Na Marsa z nim!

the irresitible, Grazyna Hajewski countess, Germany 2017, watercolor, paper 29,7x21cm no 110917

„w miarę jedzenia apetyt rośnie”
to też według starego porzekadła.
Zastanawiającym jest fakt, że nie straciło ono na aktualności – mimo że mamy dwudziesty pierwszy wiek i wszystko to, co on nam przyniósł: wysoko rozwiniętą technikę w każdym niemal zakresie – od urządzeń domowego użytku poczynając a na precyzyjnych instrumentach medycznych kończąc. Mimo, że mamy stację orbitalną, sputniki, sondy przemierzające dalekie zakątki kosmosu i dostarczające nam wiadomości o jego tajemnicach; mimo że planujemy osiedle na Marsie.
Kogo my tam wyślemy?
Może tych, co coś przeskrobali. Tych, którym prawo cywilne na ziemi nie odpowiadało.
Taka kolonia tych, co z prawem na bakier” – to nawet dobrze brzmi.

Poza tym przykład Australii dowodzi, że tego typu eksperyment ma bardzo duże szanse na powodzenie.
Tam, wysoko, będą rządzili się własnymi prawami.
Prawami Marsa.

A kto ich nie będzie przestrzegał, wyleci w Kosmos.
Dosłownie – zostanie wykluczony z towarzystwa, wypchnięty poza bogatą w tlen strefę życia a w żrącej atmosferze czerwonej planety nie przeżyje dłużej niż dwie sekundy. Słabe przyciąganie natomiast nie utrzyma go na jej powierzchni.
Tak, bo więźniowie, jak każda inna wspólnota, natychmiast ustanowią jakieś prawa.
Surowe, jak oni sami i jak oni sami bezwzględne.
Będzie to niezbędne dla utrzymania statusu dowodzącego grupą oraz statusu jej członków, no i warunkiem przeżycia, wykorzystania szansy, która im się nadarzyła, a ten, kto tę szansę zbezcześci stanie się banitą.
Czy będą tam mieli do czynienia z aktualnymi osiągnięciami techniki?
Co za pytanie – oczywiście, że tak, bo od niej będzie zależało ich przeżycie tam.
I właśnie ta chęć przeżycia spowoduje, że opanują wszelkie skomplikowane nowości w okamgnieniu.
A co będzie im brakowało, „pożyczą” sobie od innych. I tak rozwinie się marsjański półświatek. Wspaniale. Już widzę oczyma wyobraźni to całe marsjańskie towarzystwo.
Chciałabym być świadkiem tego.

©Ursula Vortag, Germany 2018

chata

Chata rozpada się. 

Proces następuje powoli, ale z brzemienną w skutki konsekwencją.

Rysy w ścianach i w podłodze powiększają się, pojawiają się też nowe –

w zupełnie nieoczekiwanych miejscach.

Dom zaczyna przenikać dziwna woń – 

woń strachu tych z dołu zmieszana się z zapachem czosnku, duszonej papryki, brudnych słów i wystawianych przed próg mieszkania butów.

Tych z góry.

Rzecz jasna, bo ci z dołu mają szafki na obuwie z dworu i wyrażają się oględnie.

Pojawia się jakiś service –

wymywa to, co wypełzło ze szczelin,

otwiera okna, by dać uciec wilgoci.

Przy okazji ulatuje też ta „dziwna woń”.

Lecz brudne słowo, na wiatr rzucone – wraca wołem…

Pozostaje jedynie odczekać.

Ursula Vortag, Germany 2018  

 

 

 

While

Like the embers of the Negev sand,
What Kindles the Senses –
Creator of the bridge over the Abyss,
Gust feelings Sublime.

O, the arcane glow of sparks! –
Blinking Green eye.
O, the Cosmos ineffable! –
But it’s only magic, not the  certainty…

Planets unmeasured Trails,
Stars nebulae, Suns glows,
The desire to know too much…
Not those times, not those times.

When the mystery absorbed memory –
The depth of the dark night,
In the absence of words, in the absence of feelings,
Violence.

Golden Sphere Observation Reports

Do not fade in the mist.
On Jumanji! – Bring the news!
Play Gypsy, play Gypsy!

Ursula Vortag, Germany 2018