Sport a corona

„… niech się dzieje wola Nieba!

Z nią się zawsze zgadzać trzeba.“ głosił Rejent Milczek, „Zemsta”, Aleksander Fredro

Już drugi rok pandemii mija.

Rozrosła się zaraza, dojrzała – już nie jest tym niezdarnie pełzającym, bladoróżowym pędrakiem z przełomu lat 2019 – 2020. W międzyczasie opuściła swój kokon a teraz rozwija skrzydła niczym tłusta, bura ćma. Chwilami zdaje się być pokonaną, bo medycyna chroniąc ludzkość, wypuszcza na rynek coraz to nowe środki przeciw niej. Wówczas zdaje się wycofywać. Jednak te zwodnicze momenty trwają krótko, coraz krócej – corona podnosi się i ze zdwojoną siłą uderza o jasno oświetlone szyby okien naszych domów. A może by tak zgasić te lampy? Może, kiedy zabraknie źródła pobudzającego ją do życia – zginie… ta ćma…

Zbliża się zima przełomu lat 2021/2022.

To według gregoriańskiego. Według żydowskiego będzie to już druga połowa Kisleva 5782 roku. Już teraz tak dzienne jak i nocne temperatury utrzymują się w tym zakątku Europy blisko punktu zerowego. Oczywiście mam tu na myśli skalę Celsjusza, bo według Fahrenheita albo i Kelwina miałyby inną wartość, co nie zmienia faktu, że jest – choć orzeźwiająco to jednak dokuczliwie zimno.

Przypuszczając, że zapowiada się przyjemny, prawdziwie zimowy okres, taki z zaspami i zasypanymi śniegiem rowerowymi ścieżkami (jednym słowem – wymarzony czas na narty) wyciągnęłam ze schowka swoje biegówki. Ostatni raz miałam je na nogach w zeszłym roku. Wtedy też musiałam pożegnać się z butami tego kompletu, bo ich trwający blisko dwadzieścia lat czas funkcjonowania niestety dobiegł końca. I tak długo wytrzymały, ale to „Salomony” co mówi samo za siebie. Pozytywnym był jedynie fakt, że rozleciały się pod koniec sezonu a nie na jego początku.

Wówczas rozsypujące się w palcach plastykowe resztki wyrzuciłam na śmietnik i więcej nie zaprzątałam sobie problemem głowy.

Dzisiaj, na kilka dni przed Chanuką, chcąc uczcić dzień wyzwolenia żydowskiej świątyni spod greckiego jarzma niewielkim prezentem – być też może wypadem w Alpy, postanowiłam zatroszczyć się o skompletowanie swojego wyposażenia narciarskiego.

W Sklepie Sportowym ekspedient tegoż poinformował mnie uprzejmie i niezobowiązująco, że umocowany na moich biegówkach typ wiązań wyszedł już z obiegu, co w praktyce oznaczało nie tylko kupno nowych butów ale i kupno praktycznie całego kompletu w postaci: biegówki, wiązania, buty i kijki.

Niezbyt byłam tym faktem zbytnio zachwycona, bo oznaczał on nieco większy wydatek niż zaplanowany, ale tak z drugiej strony na sprawę patrząc – czemu ten sprzedawca jest winien? Handluje tym co ma. Jakby miał buty pasujące do starego typu wiązań, to z pewnością by je chętnie sprzedał.

– No dobrze, jeśli tak sprawy stoją… – zgodziłam się nie namyślając się długo.

– Ale my nie mamy na składzie biegówek lecz jedynie narty zjazdowe – zastrzegł się.

– To wobec tego chciałabym złożyć zamówienie – powiedziałam uśmiechając się uprzejmie do niego.

Na to ekspedient podrapał się w głowę a potem oznajmił, że porozumie się z szefem:

– On jest lepiej obeznany w temacie – zapewnił mnie jeszcze, po czym przyłożył do ucha swój smartfon. Krótko porozumiał z kimś po drugiej stronie łącza, wyrzucając przed siebie kilka tajemniczo brzmiących pojęć – takich jak: klientka, zamówienie, nie wiem co robić, a następnie rozłączył się, by pospiesznie oddalić w głąb sklepu.

Widziałam jak stojąc w odpowiedniej odległości obserwował nadejście swojego szefa.

Ten pojawił się z niewielkim tabletem w dłoni.

