Słowa

 

scrabble, grażyna hajewski, countess, drawing, ink, pen, no 117619n

Słowa, słowa, słowa…

…zachwycające lub nie, zmieniające nastrój otoczenia na lepszy lub gorszy; słowa prawdy, nierzadko przygniatające swym ciężarem, druzgocące w krytyce, którą ze sobą wnoszą; te być może niezbyt chętnie słyszane przez innych…
ale są.
Są naszych uczuć wykładnią, naszej odwagi, narzędziem sprzeciwu lub aprobaty.
Tylko ta ich interpretacja jak również takie nieprzemyślane wykorzystanie głosu do swoich prywatnych celów, bo co tam inni, co tam przyszłość –

słońce i tak za kilka miliardów lat zgaśnie.

©Ursula Vortag, Germany 2019

Kurz

Niedzielne wczesne przedpołudnie, słonko jeszcze za koronami rosnących przed domem, bladoróżowo kwitnących magnolii. Jakiś ptak trelami zaprasza partnerkę do romansu.  Na taras wpada podmuch przyjemnego, wiosennego wiaterku. Otwieram laptopa, by dowiedzieć się, czy moje obrazy, znalazły już nabywcę. Cisza i spokój przedmieścia… „Bum, bum, bum, tata-rata, bum, bum!” – rytmiczne słowa rapera rozdarły ją w pewnym momencie dosłownie na dwoje. Jakiegoś tam rapera, jednego z tych, co chcieliby bardzo, by zwano ich muzykami, jednego z tych licznych, aktualnie będących na fali.
Najprawdopodobniej na tej, co napłynęła do nas z południowego wschodu. Z Arabien – powiedziano by wcześniej. Zalali Europę, bo nieszczęście u nich.
Poplecznicy Talibanu i inni Afrykańczycy, którym obecne rozdanie kart nie przypada do gustu, skorzystali z okazji i zabrali się z nimi.  Na auto-stop.
No i zafundowali nam rozgrywki wyprawy krzyżowej.
Takie na miarę dwudziestego pierwszego wieku.
Ale czego szukają w Europie Afrykańczycy?
Z pewnością nie kierują nimi względy religijne, bo Afrykańczycy, to tak jak i Europejczycy – w większości Chrześcijanie. No więc czego tu szukają? Przygody? Rozróby? Nowego terenu do podboju? Całą Amerykę mają dla siebie.
Ale chyba ciasno im tam, więc doszli do wniosku, że pora gdzie indziej szukać szczęścia.
Pewnie tak.
Bo z tymi wyznawcami Islamu sprawa jest jasna – dla „jedynej, prawdziwej” wiary poświęcą nawet swoje życie.
„Bum-tarara, bum, bum, bum…” biały Volkswagen, z którego radia, przez otwarte okna auta, wydobywają się te dźwięki, bierze elegancki zakręt na parkingu przed domami, po czym ustawia się na prostym pasie jezdni alejki leżącej między trawnikiem a piaskownicą dla dzieci.
Siedzący za kierownicą Arab, żywiąc głęboką nadzieję na to, że wyprowadzi go ona z nudnego, peryferyjnego osiedla do bardziej rozrywkowego centrum miasta, dodaje gazu.
Marynarz szerokich, aglomeracyjnych wód.
Silnik wyje i na chwilę zagłusza ochrypły głos rapera.
Z natarczywym zdecydowaniem młodego mężczyzny wyruszającego na podryw – startuje. Koła samochodu (niczym łapy kundla, oznajmiającego otoczeniu „właśnie zrobiłem kupkę”) przez moment grzebały w asfaltowej nawierzchni jezdni, odrzucając na boki prawie niewidoczny pył.
Pył jest wszędzie. Bo takie są prawa natury, bo wszystko się rozpada, łuszczy, ściera. Obraca w kurz.
Kurz. Jedynie to pozostawił po sobie.
I zniknął w oddali.

Symbol czarodziejskiej różdżki nagle nabrał nowego znaczenia…

Niełatwe jest życie tłumacza.

