Prawda

Powiedz mi, co masz z tego,
Że, co innych, to zabierasz,
Obcą wartość masz za swoją
I znieważasz, poniewierasz?

Nic dla cię dekalogu treść –
Dumne słowa a tekst mądry,
Bo to Mojżesz, on posłańcem –
Głosem Twórcy rozsądnym.

Wiedza twa pomierna –
Lekkiej niefrasobliwości serce! 
Aczkolwiek prawda wciąż żywa –
Jak Kuba Bogu, tak – vice versa.

©Ursula Vortag, Germany 2018

 

 

Efekt Dopplera

Kto by pomyślał, że tyle można z wysokości własnego tarasu zaobserwować. I że to wszystko, co zauważone, może być interesującym…
Taras – wspaniały wynalazek. Obstawałam przy nim, szukając nowego kącika dla siebie.

Było to rok temu z górą, kiedy w pewnym momencie stwierdziłam, że nadszedł czas na zmianę tapet. Wizję swojego nowego mieszkania miałam już gotową. I nie chciałam absolutnie zgodzić się na jakiekolwiek kompromisy. „Moja droga” słyszałam ze wszystkich stron, „nie można mieć wszystkiego, bądź bardziej elastyczną”.
Nie chciałam. Nie. Bo niby i dlaczego? Ostatecznie to moje życie i mam prawo tak je urządzić, jak mi się podoba. To gwarantuje mi prawo.
No i ostałam przy swoim – mieszkam blisko centrum i mam wymarzony taras.
Mieszkanie jest na czwartym piętrze.
A że bez windy? Że pod dachem?…
Ach – dla mnie to żaden problem, bo na kondycję nie narzekałam nigdy a jeszcze zanim zaczęłam pracować jako instruktor gimnastyki zdrowotnej, wiedziałam, że ruch to zdrowie. Taras znajduje się na dachu budynku i jest wyłącznie do mojej dyspozycji, bo wyjście nań prowadzi jedynie z mojego mieszkania. Że podłoga tarasu, będąca jednocześnie dachem nie prezentowała się najlepiej – no cóż – położyłam na niej szarą wykładzinę trawnik i problem natury wizualnej zniknął. Później pozostało mi jedynie  brzegi tarasu ozdobić kwiatami w donicach, rozpiąć parasol ponad drewnianym stolikiem, przystawić krzesełka-składaki i czekać na pogodę. Świetnie! Lepiej być nie mogło.
Dzisiejszy piękny, słoneczny dzień zaskoczył wszystkich – nawet telewizyjna „pogodynka” zwijała się i skręcała, usiłując wytłumaczyć fenomen.
A miała z czego, bo jeszcze wczoraj zapewniała zrezygnowanym głosem, że trwające prawie od tygodnia ulewy przeciągną się także na następny okres. Tymczasem w nocy wiatr zmienił kierunek i o poranku przywitało nas ciepłe, różane niebo. Jutrzenka.  Wyszłam na taras z surfbookiem i rozgościłam się w pobliżu purpurowym kwieciem obrzuconych petunii. Lubię pracować w ciszy wczesnego poranka, jeszcze zanim da o sobie znak wielkomiejski ruch…

Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – niespodziewanie wdarły się w przestrzeń pode mną głośne, równomiernie skandujące słowa rapera. Zawirowały z niekontrolowaną prędkością w długiej szyi leja tajfunu, jaki utworzył się w wyniku nagłego zakłócenia teoretycznej pustki wypełniającej przepastną czeluść podwórza, by już po chwili, opuścić go i wysypać się na moim tarasie.

Dotarły w każdy jego zakątek.
Słowa rapera…
jakiegoś tam, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co nadpłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziałby ktoś wcześniej. Zalali Europę, bo niby to nieszczęście u nich.
Tak, wiemy o tym, współczujemy z całego serca i chcemy pomóc. Tam.
Tymczasem ktoś niekompetentny rozporządził inaczej i zaoferował ofiarom nieszczęścia pomoc tutaj.
No i mamy teraz klops, bo zwolennicy pewnej drażliwej „organizacji” skorzystali z okazji i zabrali się z potrzebującymi, fundując nam w podzięce wyprawę krzyżową.
Autostopem.
Modnie i na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały samochód, z którego radia, przez otwarte okna, wydobywają się te obłędne dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Kurczowo trzymający się kierownicy Arab, głęboko wierząc, że wyprowadzi go ona z dusznego, peryferyjnego osiedla na jeszcze bardziej zagęszczoną zabudowę centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Wreszcie – niechętnie ulegając natarczywemu zdecydowaniu młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje.
Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz – jedynie to pozostawił po sobie, znikając w oddali.
Głos rappera stawał się coraz niższy, jakby głębszy, by chwilę później kompletnie zaniknąć, potwierdzając istnienie uznanego przez cywilizację dwudziestego pierwszego wieku efektu Dopplera.
Gdyby tak i pozostali zechcieli na naszym kontynencie pozostawić po sobie jedynie kurz…

© Ursula Vortag, Germany 2018

 

 