Wysoki i wysportowany… sprawiał wrażenie człowieka, który każdą wolną chwilę spędzał w Alpach. Oczywiście w czasach sprzed pandemii…

Położył swój przenośny komputerek na blacie wysokiego kontuaru, przy którym stałam a następnie wywołał na jego ekranie oficjalną stronę Sportowca (firmy do której ten sklep należał) z szeregami aktualnie dostępnych na rynku wyposażeń narciarskich. Pospiesznie przewinął wizerunki biegówek, butów, wiązań i kijków. Wszystko to w ciemnych, ostrzegawczych kolorach, błyszczące nowością i na pierwszy rzut oka zdające się być dużo lepszym wyposażeniem niż to moje – dwudziestoletnie.

By przekonać mnie o wyższości nowych rozwiązań nad starymi, zaprezentował mi również krótki filmik ukazujący jak sprawdzają się one w praktyce.

– Dobrze, dziękuję, już zdecydowałam się dokonać zamówienia – skomentowałam ten pokaz nieco zdziwiona. Potem dodałam, że chciałabym jedynie przed transakcją dokładniej przyjrzeć się wskazanym przez niego modelom.

– Oczywiście, zgodził się, po czym dodał, że tak prawdę mówiąc, to oni są zobowiązani do wyprzedaży przede wszystkim tego, co aktualnie mają na stanie i właściwie nie wolno im zamawiać nic dodatkowego. Następnie dał mi adres innego, dużo Mniejszego Sklepu Sportowego, zapewniając, że prowadzi wyłącznie wyposażenie narciarskie, co może oznaczać, że być może akurat znajduje się tam na składzie to, co pani potrzebuje. Dodał jeszcze, że zwłaszcza kupna butów lepiej jest dokonać bezpośrednio, z przymiarką na miejscu.

Ekspedient w Mniejszym Sklepie Sportowym poinformował mnie uprzejmie, że nowego sprzętu narciarskiego a w tym i biegówek już od dłuższego czasu (praktycznie od początków pandemii, bo objęte nią kraje nie produkują) nie otrzymują, po czym wskazując dłonią na stojące wzdłuż ścian pomieszczenia regały, na których zalegały resztki zjazdowych larów i penatów powiedział, że zobowiązany jest do wysprzedaży tego, co ma na na składzie a zamawiać mu nic nowego nie wolno.

– Co się tu dzieje? – zapytałam samą siebie nieco podirytowana, kiedy z niczym opuszczałam sklep – przecież chyba niemożliwym jest zamknięcie wszystkich punktów z artykułami sportowymi w mieście. Jak tu wzmacniać własny system immunologiczny w obronie przed coroną, kiedy nie można uprawiać sportu!?

Pozwolić tej tłustej ćmie wziąć górę?!

u.v.

1. maja 2021

Lubię te swoje „biegi po zdrowie”, bo za każdym razem wzbogacają mnie one o nowinki ze świata – takie rzetelne nowinki, żadne plotki. Także piersze tegoroczne majowe popołudnie (co prawda z lekką naleciałością kwietniowych pogodowych kaprysów) wykorzystałam dla zdrowia.

Na swojej ścieżce prowadzącej śladem dawnej kolejki wąskotorowej a aktualnie wijącej się pośród brzozowego zagajnika natknęłam się na stanowisko starszego, siwowłosego człowieka, który postanowił wspomnieć historię – na drewnianym stole (rozstawionym pośród niskiej jeszcze ale już soczyście zielonej trawy) rozłożył szereg zdjęć oraz broszur wspominających przedwojenne czasy; a znajdująca się obok wysoka, również drewniana tablica informowała o rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Czarno-białe, niektóre nawet pożółkłe ze starości fotografie przypominały o murach, kolczastych drutach, o bólu i rozpaczy okresu panowania niemieckich nacjonalistów.

„My jesteśmy jedynie kręgiem osób, które nie chcą zapomnieć tamtych okropności i chcących, by i inni o nich pamiętali. My nie jesteśmy żadną partią, ale wystawiamy swojego kandydata – poinformował mnie ten człowiek, kiedy zauważył, jak z zainteresowaniem przyglądam się stanowisku.

W następnym momencie skłonił się ponad stołem, by wskazać na znajdującą się tam, opartą o jedną z kanciastych nóg drewnianą tablicę. Z tablicy wyzierała sympatyczna twarz mojego rozmówcy. Zdobyłam się na odwagę i spytałam z uprzejmym uśmiechem i bez żadnego podtekstu:

„Pańskie nazwisko wydaje mi się znajome, czy jest pan Żydem?”

„Nic mi o tym nie wiadomo, urodziłem się jako ewangelik” zaprzeczył on spokojnie.

„To można urodzić się w jakiejś religii?” – z boku dobiegł nas śmiech.