Zwłaszcza tłumacza Poety Zasłużonego.
Przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a potem, z zamiarem ich opublikowania, zwróciłam się do wydawcy. Ten nagabuje o prawa autorskie:
– Najlepiej będzie – radzi – jeśli zwróci się Pani z tym bezpośrednio do spadkobierców Poety.
Dobrze, pomyślałam łatwowiernie. W internecie wyszukałam Fundację opiekującą się spuścizną pa Poecie, po czym drogą elektroniczną wysłałam do niej zapytanie w sprawie praw.
No i czekałam.
Czekałam.
Minął miesiąc – nic.
Mają z pewnością dużo pracy, myślałam i czekałam dalej.
Minął drugi miesiąc – nic nie uległo zmianie.
Po trzech miesiącach wysłałam drugiego Maila.
Tym razem odczekałam jedynie tydzień, po czym sięgnęłam za słuchawkę telefonu.
– Jesteśmy bardzo zajęci, proszę uzbroić się w cierpliwość – oświadczył mi młody, kobiecy głos.
– Tak, – roześmiałam się w odpowiedzi – a jak duża ma być ta moja cierpliwość, bo ja już czekam czasu spory kawałek?
– Proszę poczekać chwilkę przy telefonie – po drugiej stronie kabla dały się słyszeć jakieś konspiracyjne szepty, świadczące o lekkiej konsternacji, o co tam chodzi…
– Dzień dobry, jestem przewodniczącą Fundacji Opiekującej się Spuścizną Poety! – zabrzmiał nieoczekiwanie głos jakiejś Pani. Poważny był to głos. Głos starszy od tamtego i bardzo dostojny.
– Dzień dobry, jestem Tłumaczem, właśnie przetłumaczyłam kilka wierszy Poety, a ponieważ zamierzam je opublikować, zwracam się do Państwa w sprawie Praw Autorskich.
– Ależ proszę Pani! – donośnie zabrzmiały pouczające słowa – to jest sprawa dotycząca jedynie Wydawnictwa i Nas. Z tłumaczem nie mamy zazwyczaj żadnego kontaktu.
– Ach, tak…. – udało mi się wtrącić, po czym już śpieszę z wyjaśnieniem – sprawa wygląda tak, że moje Wydawnictwo, poradziło mi zwrócić się do Państwa bezpośrednio.
– Nie, to jest błędne, bo my z tłumaczem nie mamy żadnego kontaktu, jedynie z wydawcą – powtarza dostojna Pani.
– Tak, rozumiem – odpowiedziałam, z zamierzając zakończyć rozmowę.
Nie pozwolono mi jednak, bo Pani z Fundacji właśnie wpadła na pomysł zapoznania mnie z rolą, jaką Fundacja odgrywa w ochronie spuścizny Poety. Co miałam jej powiedzieć? – że już wcześniej, jeszcze zanim nawiązałam z nią kontakt, zapoznałam się z chwalebnymi zamiarami i przedsięwzięciami Fundacji na jej stronie internetowej.
Mimo to, może tak trochę zapobiegawczo, wysłuchałam słów jej dostojnej Przedstawicielki, od czasu do czasu rzucając w słuchawkę telefonu głośne słowa poparcia.
– Nie chcemy – powiedziała i (z góry przepraszając za użycie wyrażenia) zapewniła – nie chcemy, by poezja Poety została zbezczeszczona.
– Tak rozumiem – zgodziłam się z nią, a ciarki przeszły mi po plecach.
A ona sama, chcąc pewnie nieco załagodzić gorycz swoich słów no i bo nie chciała, bym poczuła się urażona: –  pani z pewnością spotkała się już z niezbyt udanymi tłumaczeniami.
– Tak, internet jest pełen różnych kwiatków…-  przytaknęłam, po czym wygłosiłam z żarem – mogę Panią zapewnić, że przetłumaczone przeze mnie teksty przekazują myśl oryginału w stu procentach. Pracowałam nad nimi długi czas, starając się także, by nie tylko odpowiednia składnia zdań ale i pierwotna melodyka wierszy została zachowana.
Potem zwierzyłam się jej, że robiąc to tłumaczenie myślałam, między innymi o swoich wnukach, którym chciałabym przyswoić język ich matki i dziadów i oczywiście korzystać przy tym ze źródeł najwyższej jakości. – Wydaje mi się, że powinniście być Państwo z mojej pracy zadowoleni – dodałam na zakończenie.
Wtedy ona zaproponowała:
– Proszę przysłać nam przetłumaczone teksty.
– No, to jak to – zaskoczenie moje było zbyt duże, by pojąć logikę takiego nagłego obrotu sprawy, więc spytałam naiwnie – Pani chce otrzymać moje teksty?
– Tak. Ja chcę otrzymać przetłumaczone przez panią teksty – padło potwierdzenie z Fundacji.
A mnie najzwyczajniej strach obleciał. No, bo tego nie spodziewałam się. I wydało mi się nagle, że moje własne prawa autorskie są w tym momencie zagrożone…
– to ja już zwrócę się do Państwa przez Wydawcę – usłyszałam samą siebie tę bzdurę mówiącą.
Na to ona obraziła się. Najwyraźniej. Czułam to mimo odległości.
Potem stała się złośliwą:
– Czy wydawca rozumie język polski?
– Chyba tak, bo przecież specjalizuje się w wydawaniu tłumaczeń.
– My załatwiamy wszystkie sprawy Fundacji w języku angielskim.
– To dobrze, to z pewnością ułatwia sprawę – odetchnęłam z ulgą, bo już naprawdę zaczęłam podejrzewać swojego wydawcę o nieznajomość języka polskiego.
– No to wyjaśniłyśmy sobie wszystko? – spytała jeszcze dostojna Pani.
– Tak, dziękuję bardzo, do usłyszenia!
Ostatnim moim słowom towarzyszył sygnał rozłączonej rozmowy.

copyright Ursula Vortag, Germany 2018