Kurz

Niedzielne wczesne przedpołudnie, słonko jeszcze za koronami rosnących przed domem, bladoróżowo kwitnących magnolii. Jakiś ptak trelami zaprasza partnerkę do romansu.  Na taras wpada podmuch przyjemnego, wiosennego wiaterku. Otwieram laptopa, by dowiedzieć się, czy moje obrazy, znalazły już nabywcę. Cisza i spokój przedmieścia… „Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – rytmiczne słowa rapera rozdarły ją w pewnym momencie dosłownie na dwoje. Jakiegoś tam rapera, jednego z tych, co chcieliby bardzo, by zwano ich muzykami, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co napłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziano by wcześniej. Zalali Europę, bo nieszczęście u nich.
Poplecznicy Talibanu i inni Afrykańczycy, którym obecne rozdanie kart nie przypada do gustu, skorzystali z okazji i zabrali się z nimi.  Na auto-stop.
No i zafundowali nam rozgrywki wyprawy krzyżowej.
Takie na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
Ale czego szukają w Europie Afrykańczycy?
Z pewnością nie kierują nimi względy religijne, bo Afrykańczycy, to tak jak i Europejczycy – w większości Chrześcijanie. No więc czego tu szukają? Przygody? Rozróby? Nowego terenu do podboju? Całą Amerykę mają dla siebie.
Ale chyba ciasno im tam, więc doszli do wniosku, że pora gdzie indziej szukać szczęścia.
Pewnie tak.
Bo z tymi wyznawcami Islamu sprawa jest jasna – dla „jedynej, prawdziwej” wiary poświęcą nawet swoje życie.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały Volkswagen, z którego radia, przez otwarte okna auta, wydobywają się te dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Siedzący za kierownicą Arab, żywiąc głęboką nadzieję na to, że wyprowadzi go ona z nudnego, peryferyjnego osiedla do bardziej rozrywkowego centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Z natarczywym zdecydowaniem młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje. Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz. Jedynie to pozostawił po sobie.
I zniknął w oddali.

Symbol czarodziejskiej różdżki nagle nabrał nowego znaczenia…

Enigma północy

Wielka żałość, niespełnienie
Czegoś, co być miało.
Źle się dzieje – bory, knieje,
Myśli mary i głębie moczarów…

To nie mrok ponad światem –
To północy enigma,
Rozpościera całun mglisty
Właśnie tego dnia.

Koniec starych czasów – niespełnione
W nowym znajdzie kontynuacje swe.
Być może, lecz czy na pewno?
Pozostaje żałość, trwoga – może jednak, nie.

Groźbą, co mury rozsadza,
Grzmotem nagromadzonych urazów
Wzbiera naprędce sklecony wybuch,
By toczyć się potokiem głazów –

W dół wąwozem uczuć obcych,
Zuchwałych i nieokiełzanych,
Lecz tu przecież – inna sfera –
Przez Temidę wspieranych.

©Ursula Vortag, Germany 2018
_________________
Na Kim Jong Un, aktualnego przywódcę Korei Północnej

 

Chwila

Niczym żar nad Negew piachem,
co rozpala zmysły –
twórca mostu nad otchłanią,
uczuć poryw wzniosły.

O, iskry błysku tajemny! –
mgnieniu zielonego oka.
O, kosmosie niepojęty! –
lecz to magia, nie opoka…

Planet szlaki niezmierzone,
gwiazd mgławice, słońc poświaty,
chęć poznania niespełniona…
nie te czasy, nie te czasy.

Gdy misterium wchłonie pamięć –
głębia mrocznej nocy,
w braku słów, w braku uczuć,
ulegnie przemocy.

Złotej kuli treść
nie zniknie w tumanie –
na Jumanji! – nieś nam wieść!
Graj Cyganie, graj Cyganie!

Witam na moim blogu!

„…Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,

Bo on szybuje w trawie, jako szczupak w Niemnie;

Tam ozwał się nad głową wiosny ranny dzwonek,

Również głęboko w niebie schowany skowronek;

ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary

Zaszumiał strasząc wróble, jak kometa cary;

Zaś jastrząb, pod jasnymi wiszący błękity,

trzepie skrzydłem skrzydłem, jak motyl na szpilce przybity,

Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,

Runie nań z góry jako gwiazda spadająca…”

Adam Mickiewicz

 

 

Taka myśl

dance, Grażyna Hajewski Germany 2017, drawing ink, pen, paper, no 113817

Poloneza czas rozpocząć,
choć zawieja wyje,
pójdziem w tany moi państwo –
już, dopóki żyjem.

Nie straszna nam zamieć,
nieprzychylny losu wiew,
gorąc serc, umysłów chłód…
na Kajfasza! Wołaj gniew!

Weźniem sanie głębokie –
gnać będziem kuligiem.
Wilczym futrem je wymościm,
bo bezdroża, dusz elegien.

I zawezwiem półk ułanów,
do zabawy skorych,
ci oczyszczą nam drożyny
i przeczeszą bory.

Ułani, ułani –
ojczyzny ostrowie,
chronić czynu wielki sens
przyszło im po nowie.

Marzeń moc wskrzesić czas,
ten dzień jest nam dany,
poloneza nutą
pójdziem w tany, pójdziem w tany.

@Ursula Vortag, Germany 2017