Spojrzałam w tę stronę i ujrzałam stojącą w pobliżu tablicy wspomnień korpulentną panią w średnim wieku. Czarnowłosą, o szarych oczach… ta to z pewnością nie jest żydowskiego pokolenia, ale wtrąciła się, przypuszczalnie nie chcąc, by rozmowa przyjęła nieprzewidziany obrót, skonstatowałam w myślach.

„Byłem ochrzczony” poprawił się starszy pan spokojnie.

Czarnowłosa pani roześmiała się i na to zapewnienie.

„Też uważam, że z tą decyzją rodzice powinni odczekać do momentu, kiedy dziecko jest zdolne do podjęcia samodzielnej decyzji w takiej tak ważnej sprawie” – poparłam ją.

„Tak, poddawanie się woli obcego człowieka, jakim jest duchowny jeszcze do niczego dobrego nie doprowadziło” – czarnowłosej najwidoczniej spodobała się ta dyskusja, bo dodała jeszcze, że jej rodzice, co prawda w przypadku jej brata ulegli presji babci, ale ją samą uchronili przed pochopnym ustanowieniem kierunku życia dziecka. Teraz jako dorosła kobieta cieszy się statusem ateisty, a nieprzynależność do jakiegokolwiek stowarzyszenia kościelnego uważa za najlepsze, co może się rozsądnemu człowiekowi przytrafić.

Na myśl nasunęła mi się Mikołaja Reja „Krótka rozprawa między panem, wójtem a plebanem”. Cóż, czasy mamy inne, ale niektóre problemy przetrwały.

Tymczasem starszy pan wyciągnął spod stołu dużą, bo wymiaru A4 fotografię. Ta nie była czarno-biała, jak te na tablicy. Wręcz przeciwnie – we wszystkich prawdziwych barwach wyraźnie ukazywała ścianę jakiejś kamiennicy, kiedyś pewnie białą, na zdjęciu natomiast noszącą wyraźne czarne ślady pożogi. Także najbliższe otoczenie kamienicy było ponuro zdewastowane – „to stało się 5. marca” powiedział mój rozmówca.

Przyjżałam się fotografii dokładniej, potem pytającym wzrokiem obrzuciłam jej prezentera.

„To nowi nacjonaliści niemieccy, to oni podpalili tę kamienicę” powiedział smutno.

„W którym roku?” spytałam, myśląc, że to jeszcze jedna fotografia z zamierzchłych czasów.

„W tym roku.” odpowiedział starszy pan a czarnowłosa pani mu zawtórowała.

Nie może być – tu w Brunszwiku?

Zbulwersowana pożegnałam się, po czym pobiegłam dalej. Po drodze zajrzałam pod adres tej kamienicy. Oczom nie mogłam uwierzyć – nowi nacjonaliści w Brunszwiku!

U.V.

Ołów

Wewnątrz filiżanki łyżeczka pozostawiła brzydki, ciemny ślad.

Łyżeczka jest z metalu szlachetnego (o niezbyt jasnym znaczeniu tego określenia) a filiżanka jest fajansowa – barwiona pomarańczowo zewnątrz, wewnątrz natomiast jasnokremowa; cała pokryta przezroczystą glazurą. Właściwie jako chemiczka powinnam domyślić się powodu tego sinego śladu.

Domyślałam się, ale jeszcze nie chciałam uwierzyć – bo przecież mamy wiek dwudziesty pierwszy, wiek w którym taka sprawa jaką jest ujemny wpływ metali ciężkich na zdrowie człowieka, jest znana. Dzieci informowane są o niej w szkole a dorosłym przekazywany jest ten problem w codziennych wiadomościach, nie wspominając o licznych pracach naukowych, dostępnych praktycznie szerokim masom.

A wujcio google?

Mimo tego taki niewypał. Kto zawinił? Jak zwykle Chiny, bo produkują tanio, metodą – jak najwięcej przy najniższych kosztach produkcji.

Że to odbywa się kosztem zdrowia człowieka? – a niech tam – żyje się tylko raz a po mnie może być nawet potop.

Potop będzie, bo metale ciężkie wchłonięte przez ludzki organizm mają bardzo ujemny wpływ nań. Wywołane zaburzenia mogą przynieść nieoczekiwane skutki – przykładem jest upadek rzymskiego imperium, gdzie kuchnie zdobiły ołowiane garnki a doprowadzana do nich woda płynęła przez ołowiane rury. Kąpano się nawet w roztworze ołowiu, ale wszyscy byli szczęśliwi, bo ołów nie rdzewiał a produkcja wyrobów z niego była tania.

Ciężkie, sine chmury zasnuły niebo niczym ołowiana chandra. Caliguli chandra…

Ursula Vortag