, trwoga – może jednak, nie.

Groźbą, co mury rozsadza,
Grzmotem nagromadzonych urazów
Wzbiera naprędce sklecony wybuch,
By toczyć się potokiem głazów –

W dół wąwozem uczuć obcych,
Zuchwałych i nieokiełzanych,
Lecz tu przecież – inna sfera –
Przez Temidę wspieranych.

©Ursula Vortag, Germany 2018
_________________
Na Kim Jong Un, aktualnego przywódcę Korei Północnej